Hospodi pomiłuj,
czyli jak spędzałam
święto Trzech Króli
Kostomłoty
nad Bugiem ☦
Obudziłam
się rano. Bardzo rano. Wyjrzałam za okno, a tu niespodzianka – biało wszędzie. Zima
przybyła. Ha, w końcu dziś jest 6 stycznia, a więc święto Trzech Króli. I
prawosławne święta Bożego Narodzenia. No mają szczęście do białej scenerii.
Pstrykam
czajnik i gotuję wodę na herbatę do termosu. Nakładam na siebie kolejne warstwy
ciepłych ciuchów, czyli jednym słowem ogacam się na maksa. Termometr wskazuje
-10°C. Tam, gdzie zmierzam będzie pewnie jeszcze zimniej. Nie mogę zmarznąć, a
dziś, w ten mroźny poranek udam się na koniec naszego kraju, będę tuż przy
granicy nad Bugiem.
Woda szumi
przyjemnie a ja przyjemnie kursuję między pokojami. Do plecaka dorzucam kilka
przydatnych rzeczy i po raz chyba milionowy sprawdzam, czy wsadziłam naładowaną
baterię do aparatu oraz kartę.
W końcu
wychodzę z domu już pozytywnie nastawiona. Na zegarku dochodzi siódma. Jakieś
40 minut później spotykam się z paroma osobami, pakuję w samochód i mknę w
kierunku wschodnich rubieży naszego kraju.
Moim celem
jest dziś uczestnictwo we mszy świętej w jedynej w Polsce świątyni neounickiej.
Znajduje się ona w Kostomłotach. Choć administracyjnie jest to już województwo
lubelskie, to regionalnie i geograficznie jest to Podlasie zwane Polesiem.
Czyli zaczynam rok w magicznym zakątku Polski. Już sama ta myśl powoduje, że
uśmiecham się od ucha do ucha.
Nazwa
Kostomłoty jest dość egzotyczna. Osada istniała tu już w czasach
średniowiecznych. Potwierdzają to odkrycia archeologiczne, odnalezione monety
oraz cmentarzysko. Wielki Książę Litewski Witold, podarował te tereny zakonowi
Augustianów z Brześcia Litewskiego. Już w XVI w. wieś w całości należała do
bogatego rodu Kościuszków-Kostomłockich a potem do Sapiehów. To od nazwiska
tych pierwszych może pochodzić nazwa wsi. Ale może także od wykonywanego
zawodu, tzn. z połączenia dwóch słów: „kości” i „młócić”. Może w tej wsi
zamieszkiwali ludzie, którzy zajmowali się ubojem zwierząt i mieleniem ich
kości? Trudno to stwierdzić jednoznacznie.
Jadę z
myślą, że msze w kościołach obrządku wschodniego są dość długie, ale warto
kiedyś wybrać się na takie nabożeństwo. Święto Trzech Króli, a właściwie Święto
Jordanu nadaje się do tego wspaniale.
Jordan to
święto chrześcijańskie obchodzone przez grekokatolików oraz przez prawosławie.
Jest to obrzęd święcenia wody na pamiątkę chrztu Chrystusa. Choć w moim
kalendarzu jest 6 stycznia, to dla wyznawców tychże religii jest 19 stycznia,
bowiem świętują oni według kalendarza gregoriańskiego.
Dziś jestem
we wspólnocie ludzi, którzy należą do kościoła katolickiego obrządku
bizantyjsko-słowiańskiego, czyli pośród Unitów Podlaskich.
Dziś jest to Sanktuarium Unitów Podlaskich i ośrodek rekolekcyjny, gdzie odbywają się spotkania ekumeniczne
I tu
następuje moje pogubienie się w odłamach chrześcijaństwa. Dlatego pomalutku
postaram się dobrze to wyjaśnić, tym, którzy także nie wiedzą o co chodzi J .
Kim są
neounici, zwani Unitami Podlaskimi? Zacząć wypada od historycznego zdarzenia
jakim była Unia Brzeska. Spowodowała ona połączenie Cerkwi Prawosławnej z
Kościołem łacińskim w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Stało się to w Brześciu
Litewskim w 1596r. W wyniku Unii Brzeskiej powstał Kościół unicki. Unici
zobowiązali się uznać dogmaty Kościoła katolickiego i zwierzchnictwo papieża,
ale pozostawić swój obrządek, organizację i kalendarz.
