Kaj mnie ciepnęło,
czyli ślonsko godka
CZĘŚĆ II KATOWICKIEJ PRZYGODY
Już od paru
godzin jestem w magicznym miejscu, czyli w Nikiszowcu. Chodzę między
familokami z czerwonej cegły i chłonę atmosferę tego ponad 100 letniego
miejsca. Jak ono wygląda, możecie przekonać się czytając pierwszą część, o
właśnie TU.
Nikiszowiec z lotu ptaka
Wnętrze cukierni na Nikiszu
Nikiszowiec z lotu ptaka
Wnętrze cukierni na Nikiszu
Czas jednak
leci nieubłaganie, więc wsiadam na przystanku w autobus, który dowiezie mnie do
robotniczego osiedla, które powstało wcześniej, niż Nikiszowiec. Tym samym jadę
do Giszowca, oddalonego od centrum Katowic o jakieś 6 km.
Gieschewald,
czyli Las Gieschego, dokładnie Jerzego
Gieschego, od którego wzięła się nazwa tego miejsca. Tu powstało górnicze
osiedle na początku XX w. Nazwę tego osiedla nadał koncern górniczo-hutniczy
„Georg von Giesches Erben”, czyli „Spadkobiercy Gieschego” , a którą to nazwę
zaciekle zwalczał okres PRL-u, nadając mu nową „Osiedla im. Stanisława Staszica”.
Na szczęście nazwa się nie przyjęła i wciąż funkcjonuje ta pierwsza.
Mapa Giszowca, miasta-ogrodu
Mapa Giszowca, miasta-ogrodu
Początki
osiedla wiążą się z eksploatacją nowych pokładów węgla. Wywiercono szyby i
wtedy powstaje obszar dworski Giszowiec. Staje się to 13 maja 1907r. Trzy lata
później powstaje robotnicze osiedle dla górników zatrudnionych w nowej kopalni
„Giesche” (obecnie „Wieczorek”). Dyrektor spółki – Anton Uthemann, zleca jego
zaprojektowanie oraz budowę architektom spod Berlina, znanym nam już panom
Emilowi i Georgowi Zillmannom.
Anton Uthemann (1862-1935) - inspirator budowy i patron osiedli w Nikiszowcu i Giszowcu, w latach 1905-1913 dyrektor generalny koncernu Georg von Giesche`s Erben. Pełniąc tę funkcję przeprowadził reorganizację zakładów górniczych spółki oraz zakładów hutniczych. Połączył je gęstą siecią kolei wąskotorowych. W 1913r złożył urząd i wrócił do Berlina.
Emil i Georg Zillmannowie - projektanci Nikiszowca i Giszowca. Obaj urodzili się w Międzyrzeczu (woj. lubuskie), Emil - 20.06.1870r., Georg - 09.07.1871r. Po studiach wspólnie otworzyli prywatne biuro architektoniczne. Na Śląsku znani przede wszystkim jako autorzy budynków związanych z przemysłem, choć projektowali też budynki szpitalne, czy choćby kościół św. Anny w Nikiszowcu. Emil ożenił się z Marianne Amalie Agnes Graefe, pochodzącą z Neustadt/Dosse. Miał z nią czworo dzieci. George poślubił Pauline Danner, mieszkankę Katowic, ale dzieci nie mieli. Obaj architekci zmarli w Berlinie: Emil - 22.05.1937r., George - 25.11.1958r.
Tym samym powstaje miasto-ogród z domkami ukrytymi wśród zieleni.
Anton Uthemann (1862-1935) - inspirator budowy i patron osiedli w Nikiszowcu i Giszowcu, w latach 1905-1913 dyrektor generalny koncernu Georg von Giesche`s Erben. Pełniąc tę funkcję przeprowadził reorganizację zakładów górniczych spółki oraz zakładów hutniczych. Połączył je gęstą siecią kolei wąskotorowych. W 1913r złożył urząd i wrócił do Berlina.
Emil i Georg Zillmannowie - projektanci Nikiszowca i Giszowca. Obaj urodzili się w Międzyrzeczu (woj. lubuskie), Emil - 20.06.1870r., Georg - 09.07.1871r. Po studiach wspólnie otworzyli prywatne biuro architektoniczne. Na Śląsku znani przede wszystkim jako autorzy budynków związanych z przemysłem, choć projektowali też budynki szpitalne, czy choćby kościół św. Anny w Nikiszowcu. Emil ożenił się z Marianne Amalie Agnes Graefe, pochodzącą z Neustadt/Dosse. Miał z nią czworo dzieci. George poślubił Pauline Danner, mieszkankę Katowic, ale dzieci nie mieli. Obaj architekci zmarli w Berlinie: Emil - 22.05.1937r., George - 25.11.1958r.
Tym samym powstaje miasto-ogród z domkami ukrytymi wśród zieleni.
We
wszystkich powstaniach śląskich, mieszkańcy Giszowca opowiadają się za
przyłączeniem Górnego Śląska do Polski. W międzyczasie kwitnie życie
kulturalno-oświatowe na Giszowcu. Ale wraz z barwnym życiem społecznym wkrada
się twarda górnicza rzeczywistość. Pojawiają się strajki, protesty. Jednemu z
lokalnych ruchów rewolucyjnych przewodzi Józef Wieczorek, którego imieniem
nazwana jest dzisiejsza kopalnia.
