O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi.Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

sobota, 26 września 2015

Tatry - Świnica

TAM, GDZIE DUŚKA ZAWRACA,
CZYLI O WĘDRÓWCE
NA ŚWINICĘ PRZEZ ZAWRAT 
2

***
Część II: Zawrat – Świnica – Kasprowy Wierch
Czas przejścia: ok. 3 h (czas mojej wędrówki)
Szlak: czerwony wiodący granicą państwa
***
Dobrze mi siedzieć na Zawracie, choć dziś nieco wieje. Panorama z niego jest wspaniała, ciężko oderwać wzrok od szczytów, myśli wędrują, ba, nawet gnają po wierzchołkach, przywołując echo wędrówek z poprzednich lat. Jeszcze ciężej jest poderwać moją szanowną „J.Lo.” Skoro jednak mam dziś wziąć w ramiona Świnkę, to muszę iść dalej. Teoretycznie stąd, według szlakowskazu, mam 50 minut. W rzeczywistości zajmie mi to pewnie dłużej, bo przecież nie będę się śpieszyć. Czeka mnie teraz dość wymagająca trasa, połączona z łańcuchami i klamrami. Choć Świnica nie wchodzi w skład Orlej Perci, to jednak szlak na nią posiada sztuczne umocnienia, straszy chwilami dość stromymi ekspozycjami i pionowymi podejściami.
Zmuszam się więc, do wstania, rzucam jeszcze jedno spojrzenie w stronę Tatr Wysokich i zaczynam schodzenie szlakiem czerwonym. Początkowo idę w dół trawersując Zawratową Turnię (2247 m n.p.m.), którą mam po swej prawej stronie, a która, mam wrażenie, próbuje osaczyć mnie swą kamienną ścianą. Nic z tego kochana, nie dam się i maszeruję dalej.


Skały Zawratowej Turni


Kamienny szlak prowadzi mnie wprost na widok Krywania i Zadniego Stawu Polskiego.


 Na szlaku: widok na Zadni Staw Polski oraz Walentkową Grań, dalej Mur Hrubego i Krywań


Za sobą zostawiam otwartą przestrzeń na Dolinę Piątki. Oddalam się od gwarnej przełęczy i teraz skupiam uwagę na ścieżce.


Tatry Wysokie i Dolina Pięciu Stawów Polskich za Kołową Czubą


Miejscami szlak wiedzie po gładkich skałach, co w przypadku deszczu, może, a właściwie jest niebezpieczne. Teraz jednak mam piękną pogodę, co nie znaczy, że mam nie uważać. Co to, to nie. W końcu po mojej lewej stronie mam nieco stromizny. Ludzi mało na szlaku, więc jest spokojnie i cicho. Dziś można naprawdę delektować się wędrówką.


Czerwony szlak z Zawratu na Świnicę



Skały chwilami są wyślizgane i w takich miejscach trzeba uważać podwójnie



Wbrew pozorom chmury nad szlakiem nie straszyły deszczem, pogoda tego dnia była wyśmienita



Na szlaku


Teraz wciąż towarzyszy mi widok na Zadni Staw Polski, który obchodzę nieco górą. Mimo tego obraz jest prawie niezmienny. Wciąż biegnę wzrokiem do Krywania, kiedyś w końcu go dopadnę.


Najbardziej dominujący widok podczas tej wędrówki: Zadni Staw Polski w otoczeniu górskiego muru, z próbującym przez niego zajrzeć Krywaniem



Na prawie pustym szlaku znalazła się jakaś dobra dusza, która zrobiła mi zdjęcie ;)



Czasem w górę, czasem w dół



 I jeszcze raz ten sam obraz, w słońcu najlepiej widać jak różne odcienie pokazywał tego dnia Zadni Staw Polski


Dochodzę do pionowej niemalże ściany. Tu, po wyślizganych skałach, przy których na szczęście są łańcuchy, schodzi kilka osób. Czekam grzecznie aż wszyscy zejdą, co nie jest wcale takie proste. Kiedy już myślę, że zaraz będzie moja kolej złapania łańcucha, pojawiają się na górze kolejne osoby. Znów przepuszczam, bo czasem trudniej jest schodzić, niż wchodzić. I czekam w swojej kolejce. Czas płynie. I kiedy chwytam chłodny metal, ponownie na szczycie skały stoją następni i chcą złapać za swój łańcuch. Tym razem proszę, żeby zaczekali, bo jak będę tu tak wszystkich przepuszczać, to zastanie mnie tu w końcu noc. Na szczęście turyści się zgadzają i uprzejmie wymieniamy się miejscami na górze skały. To dość trudny kawałek, zwłaszcza dla ludzi, którzy nie mają siły w rękach, tu trzeba mocno się zaprzeć i podciągać do góry.