A czym jest
kościół katolicki obrządku bizantyjsko-słowiańskiego? To kościół neounicki,
który posługuje się w swojej liturgii obrządkiem greckim, czyli tzw. rytem
bizantyjskim. Przyjęto, że choć można używać w liturgii języków narodowych, to
wśród narodów słowiańskich nabożeństwo odprawiane jest w języku
cerkiewnosłowiańskim. Taki misz-masz językowy J. Trudno to wytłumaczyć dla kogoś, kto nie należy do
tego kościoła. Niestety i ja mam z tym problem J.
Kościół
unicki powstał w Polsce w latach 20. XX w., czyli blisko 100 lat temu.
Orędownikiem jego był ordynariusz siedlecki, Henryk Przeździecki. Wkrótce i
inni biskupi otrzymywali pełnomocnictwa na zakładanie ośrodków neounii. Liczono
w ten sposób na zwiększenie wyznawców katolicyzmu wśród dawnych wyznawców
unickich, których władze carskie zmusiły do przejścia na prawosławie. Aby
uniknąć ukrainizacji unitów (kościół greckokatolicki przyjął w Polsce ryt
bizantyjsko-ukraiński), z różnych powodów, także politycznych, przyjęto, że
neounici nie wejdą w skład Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego i pozostaną
pod jurysdykcją Kościoła Rzymskokatolickiego. Niestety nadzieje nie do końca
się sprawdziły, gdyż ludzie niezależnie od przejścia na prawosławie, czuli się
już zakorzenieni w nim.
A potem
nastąpił straszny czas II wojny światowej i zaczęto masowo likwidować Kościoły
unickie i masowo wchłaniać je w struktury Kościoła prawosławnego. Po wojnie te,
które w wyniku nowego podziału na mapie świata, znalazły się na terenie ZSRR,
zostały oficjalnie skasowane. Przetrwały tylko cztery na terenie Polski, z
czego tylko ta, w Kostomłotach istnieje do dziś. Reszta przestała istnieć do
lat 60. XX w. Parafia w Kostomłotach przetrwała, ponieważ ówczesny proboszcz,
Aleksander Przyłucki, postanowił pozostać przy obrządku bizantyjsko-słowiańskim
i nie wprowadził liturgii łacińskiej.
Jest godzina 11.00. Zaczyna się msza święta. Idę wraz z towarzyszącymi paniami do cerkwi. Od tej pory wkraczam w zupełnie inny, ale jakże pociągający świat. Dziś społeczność unitów tworzy kilka rodzin. Wszyscy się tu znają. Do świątyni przybywa też grupa mieszkających w okolicy Ormian. Uśmiechają się do mnie, więc odwzajemniam uśmiech. Jest zimno, ale czuję ciepło bijące z tego miejsca.
Jest godzina 11.00. Zaczyna się msza święta. Idę wraz z towarzyszącymi paniami do cerkwi. Od tej pory wkraczam w zupełnie inny, ale jakże pociągający świat. Dziś społeczność unitów tworzy kilka rodzin. Wszyscy się tu znają. Do świątyni przybywa też grupa mieszkających w okolicy Ormian. Uśmiechają się do mnie, więc odwzajemniam uśmiech. Jest zimno, ale czuję ciepło bijące z tego miejsca.
Troszkę głupio mi robić zdjęcia w czasie nabożeństwa, ale stoję z tyłu kościoła razem z innymi fotografami. I poddaję się ceremonii. Nawet w pewnym momencie z zaskoczeniem stwierdzam, że śpiewam razem z wiernymi „hospodi pomiłuj” (czyli „Panie zmiłuj się”), a zamiast kończyć słowem „amen”, kończę słowem „amin”. Tylko znak krzyża robię po mojemu. Dostrzegam pewne różnice w poszczególnych częściach mszy, ale nie ma to żadnego znaczenia. Część liturgii jest całkowicie zrozumiała dla mnie, część nie. Też nie jest to ważne. Ważne, że jestem tu i teraz.
Mszę
celebrują dwaj księża, którzy sprawują posługę na parafii w Kostomłotach: proboszcz
ksiądz Zbigniew Nikoniuk oraz ksiądz Andrzej Danieluk, który jest także
dyrektorem Katolickiego Gimnazjum oraz Katolickiego LO im. Cypriana Norwida w
Białej Podlaskiej. Obaj są birytualistami, czyli mogą sprawować liturgię w
dwóch obrządkach ( w tym przypadku, jako księża katoliccy, odprawiają mszę w
obrządku łacińskim oraz wschodnim). Na razie widzę ich w ornatach mszalnych,
więc „na służbowo”. Niebawem okaże się, jak cudownymi towarzyszami są obaj
księża.