Kiedy
wybucha II wojna światowa, los Giszowca jest podobny do losu Nikisza – okupant
prześladuje wszelkie objawy polskości.
Po wojnie
zaczyna się prawdziwa gehenna miasta-ogrodu. Otóż w 1964r powstaje nowa
„gruba”, nazwana „Staszic”.(Tak, tak, to ten sam człowiek, którego znamy z
lekcji polskiego jako pisarza i reformatora doby Oświecenia. Wiecie, że był też geografem i geologiem? I
wspierał rozwój kopalni. Stąd jego nazwisko w kontekście przemysłu węglowego.)
W 1969r zapada decyzja by wyburzyć zabytkowe domy i w ich miejsce wybudować
wieżowce osiedla a jakże, im. St. Staszica. Na szczęście prace przerwano po
protestach konserwatora zabytków. Mimo to zachowała się jedynie ⅓ starego
zabudowania. Dziś możemy spotkać tu domki w stylu górnośląskich chałup śląskich
z charakterystycznymi stromo opadającymi dachami.
Zabudowania Giszowca
Jeden z domów w Giszowcu - okna dachowe świadczą o użytkowym poddaszu, czego nie było w czasach, kiedy Giszowiec powstawał
Pomieszczenia mieszkalne były zazwyczaj tylko na parterze. Nierzadko tuż obok znajdowały się obórki. W ten sposób swoje domy miało ok. 600 rodzin robotniczych i 38 rodzin urzędniczych. Domy podobnie jak w przypadku osiedla na Nikiszu, niby były takie same, ale zwykle różniły się detalami, jak dachami, oknami, czy dekoracjami ściennymi.
Okno na świat :)
Domy urzędnicze były zazwyczaj kryte czerwoną dachówką i otoczone parkiem. Domy robotników miały pokrycie z ogniotrwałego gontu. Mieszkanie takiego robotnika wahało się od 38 do 52 m², czyli wcale tak mało miejsca nie miał (dla porównania moje mieszkanie ma niecałe 39m² a miejsca w nim jakby mało J), ale za to pozbawiony był bieżącej wody. Mógł ją sobie czerpać z ulicznego hydrantu. Każdy dom miał ogródek, w którym znajdowały się ubikacje. Extra, już widzę siebie jak biegnę do wychodka przy kilku stopniach na minusie….
Zabudowania Giszowca
Jeden z domów w Giszowcu - okna dachowe świadczą o użytkowym poddaszu, czego nie było w czasach, kiedy Giszowiec powstawał
Pomieszczenia mieszkalne były zazwyczaj tylko na parterze. Nierzadko tuż obok znajdowały się obórki. W ten sposób swoje domy miało ok. 600 rodzin robotniczych i 38 rodzin urzędniczych. Domy podobnie jak w przypadku osiedla na Nikiszu, niby były takie same, ale zwykle różniły się detalami, jak dachami, oknami, czy dekoracjami ściennymi.
Okno na świat :)
Domy urzędnicze były zazwyczaj kryte czerwoną dachówką i otoczone parkiem. Domy robotników miały pokrycie z ogniotrwałego gontu. Mieszkanie takiego robotnika wahało się od 38 do 52 m², czyli wcale tak mało miejsca nie miał (dla porównania moje mieszkanie ma niecałe 39m² a miejsca w nim jakby mało J), ale za to pozbawiony był bieżącej wody. Mógł ją sobie czerpać z ulicznego hydrantu. Każdy dom miał ogródek, w którym znajdowały się ubikacje. Extra, już widzę siebie jak biegnę do wychodka przy kilku stopniach na minusie….
Domy
urzędnicze były bardziej przestronne, miały więcej pokoi a ich powierzchnia
wahała się od 76 do 104m². Te były wyposażone w kanalizację i wodę a także
ubikacje. Mieszkańców do pracy dowoziła wspomniana przeze mnie w pierwszej
części, kolejka Balkan.
Tyle
historii, choć przyznaję, że zagłębiam się w nią z coraz większym zrozumieniem.
Chodźmy zatem na spacer po Giszowcu.
Zaczynam u
stóp kościoła św. Barbary. Niestety trwa właśnie pogrzeb, więc do środka nie
zajrzę. Powiem tylko tyle, że jest to nowa świątynia, wybudowana w 1984r. Lata
60. i 70. XX w. cechowały się dużym rozwojem mieszkańców osiedla, więc stąd
pomysł, by wybudować nowy kościół.
Kościół św. Barbary w Giszowcu
Kościół św. Barbary w Giszowcu
Choć słońce
mocno praży, postanawiam zagubić się w uliczkach miasta-ogrodu. Dawniej rynek
stanowił prostokątny plac, od którego rozchodziły się ulice krzyżując się z
ulicami biegnącymi okrężnie. Pośród ulic stoją dawne domy.