 Trudniejszy fragment szlaku z prawie pionową ścianą



Pokonywanie śliskiego pionowego kawałka szlaku



 Walentkowy Wierch (2156 m n.p.m.)


Czasami szlak to jak wycięte w skale schodki. To ułatwia przejścia.


"Schodki" na szlaku


Z mojej lewej strony przybliża się Walentkowa Grań z Walentkowym Wierchem (2156 m n.p.m.) Są jak mur oddzielający Dolinkę pod Kołem i dalej Dolinę Pięciu Stawów Polskich od słowackiej przestrzeni z Wielką Kopą na czele.


Walentkowa Grań


Nagle w trawie po mojej prawej stronie zauważam małe poruszenie. Podchodzę cichutko, by nie spłoszyć tego czegoś…  Aaaaa…  to mój stały towarzysz – Płochacz Halny. Zaczaił się w trawie  z nadzieją, że coś dostanie. Niestety jest lato i może sam sobie coś znaleźć.


Mój ulubieniec: Płochacz Halny


Wspinam się dalej, przesuwając w dłoniach metalowy łańcuch. Z prawej strony pojawia się okno na Zawratową Turnię i dalej na masyw Granatów. Słońce je ładnie oświetla. W dole widzę plamki Kurtkowca, Dwoistych Stawów oraz Długiego Stawu. Jest pięknie. Szlak wiedzie mnie to w górę, to w dół.


Na szlaku



Wyłaniające się zza Zawratowej Turni, Granaty



Dolina Gąsienicowa i jej stawy


Powoli otwiera mi się, skąpana w słonecznych promieniach, panorama Tatr Zachodnich. Mimowolnie zawsze kojarzę taki widok z sakralnymi obrazami. W zasadzie to nic dziwnego, przecież to sam Stwórca maluje nam takie widoczki.


Na szlaku: widok na słowackie Tatry



Tatry Zachodnie w promieniach zachmurzonego słońca


Jeszcze momencik i już widzę czerwoną kropkę, świadczącą, że w zasadzie jestem u celu.


 Hurra! Świnka moja :)


A więc Jej Wysokość Świnica, dziś nie jest świnką i nie pokazuje mi swoich humorków. W zamian obdarowuje mnie świetnymi widokami i prawie pustym szczytem J.


Na czubku Świnicy


Świnica (2301 m n.p.m.) to dumny szczyt, zawsze chce grać pierwsze skrzypce z każdego miejsca w Tatrach, z którego chcę zrobić panoramę gór. Ale tym razem trafiam na jej dobry humor i korzystam z jej gościnności.  Po serii zdjęć robionych na wymianę ja-komuś, ktoś-mnie, siadam i sycę oczy ponownie tego dnia. Teraz jest inne światło, cienie, choć góry te same. To jest taka przyjemność, której nie da się z niczym porównać. Wiele razy jestem pytana o to, co daje mi taka wspinaczka, te trudy wejścia i siedzenia gdzieś ponad chmurami. I zawsze mam problem z odpowiedzią. Prawdę powiedział Piotr Pustelnik, nasz himalaista, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje: a. takich, którym nie trzeba tłumaczyć tej pasji i b. takich, którym się jej nie wytłumaczy. No bo jak i do czego porównać to uczucie swobody, radości i wolności? To trzeba poczuć samemu, bo każdy inaczej to przeżywa.


 Przygoda zaczyna się tam, gdzie góry spotykają niebo... taki napis po angielsku mam na koszulce i jak najbardziej to potwierdzam :)



Na szczycie Świnicy z widokiem na Tatry Wysokie


Z wierzchołka Świnicy roztacza się widok na wszystkie strony świata, panorama 360˚. Dziś wyjątkowo piękna. Zaczynam spoglądanie od Granatów. Wciąż na mnie czekają.


Masyw Granatów w słońcu


Odwracam się nieznacznie i patrzę na Kozi Wierch. Wracają wspomnienia z wędrówki na najwyższy szczyt leżący po polskiej stronie. Wtedy też pogoda była łaskawa. Za nim piętrzą się Tatry Bielskie oraz Wysokie, tym razem zatrzymuję się wzrokiem na dłużej na Rysach. Nawet stąd widzę tę sławetną rysę na Rysach.