Stare z nowym... tym jest właśnie Giszowiec
Na jednej z ulic Giszowca
Niestety ten sielski widoczek zakłócają wieżowce, które wyrastają tu i ówdzie w moich kadrach. Znów znajduję podobieństwo z moim osiedlem. Ja również mieszkam w dziesięciopiętrowym bloku, a z okien widzę mnóstwo domków jednorodzinnych budowanych dla oficerów wojskowych w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Czuję się jak w mojej okolicy.
Na ulicy Giszowca
Nowoczesny blok obok zabytkowego domku
Stare z nowym... tym jest właśnie Giszowiec
Na jednej z ulic Giszowca
Niestety ten sielski widoczek zakłócają wieżowce, które wyrastają tu i ówdzie w moich kadrach. Znów znajduję podobieństwo z moim osiedlem. Ja również mieszkam w dziesięciopiętrowym bloku, a z okien widzę mnóstwo domków jednorodzinnych budowanych dla oficerów wojskowych w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Czuję się jak w mojej okolicy.
Na ulicy Giszowca
Nowoczesny blok obok zabytkowego domku
Idę więc w
stronę Placu pod Lipami. Plan ten był zwany rynkiem, bowiem tu zlokalizowano
ważne budynki użyteczności publicznej. Nazwa placu pochodzi od znajdujących się
wokół lip, które liczą sobie około 90 lat.
Teren Restauracji "Pod Kasztanami" - urządzono tu 18-dołkowe pole do minigolfa
Dziś restauracja, dawniej kantyna i jadłodajnia dla robotników. Potem bar piwny "Gwarek". Budynek uległ dewastacji, uratowany przez prywatnego inwestora
Restauracja "Pod Kasztanami"
Cukierenka kusząca cieniem i zabytkową bryłą budyneczku
Tu największym budynkiem jest Karczma Śląska, zwana gospodą. Służyła zabawie i odpoczynkowi pracownikom kopalni „Giesche”. Była w swych dziejach restauracją, kinem i dyskoteką. Właścicielem jej była też kopalnia „Staszic”. Teraz mieści się tu Miejski Dom Kultury „Szopienice-Giszowiec”. Właśnie trwa jakaś próba operowego śpiewu. Kobiecy głos przebija się przez męski i niesie po okolicznym parku.
Dawna Karczma Śląska, widok od strony ulicy
Dawna Karczma Śląska, widok od strony parku
Teren Restauracji "Pod Kasztanami" - urządzono tu 18-dołkowe pole do minigolfa
Dziś restauracja, dawniej kantyna i jadłodajnia dla robotników. Potem bar piwny "Gwarek". Budynek uległ dewastacji, uratowany przez prywatnego inwestora
Restauracja "Pod Kasztanami"
Cukierenka kusząca cieniem i zabytkową bryłą budyneczku
Tu największym budynkiem jest Karczma Śląska, zwana gospodą. Służyła zabawie i odpoczynkowi pracownikom kopalni „Giesche”. Była w swych dziejach restauracją, kinem i dyskoteką. Właścicielem jej była też kopalnia „Staszic”. Teraz mieści się tu Miejski Dom Kultury „Szopienice-Giszowiec”. Właśnie trwa jakaś próba operowego śpiewu. Kobiecy głos przebija się przez męski i niesie po okolicznym parku.
Dawna Karczma Śląska, widok od strony ulicy
Dawna Karczma Śląska, widok od strony parku
Obok karczmy
znajduje się „Gawlikówka”, czyli galeria malarstwa Ewalda Gawlika. Dawniej była
to stajnia, wozownia i pomieszczenia dla woźniców. Tam też miał swoją pracownię
wspomniany Ewald Gawlik, górnośląski malarz, człowiek zwany Van Goghiem z
Nikisza. Co ciekawsze, z jego twórczością spotkałam się pierwszy raz i miałam
okazję oglądać jego obrazy w dawnym maglu na Nikiszu. Nie robiłam jednak
żadnych zdjęć, jako, że z malarstwem u mnie jest na bakier. Niestety
„Gawlikówka” jak i Izba Śląska były w tym momencie zamknięte. Może to i lepiej,
bo jest do czego wracać, a tak czas spędzony w tych dwóch górniczych osiedlach
mogłam wykorzystać na zwiedzanie innych miejsc.
"Gawlikówka"
Tablica pamiątkowa poświęcona Ewaldowi Gawlikowi
"Gawlikówka"
Tablica pamiątkowa poświęcona Ewaldowi Gawlikowi
Chwilę
ochłody znajduję w parku, który przylega do Karczmy Śląskiej.
Scena letnia w parku
Pomysł na kwietnik :) (Zastanawiam się co się stało z moim rowerem Wigry 3...)
Tu odnajduję środek dawnego Giszowca. W jego miejscu stoi metalowy globus.
Giszowiecki park
Środek Giszowca
Czas powrócić do Nikiszowca…
Scena letnia w parku
Pomysł na kwietnik :) (Zastanawiam się co się stało z moim rowerem Wigry 3...)
Tu odnajduję środek dawnego Giszowca. W jego miejscu stoi metalowy globus.
Giszowiecki park
Środek Giszowca
Czas powrócić do Nikiszowca…
Znów jadę
autobusem. Rozglądam się na boki, co też moje oczy wypatrzą. Aparat w stałym
pogotowiu, pogodził się z piekącym słońcem. W autobusie ludzie życzliwie się
uśmiechają, pytając skąd przybyłam. Kiedy mówię prawdę, że z Warszawy tak na
jeden dzień, oczy ich robią się większe. Że też mi się chciało, słyszę. Ano,
chciało J.
Szyb Roździeński z okien autobusu
Szyb Roździeński z okien autobusu
Szyb Roździeński z okien autobusu
Szyb Roździeński z okien autobusu
Wysiadam na
Placu Wyzwolenia. Wiem, że pełnię mojej wewnętrznej radochy zaspokoi dawny
magiel. Miejsce to jest wyjątkowe. Ponownie tego dnia przenoszę się w czasie.
To Dział
Etnologii Miasta. Nikiszowiec. Muzeum Historii Katowic. Zwiedzanie zaczynam od
wspomnianej wystawy prac artystów tzw. Grupy Janowskiej. Grupa ta skupiała
malarzy amatorów z Janowa Śląskiego. Została założona w 1946r. I działa do dnia
dzisiejszego, choć większości jej twórców nie ma już wśród żyjących.
Prace tychże
malarzy, mimo, iż wywodzą się z tego samego nurtu, to jednak różnią się zarówno
techniką wykonania jak i tematyką, czy kolorami.
Św. Barbara - mozaika szklana, kopia obrazu olejnego na płótnie autorstwa Palmy Vecchia, znajdującego się w kościele Santa Maria Formosa w Wenecji. Jest to przedstawienie popularne na Górnym Śląsku. Stanowiła pierwotny wystrój cechowni szybu Carmer (obecnie Pułaski) w Nikiszowcu, wybudowanego w latach 1904-1907. W 1994r. poddana została konserwacji i przeniesiona do budynku dawnej pralni i magla.
Święta Barbara ze swymi atrybutami: mieczem i kielichem z hostią
Ale jak powiedziałam, nie odróżniam Moneta od Maneta, więc nie poświęciłam zbytniej uwagi na obrazy, bowiem śpieszno mi było zobaczyć wnętrze nikiszowieckiego mieszkania. Moja gębusia ma już stałe zmarszczki od uśmiechu, bo jak tu się nie uśmiechać, kiedy: a. jestem jedyną odwiedzającą muzeum (przepraszam panią kustoszkę, która dla mnie musiała otwierać sznurkowe bramki, za to zasługuje na pochwałę, bo czyniła to jakby przewodziła grupie turystów najwyższej rangi – doceniam, naprawdę), b. wśród wystawowych sprzętów składających się na wnętrze śląskiego mieszkanka, odnajduję te, które dobrze są mi znane z dzieciństwa.
Św. Barbara - mozaika szklana, kopia obrazu olejnego na płótnie autorstwa Palmy Vecchia, znajdującego się w kościele Santa Maria Formosa w Wenecji. Jest to przedstawienie popularne na Górnym Śląsku. Stanowiła pierwotny wystrój cechowni szybu Carmer (obecnie Pułaski) w Nikiszowcu, wybudowanego w latach 1904-1907. W 1994r. poddana została konserwacji i przeniesiona do budynku dawnej pralni i magla.
Święta Barbara ze swymi atrybutami: mieczem i kielichem z hostią
Ale jak powiedziałam, nie odróżniam Moneta od Maneta, więc nie poświęciłam zbytniej uwagi na obrazy, bowiem śpieszno mi było zobaczyć wnętrze nikiszowieckiego mieszkania. Moja gębusia ma już stałe zmarszczki od uśmiechu, bo jak tu się nie uśmiechać, kiedy: a. jestem jedyną odwiedzającą muzeum (przepraszam panią kustoszkę, która dla mnie musiała otwierać sznurkowe bramki, za to zasługuje na pochwałę, bo czyniła to jakby przewodziła grupie turystów najwyższej rangi – doceniam, naprawdę), b. wśród wystawowych sprzętów składających się na wnętrze śląskiego mieszkanka, odnajduję te, które dobrze są mi znane z dzieciństwa.
Oto wchodzę
na wystawę zatytułowaną „U nos w doma na Nikiszu…” Trzeba zaznaczyć, że nie
jest to wierne oddanie skali mieszkania w jednym z familoków, a jedynie próba
pokazania warunków, w jakich żyli górnicy z kopalni „Giesche”. Wszystkie
sprzęty pochodzą z zasobów muzeum a także z darów samych mieszkańców.
W doma na Nikiszu...
W doma na Nikiszu...
O typowym
mieszkaniu w tym osiedlu pisałam w części pierwszej, więc nie będę się
powtarzać, grunt, że składało się zwykle z kuchni, która skupiała życie
domowników, saloniku dla ważniejszych wydarzeń oraz sypialni. I to właśnie teraz
miałam sobie odkryć, spacerując po przykładowym wnętrzu. A oto jak ono wygląda…
Na przodek
wysuwa się kuchnia. To jednocześnie miejsce do pracy, sypialnia małego bajtla,
pokój zabaw starszego, umywalnia i kuchnia właściwa w jednym.