Zacieniony Kozi Wierch w środku zdjęcia



Tatry Wysokie, ponad Miedzianym widoczne Rysy z białą rysą... :)

Odwracam się i teraz widzę znajomy już widok tego dnia, a więc otoczenie Doliny Pięciu Stawów Polskich. Znów obracam się o kilka kroków i już patrzę na Tatry Zachodnie. Uśmiecham się na myśl, że właśnie wczoraj wędrowałam sobie wzdłuż granicy z Kasprowego do Doliny Kondratowej, tym razem darując sobie wchodzenie na Kopę Kondracką. Widzę też Kasprowy Wierch i cienką, białą wstążkę wijącego się szlaku, którym niebawem będę podążać. Dziś tam właśnie skończę swą wędrówkę.


Mój dalszy szlak, aż do Kasprowego. Za nim widać Giewont a po lewej stronie Czerwone Wierchy



Zakopane w dole, dziś Beskidy słabo widoczne na horyzoncie


Dalej spoglądam w Dolinę Gąsienicową i Zakopane w oddali. Wiem, że zaraz opuszczę tą spokojną przystań i znów zanurzę się w gwarny świat. Ale póki co, siadam i jeszcze przez chwilę jestem w swoim świecie.


Dolina Gąsienicowa


Czas jednak zebrać się i zmierzyć ze schodzeniem. Uspokajam moje kolana, mówiąc, że nie będę pędzić jak szalona, tylko spokojnie sobie razem zejdziemy. Tak po prawdzie to są już nieco zmęczone i dawno w opaskach.


Tatry Zachodnie


Zaczynam powoli schodzić, jeszcze wymijając się pod samym szczytem z wchodzącymi nań. Warto tu podkreślić, że czerwony szlak trawersuje bok góry, więc można ją przejść, bez wdrapywania się na sam wierzchołek Świnicy.
I znów mam łańcuchy i w jednym miejscu dość niebezpieczne miejsce. To duża ekspozycja, która każe nam zdwoić uwagę na tym fragmencie. Na szczęście udaje mi się spokojnie przejść. 


Niebezpieczny odcinek szlaku, ścieżka zawieszona nad przepaścią


Dalej znów łańcuchy i wytracanie wysokości. Po pewnym czasie szlak skręca w lewo i wchodzi w ciasny przesmyk. Po jego drugiej stronie już jest szerzej. Jestem teraz sama na szlaku. Cisza, pustka i tylko granit wokół.


Jedni wchodzą, inni schodzą...



Tym razem szlak skręca w prawo w ciasny przesmyk



Wąskie przejście w skale



Po drugiej stronie skalnego przesmyku


Ale za to mam widok na moje małe kolejne cele, a więc następujące po sobie przełęcze. Z prawej strony coraz bliżej mam stawy w Dolinie Gąsienicowej. Jest cudownie. Choć odczuwam pewne zmęczenie, czuję się dobrze.


Pośrednia Turnia z trawersującym ją szlakiem a za nią Skrajna Turnia



Zejście ze Świnicy, w tle widoczna Świnicka Przełęcz



Dolina Gąsienicowa i rzucający się w oczy Kurtkowiec z dwoma małymi wysepkami


Co jakiś czas widzę czerwono-białe znaki, które przypominają mi, że i dziś idę wzdłuż granicy naszego kraju. Fajne uczucie. Jestem na krańcu Polski J.


Duśka na krańcu państwa ;)


Małymi zakosami, wśród rumoszu skalnego docieram w końcu do Świnickiej Przełęczy (2051 m n.p.m.). Tu kilka osób zaledwie zrobiło sobie popasul. Idę jednak dalej. Stąd mam 50 minut do Kasprowego.


Długi Staw w Dolinie Gąsienicowej a nad nim Mały Kościelec, Przełęcz Karb i stok Kościelca



Na Świnickiej Przełęczy



 Świnica widziana ze Świnickiej Przełęczy


Dzień wciąż jasny, idę więc spacerkiem. Wspinam się delikatnie po zboczu Pośredniej Turni (2128 m n.p.m.) by zaraz ujrzeć Skrajną Turnię (2096 m n.p.m.).


Skrajna Turnia


Za plecami zostawiam życzliwą dziś dla mnie Świnicę. Mam wrażenie, że odprowadza mnie ona wzrokiem i do mnie mruga jednym okiem. Skąpana w słońcu uśmiecha się? Tak to widzę.


Świnka z oczkiem i uśmiechem :)


Na chwilę niknie mi za zboczem, ale przecież jeszcze pomacham jej na do widzenia.


Trawers Skrajnej Turni: Pośrednia Turnia i za nią Świnica, która z tej perspektywy pokazuje, że ma dwa wierzchołki

Teraz skupiam się na łagodnym trawersie turni. Otwiera mi się znów widok na stawki w Dolinie Gąsienicowej, po drugiej stronie na Zadnią Cichą Dolinę. Góry kładą się już cieniami, przygotowując się na przyjęcie nocy.