Część "łazienkowa" w kuchni
Chyba każda dziewczynka marzy o takim domku dla lalek
Takim bączkiem bawiłam się w dzieciństwie, lalkami też nie gardziłam :)
Sprzęty kuchenne: krajalnica przykręcana kluczykiem do stołu to dziś antyk, podobnie jak wiszący młynek do kawy . Moją uwagę przyciągnął zestaw kubeczków, które były chyba jednocześnie miarkami.
Część sypialna dla dziecka oraz część do pracy dla pani domu - obowiązkowo haftowane makatki na ścianach
Zabawki w kuchni świadczą o tym, że właśnie w tym pomieszczeniu skupiało się życie rodzinne
Kuchnia właściwa i obok piecyk typu koza
Część "łazienkowa" w kuchni
Chyba każda dziewczynka marzy o takim domku dla lalek
Takim bączkiem bawiłam się w dzieciństwie, lalkami też nie gardziłam :)
Sprzęty kuchenne: krajalnica przykręcana kluczykiem do stołu to dziś antyk, podobnie jak wiszący młynek do kawy . Moją uwagę przyciągnął zestaw kubeczków, które były chyba jednocześnie miarkami.
Część sypialna dla dziecka oraz część do pracy dla pani domu - obowiązkowo haftowane makatki na ścianach
Zabawki w kuchni świadczą o tym, że właśnie w tym pomieszczeniu skupiało się życie rodzinne
Kuchnia właściwa i obok piecyk typu koza
Potem mamy
salonik, gdzie oprócz stołu na plan pierwszy wysuwają się dewocjonalia
świadczące o przywiązaniu do religii i wiary. Choć w oknach wklejone są
fototapety pokazujące widok z okna na podwórze, to nie odbiega to od prawdy –
taki widok mieli zwykle mieszkańcy familoków.
Salonik w nikiszowieckim mieszkaniu
Widok z okna
Salonik w nikiszowieckim mieszkaniu
Widok z okna
Wreszcie
jesteśmy w sypialni gospodarzy. Centralne miejsce zajmuje łóżko rzecz jasna. To
jednocześnie sypialnia, pokój dzienny, pokój muzyczny i buduar w jednym. O
zamiłowaniu do muzyki świadczy wielki instrument dęty wiszący na ścianie. Obok
stara fotografia wskazuje na przynależność do górniczej orkiestry dętej.
Sypialnia - z układaniem ubranej lalki na środku łóżka spotkałam się także na Mazowszu, prawdę powiedziawszy nie wiem czemu służyła taka dekoracja...
Część "toaletkowa" oraz "muzyczna" sypialni
"Współczesne" radio i telewizja
Zauroczyły mnie koronki na półkach w szafie
Z pewnością pan domu należał do górniczej orkiestry
Sypialnia - z układaniem ubranej lalki na środku łóżka spotkałam się także na Mazowszu, prawdę powiedziawszy nie wiem czemu służyła taka dekoracja...
Część "toaletkowa" oraz "muzyczna" sypialni
"Współczesne" radio i telewizja
Zauroczyły mnie koronki na półkach w szafie
Z pewnością pan domu należał do górniczej orkiestry
Chodzę sobie
po nikiszowieckim mieszkanku, ale czas już najwyższy iść do magla. Z takim
przybytkiem miałam jeszcze do czynienia, kiedy mama wysyłała mnie z pakunkiem
świeżo wypranych, wykrochmalonych i wyciąganych ręcznie przez nas, obrusów,
pościeli itp. Szłam wyładowana po nos i uważałam, żeby nie wywalić się w
kałużę, co przy moich chudych jak patyczki nóżkach było całkiem możliwe.
Dobrze,
wchodzę na kolejną wystawę. Jej tytuł brzmi: „Woda i mydło najlepsze bielidło”.
Wstęp do wystawy w dawnym maglu
Ach co to za ciekawe miejsce. Ileż tu poznałam śląskich słówek… Ale po kolei.
Wstęp do wystawy w dawnym maglu
Ach co to za ciekawe miejsce. Ileż tu poznałam śląskich słówek… Ale po kolei.
Projektując
robotnicze osiedle, zadbano, by mieszkańcy mieli wszystkie wygody i budynki
sprzyjające ich komfortowi życia. Między innymi powstała pralnia, czyli po śląsku waszhaus.
Różne typy magli
To tu kobiety przynosiły brudną bieliznę do prania i w wielkich korytach moczyły ją, a gotowały w wielkich kotłach, w których była gorąca woda doprowadzona z kopalnianej ciepłowni. Nie było to łatwe zadanie, a zajmowały się nim kobiety. I właśnie na tej wystawie przechodzę przez wszystkie etapy prania, od kosza z brudnymi ubraniami, pralnię, w której kobiety tarły na tarze materiał, poprzez suszarnię, w której na strychach swych domów lub w specjalnej suszarni wieszano do wyschnięcia wypraną rzecz, aż po magiel, gdzie można było skorzystać z elektrycznych urządzeń i na koniec ułożyć czystą i wyprasowaną bieliznę z powrotem w kosz i zanieść do domu.
Wystawa z mydełek, obok tary (inaczej: waszbret, rumpla) służące do prania. Kobiety przynosiły własne tary lub mogły je wypożyczyć na miejscu. Aby osiągnąć śnieżną biel dodawało się do gotowania roztwór mydła. Bielidło to był środek do wybielania bielizny, węglan sodu. Sztanga mydła to były połączone ze sobą kawałki szarego mydła, można było kupić mydło "na sztangi"
W pralni znajdowało się 15 stanowisk pralniczych, złożonych z czterech kadzi każde, z gorącą i zimną wodą. Z pralni mogło korzystać jednocześnie 30 kobiet. Obok stały elektryczne kotły do gotowania bielizny, czyli po śląsku - kastrole.
Centryfuga - elektryczna wirówka, którą uruchamiał zatrudniony w pralni maszyniorz lub maszyniorka. Odwirowaną bieliznę maczano w krochmalu(tzw. szkrobku), czyli roztworze wody i skrobi ziemniaczanej, by materiał nie wchłaniał kurzu ani wilgoci.
Suszarnia złożona była z 49 tzw. "fachów" - specjalnych, ruchomych, numerowanych szaf. Po wysunięciu każdej z nich, na mieszczących się wewnątrz drążkach można było rozwiesić mokre pranie i wsunąć do wnętrza suszarki. Gorące powietrze wydobywające się z umieszczonych pod "fachami" "grzejników", suszyły rzeczy.
Maglowanie to ostatni etap prania. Na blacie rozkładano maglownik, czyli długi kawałek szarego płótna i w to zawijano maglowaną bieliznę. Nawijano kolejne warstwy materiałów na drewniane, długie wałki. Następnie wkładano je kolejno między dolną i górną (ruchomą) część maszyny. Przesuwanie się ciężkiej płaszczyzny po wałkach powodowało, że wszelkie zagniecenia znikały z maglowanej bielizny. Magiel, czyli mangla lub walkownia, odnosiło się zarówno do pomieszczenia jak i samego urządzenia.
Różne typy magli
To tu kobiety przynosiły brudną bieliznę do prania i w wielkich korytach moczyły ją, a gotowały w wielkich kotłach, w których była gorąca woda doprowadzona z kopalnianej ciepłowni. Nie było to łatwe zadanie, a zajmowały się nim kobiety. I właśnie na tej wystawie przechodzę przez wszystkie etapy prania, od kosza z brudnymi ubraniami, pralnię, w której kobiety tarły na tarze materiał, poprzez suszarnię, w której na strychach swych domów lub w specjalnej suszarni wieszano do wyschnięcia wypraną rzecz, aż po magiel, gdzie można było skorzystać z elektrycznych urządzeń i na koniec ułożyć czystą i wyprasowaną bieliznę z powrotem w kosz i zanieść do domu.
Wystawa z mydełek, obok tary (inaczej: waszbret, rumpla) służące do prania. Kobiety przynosiły własne tary lub mogły je wypożyczyć na miejscu. Aby osiągnąć śnieżną biel dodawało się do gotowania roztwór mydła. Bielidło to był środek do wybielania bielizny, węglan sodu. Sztanga mydła to były połączone ze sobą kawałki szarego mydła, można było kupić mydło "na sztangi"
W pralni znajdowało się 15 stanowisk pralniczych, złożonych z czterech kadzi każde, z gorącą i zimną wodą. Z pralni mogło korzystać jednocześnie 30 kobiet. Obok stały elektryczne kotły do gotowania bielizny, czyli po śląsku - kastrole.
Centryfuga - elektryczna wirówka, którą uruchamiał zatrudniony w pralni maszyniorz lub maszyniorka. Odwirowaną bieliznę maczano w krochmalu(tzw. szkrobku), czyli roztworze wody i skrobi ziemniaczanej, by materiał nie wchłaniał kurzu ani wilgoci.
Suszarnia złożona była z 49 tzw. "fachów" - specjalnych, ruchomych, numerowanych szaf. Po wysunięciu każdej z nich, na mieszczących się wewnątrz drążkach można było rozwiesić mokre pranie i wsunąć do wnętrza suszarki. Gorące powietrze wydobywające się z umieszczonych pod "fachami" "grzejników", suszyły rzeczy.
Maglowanie to ostatni etap prania. Na blacie rozkładano maglownik, czyli długi kawałek szarego płótna i w to zawijano maglowaną bieliznę. Nawijano kolejne warstwy materiałów na drewniane, długie wałki. Następnie wkładano je kolejno między dolną i górną (ruchomą) część maszyny. Przesuwanie się ciężkiej płaszczyzny po wałkach powodowało, że wszelkie zagniecenia znikały z maglowanej bielizny. Magiel, czyli mangla lub walkownia, odnosiło się zarówno do pomieszczenia jak i samego urządzenia.
Z urządzeń
tych korzystano jeszcze do końca lat 80. XX w. Pralki automatyczne wyparły
całkowicie cały proces prania. Bo do takiego zajęcia potrzebna była siła, a
przy automatach żyło się lżej.