Cienie Tatr Zachodnich



Stawki Doliny Gąsienicowej



Cicha, Zadnia Ticha Dolina


Szeroką trasą dochodzę do zupełnie pustej Przełęczy Liliowe (1952 m n.p.m.). Szerokie siodło przełęczy kusi do rozłożenia się tu pośród traw i pozostania jeszcze chwilę wśród tej ciszy.


Giewont i Kasprowy Wierch



Na szlaku - tu już relaksujący spacer na całego



W górę ku następnej przełęczy



Przełęcz Liliowe: przestrzeń i pustka na szlaku, cisza, w której słychać było, tego dnia, jedynie szum wiatru



Przełęcz Liliowe



Świnica i Turnie za Przełęczą Liliowe

Przede mną piętrzy się ostatnie małe wzniesienie tego dnia: Beskid (2012 m n.p.m.). Jest to łatwo dostępny z Kasprowego Wierchu dwutysięcznik, który jest chętnie odwiedzany przez turystów, wysypujących się z kolejki. W końcu zawsze potem, wieczorem przy piwku, w knajpie, można powiedzieć znajomemu:  „wiesz stary, ja to dziś byłem na dwutysięczniku”. Niby nic, ale jak brzmi! J


Beskid - ostatnie podejście tego dnia



Na stoku Beskidu


Spacerowym tempem docieram na szczyt Beskidu i zderzam się z bolesną rzeczywistością. Na górze człek obok człeka, mały obok dużego, róż wymieszany z kolorem czarnym. No tak, żegnaj spokoju.
Kiedy na chwilę przystaję, wybija mnie z zamyślenia młody chłopak, który totalnie rozbraja mnie pytaniem. Wskazując na stawy w Dolinie Gąsienicowej pyta mnie czy to Dolina Pięciu Stawów… Litości… Kolejna osoba, która nie dokonała zakupu mapy, ani nie spojrzała w żadne nowości technologiczne, ot, po prostu wjechała kolejką w góry. Chłopak jednak wydaje mi się szczerze zakłopotany pytaniem i nieco zawstydzony. Uśmiecha się nieśmiało, więc wyjaśniam mu co widzi i gdzie jest Piątka. I że jej stąd na pewno nie zobaczy. Uprzejmie mi dziękuje, a ja odwzajemniam uśmiech. Mimo wszystko trzeba sobie pomagać. Służyć wiedzą i także czerpać ją od lepszych. Stale też sobie to powtarzam.
Pośpiesznie schodzę z Beskidu i widzę cudowną rzecz. Ponownie na trasie widzę rozłożone siatki, zapobiegające dalszej dewastacji podłoża. Widok ten niezmiernie mnie raduje. Znów droga z Kasprowego na Beskid będzie szerszym szlakiem a nie autostradą. Brawo!


Zmniejszanie szlaku szansą dla przyrody - popieram w całej rozciągłości


Jeszcze kilka kroków i już jestem na Suchej Przełęczy (1950 m n.p.m.). Idę ku górnej stacji kolejki. Tym razem oszczędzę te moje kolanka i zjadę w dół.


 Sucha Przełęcz



Górna stacja kolejki na Kasprowym Wierchu


Jest już 18.00. Czas na obiadokolację. Czuję, że apetyt mam zaostrzony. Wysmagana wiatrem, macham Świnicy na pożegnanie, rzucam jej czułe spojrzenie i znikam w wejściu do kolejki. A w niej słyszę jak jakaś matka strofuje swe dziecię i pokazując na Kasprowy Wierch niemalże krzyczy, by robiło ujęcia kamerą temu Giewontowi…. No tak… Witamy w realnym świecie, w którym i na koniec dnia dowiaduję się, że właśnie byłam na Giewoncie, na który kursuje kolejka, w której wagoniku właśnie zjeżdżam do Kuźnic. Czy ja dziś byłam na Zawracie i Świnicy, czy to tylko wytwór mojej wyobraźni? Może nie mamy 2015r, tylko 5015r, a ja zostałam zahibernowana przez górskie powietrze i doczekałam wagoników na Giewont…  Dziwna sprawa, naprawdę.
Tak oto kończy się moja dzisiejsza wyprawa. Pogoda dopisała, widoki też, ludzie napotkani byli różni, było czasem poważnie, a czasem śmiesznie. Takie wyprawy lubię najbardziej. Bo choć zmęczenie po całym dniu swoje robi, to jednak pozostaje ta wewnętrzna radocha, która napędza mnie na kolejny czas, kiedy jestem z dala od gór. Moje akumulatory tego dnia zostały naładowane. Kolejny dzień przyniósł nowe wyzwania choć na starych ścieżkach. Ale o tym następnym razem.

Hej!