Magiel był
miejscem nie tylko ciężkiej pracy, ale także punktem spotkań miejscowych
kobiet. Tu plotkowano, narzekano na los, rozmawiano o ważnych i błahych
sprawach, zwykle dotyczących Nikiszowca. Tu przez cały dzień śmiano się a także
kłócono, czasem z użyciem rąk i nóg ;) Przykładem na to może być opis jaki
znajduję przy wystawie. Najlepszy z tego jest dopisek na samym końcu J.
Życie w maglu, najnowsze nowinki zanoszone do domów z koszem czystej bielizny...
Życie w maglu, najnowsze nowinki zanoszone do domów z koszem czystej bielizny...
W dawnym
maglu po drugiej stronie wystawy znajduje się inna, czasowa, także ciekawa i zabawna.
Zatytułowana jest „ Wiejskie korzenie, miejski szyk. O tym, jak Francek z
Podlesia górnikiem na Nikiszu został”. Główny bohater – Francek Wieczorek, za
namową swego brata, przenosi się do Katowic, by rozpocząć pracę u swego wuja,
szewca. Na Śląsku poznaje Dorkę Matuszkównę z Nikiszowca. Oczywiście para
zakochuje się w sobie, pobiera i wiedzie górniczy żywot. Cała wystawa przenosi
nas przez życie bohatera, a jego losy opisane są wierszem, co przypomina nieco
opowiadaną bajkę. W rzeczywistości los wielu ludzi, którzy porzucali rolnicze
poletka w zamian za pracę w przemyśle, w kopalniach czy hutach, nie był taki
różowy. Wymagało to wielu poświęceń, tęsknot i czasem rozstań z rodzinami. Ale wyruszając
w świat i znajdując swe miejsca na ziemi, zakładano nowe familie, by z biegiem
czasu stać się takim seniorem rodu. Zapewne ta fikcyjna panna Dorka, mieszkając
na Nikiszu, także korzystała z magla i stamtąd przynosiła nowe wieści do domu.
Początek opowieści - w domu rodzinnym Francka z Podlesia
Praca u wujka szewca
W sklepie kolonialnym: "... Na półkach leżą cuda i wianki. Puszki, pudełka i stoi kasa. Pani podobna do ciotki Hanki, mówi, że tytoń jest pierwsza klasa!..." (fragment wiersza towarzyszącego wystawie)
"Gyszenk", czyli prezent dla mamy: "...Kupić chciał matce chustę paradną, w tureckie wzory albo i w kratę..."(fragment wiersza towarzyszącego wystawie)
Mała kawiarnia, miejsce spotkań Francka i Dorki
W kuchni ważna rozmowa z ojcem dziewczyny - proszenie o rękę Dorki
W domu młodych bohaterów zaznaczyłam swą obecność ;)
W domu Francka i Dorki
Śląski strój weselny
Zabawna forma przedstawienia wystawy. Dowiaduję się u pań kustoszek, że wiersz na potrzeby tej opowieści ułożyła pani dyrektor tej placówki. Duże brawa za efekt!
Początek opowieści - w domu rodzinnym Francka z Podlesia
Praca u wujka szewca
W sklepie kolonialnym: "... Na półkach leżą cuda i wianki. Puszki, pudełka i stoi kasa. Pani podobna do ciotki Hanki, mówi, że tytoń jest pierwsza klasa!..." (fragment wiersza towarzyszącego wystawie)
"Gyszenk", czyli prezent dla mamy: "...Kupić chciał matce chustę paradną, w tureckie wzory albo i w kratę..."(fragment wiersza towarzyszącego wystawie)
Mała kawiarnia, miejsce spotkań Francka i Dorki
W kuchni ważna rozmowa z ojcem dziewczyny - proszenie o rękę Dorki
W domu młodych bohaterów zaznaczyłam swą obecność ;)
W domu Francka i Dorki
Śląski strój weselny
Zabawna forma przedstawienia wystawy. Dowiaduję się u pań kustoszek, że wiersz na potrzeby tej opowieści ułożyła pani dyrektor tej placówki. Duże brawa za efekt!
Żałuję, że
nie mogę dłużej być w nikiszowieckim maglu. Czas tak szybko mi tu płynie, a
przecież jeszcze chcę rzucić okiem na miasto, zanim znów wsiądę do pociągu. No
i przecież obiecałam sobie, że co jak co, ale regionalny obiad zjeść muszę.
Zatem wsiadam do autobusu i jadę już w stronę centrum Katowic. Mam jeszcze do
zobaczenia jedno miejsce, ale o tym to już w następnej opowieści z uroczej
Silesii…
C.d.n. przy okazji J
Kiedyś takie miejsca były zupełnie pomijane na mapie turysty, niszczały sobie cicho, a teraz na szczęście przeżywają drugą młodość. A w takich starych lustrach jest coś magicznego, zawsze sobie myślę, kto w nie zaglądał przede mną. Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńWitaj :) To prawda. Mamy w Polsce tyle do odkrycia. Dobrze, że są blogerzy, którzy wędrują po naszym kraju i pokazują go nam. I fajnie, że zapomniane miejsca znów mogą zabłysnąć. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam w inne kąciki mojego bloga :)
UsuńCieszę się niezmiernie, że takie miejsca są popularyzowane. Uwielbiam takie skansenowo-muzealne atrakcje. Zawsze się wtedy zastanawiam, jak się wtedy żyło ludziom, jak wyglądał ich dzień, o czym marzyli. To jest niesamowity klimat.
OdpowiedzUsuńMasz absolutną rację. Ja też zawsze uruchamiam wtedy swoją wyobraźnię. I od jakiegoś czasu lubię muzea :) Serdeczności :)
UsuńNo proszę, musiała na Śląsk przyjechać Warszawianka, by nam wszystkim otworzyć oczy, jakie skarby mamy w pobliżu i często ich nie dostrzegamy. Chyba nikt lepiej by nie umiał przekazać nam tylu wiadomości w tak prostej formie. Twój post śmiało można by powielić w centralnych pismach, by jak największa część ludzi w Polsce uświadomiła sobie w jak pięknym kraju żyje. Tylko trzeba umieć to piękno dojrzeć nawet w niepozornym domku czy takim zwyczajnym, niezwyczajnym maglu. Duże brawa, jestem pełen podziwu dla Ciebie i formy, w jakiej przekazujesz nam to, co udaje Ci się zobaczyć podczas swoich wycieczek. Szkoda, że tak mało osób Cię komentuje, bo uważam Twój blog za jeden z najlepszych, które odwiedzam.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Ojoj... zarumieniłam się :) Bardzo dziękuję za tak miłe słowa. Bardzo się staram, by rzetelnie wszystko oddawać. Już od dawna zauważyłam, że blog nie jest już tylko odskocznią od codzienności, zabawą, która ma sprawić, że się odprężę. To ciężka praca, bo po drugiej stronie są tacy ludzie, jak Ty - czytają, uważnie śledzą, co wpisuję, sprawdzają, na koniec przysyłają maile, że coś, co napisałam, było dla nich wskazówką. To jest mega pozytywne i bardzo nakręca. Dziękuję, że jesteś po drugiej stronie, ja także z prawdziwą przyjemnością oglądam Twoje zdjęcia, wchodzę w ich klimat i rozmarzam się. A Katowice bardzo mi się spodobały. Myślę, że jak zawitam do Zabrza, to też coś odkryję nie tylko dla siebie. Uściski :)
UsuńSzkoda? Jest czas mówienia i czas milczenia. Łączna liczba wyświetleń 127.513. To o czymś świadczy. Codziennie odwiedzam te strony. Liczy się jakość, a nie ilość. To wszystko. Pozdrawiam. Szuwarek wiślany szt.1.
UsuńMiły Szuwarku Wiślany. Wkrajowi chodziło o to, że być może mało osób wie o istnieniu tego bloga. Moja Siostra też mówi, że mało się reklamuję. Oczywiście część osób wchodzi na stronę, czyta, ale nie pozostawia po sobie żadnego śladu. Ale są też i tacy, którzy regularnie tu zaglądają i dzięki nim, być może mój blog trafi "pod strzechy". Cieszę się, że i Ty jesteś. Pozdrawiam Cię serdecznie :)
UsuńDzięki za ciepłe słowa. Sparafrazuję wypowiedź inż.Mamonia z Rejsu: " Ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają te blogi, które już raz widziałem. No,... to poprzez reminiscencję. Jak może mi się podobać blog, który pierwszy raz widzę? No, jak? ". Pyszny nie ścierpi pokornego. Używasz języka, który jest obcy ludziom zadufanym w sobie. Żadna reklama nie pomoże. Takie jest moje zdanie. Dobro jest zaraźliwe. Tak trzymaj. Resztę oddaj Bogu. Będzie dobrze. Uściski /agape/. Szuwarek w.
UsuńZarażajmy się dobrem, uśmiechem i życzliwością. Myślę, że światu jest to teraz bardzo potrzebne. Serdeczności :)
UsuńPochlebia Ci szacunek i miłość ludzi? Cóż bardziej kochanego nad cnotę; co skuteczniej sprawi, że my sami bardziej będziemy kochani? Jak stosowna proporcja między wszystkimi częściami ciała tworzy to piękno zewnętrzne, które zachwyca oko, tak mądre urządzenie życia, oparte na prawidłach cnoty, rozlewa wdzięk i piękno na całą osobę. Porywa serca ludzi - serca nawet nieprzyjaciół. To nie jest pojedyncze zdarzenie.To jest proces. Wytrwałości! Pogody ducha. Szuwarek
UsuńLzy w oczach i wielkie wzruszenie mnie ogarnia ogladajac ilustracje. Bylem w Giszowcu pare lat temu i jeszcze tej wystawy nie bylo. W pierwszym pierwszenstwie jak tylko bede w Polsce udam sie w rodzinne strony do Giszowca...Gratulacje dla wszystkich tych ktorzy nad ta wystawa pracowali: oma, opa, bajtel dziecka, synek, dziolszka, libsta z karlusym no i bez farorza tyz by nic niy poradzil :-)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że przyczyniłam się do pozytywnych wybracji w Twej duszy. Z nutą nostaligii zagląda się w rodzinne strony, jeśli los rzuca na długo i daleko od familii. A dziś życzę po prostu dobrego dnia! Pozdrawiam serdecznie :)
Usuń