Póki co warto wspomnieć w jakiej cerkwi jestem.
Póki co warto wspomnieć w jakiej cerkwi jestem.
Malutka,
drewniana świątynia jest pod wezwaniem św. Nikity Męczennika. Została zbudowana
w 1631 r. jako unicka, choć na przełomie wieków XIX i XX, w wyniku likwidacji
kościołów unickich, funkcjonowała jako cerkiew prawosławna. Jest zaprojektowana
na planie prostokąta, posiada jedną sygnaturkę, znajdującą się nad
przedsionkiem.
Samo wnętrze kościoła jest jednonawowe. I oczywiście podzielone na część dla kapłanów oraz wiernych. Dawniej przedsionek służył tym, którzy czekali na chrzest. Dopiero po tym sakramencie mieli prawo wchodzić do nawy głównej, już jako pełnoprawni chrześcijanie.
Samo wnętrze kościoła jest jednonawowe. I oczywiście podzielone na część dla kapłanów oraz wiernych. Dawniej przedsionek służył tym, którzy czekali na chrzest. Dopiero po tym sakramencie mieli prawo wchodzić do nawy głównej, już jako pełnoprawni chrześcijanie.
Świece wotywne, a na pierwszym planie z prawej strony, model szarej dzwonnicy, która obecnie jest budowana z tyłu cerkwi
Siłą rzeczy
wzrok sam biegnie do ikonostasu, który dziś akurat w świątecznym przybraniu
nieco jest zasłonięty. Sam jest dość oszczędny w dekoracje. Co chwila zmieniają
się kapłani, którzy przechodzą przez carskie wrota. Te są złote, dekoracyjne i
pochodzą z XVIII w. I mogą przez nie przechodzić jedynie kapłani. Diakoni czy
osoby świeckie pomagające przy mszy, wchodzą drzwiami bocznymi i są to tzw.
wrota północne i południowe. Kiedy ikonostas jest zamknięty drzwi te wtapiają
się w tło i stanowią część cerkiewnego ołtarza.
Zabytkiem i jednocześnie czczoną ikoną jest tu ikona patrona świątyni, św. Nicetasa zwanego Nikitą. Chweda Jackowa wraz z mężem i synami z Pryłuk, ufundowała ją w 1631r. Dziś obraz jest zasłonięty nieco choinkami, ale przedstawia świętego w otoczeniu 14 scen z jego życia. Św. Nikita był rzymskim legionistą, który oddał życie za Chrystusa w 370 r. n.e. na terenie dzisiejszych Węgier. Jako święty czczony jest zarówno przez religie zachodu jak i wschodu.
Zabytkiem i jednocześnie czczoną ikoną jest tu ikona patrona świątyni, św. Nicetasa zwanego Nikitą. Chweda Jackowa wraz z mężem i synami z Pryłuk, ufundowała ją w 1631r. Dziś obraz jest zasłonięty nieco choinkami, ale przedstawia świętego w otoczeniu 14 scen z jego życia. Św. Nikita był rzymskim legionistą, który oddał życie za Chrystusa w 370 r. n.e. na terenie dzisiejszych Węgier. Jako święty czczony jest zarówno przez religie zachodu jak i wschodu.
Oprócz tej
ikony w cerkwi znajdują się i inne jak np. św. Onufrego czy te dotyczące Matki
Boskiej oraz Chrystusa. Prawie wszystkie ozdobione w piękne, haftowane we
wschodnie wzory, ręczniki, czyli obrusy świąteczne.
Stoję pod
chórem i patrzę na ścienną malowaną mozaikę. To nazwiska darczyńców, którzy
upiększali cerkiew. Większość polichromii powstała w XX w.
Czuję woń
kadzideł. Oho… zaraz będę kichać. Nie przepadam za kadzidełkami. Ruszam nosem,
żeby nie kichnąć zbyt głośno.
Po lewej
stronie nawy znajdują się relikwie Błogosławionych Męczenników z Pratulina. Ta
niewielka wieś na Podlasiu stawiła zacięty opór zaborcy. Wspomniałam wcześniej,
że podjęto akcję likwidacji kościołów unickich i w ich miejsce przysyłano
prawosławnych wysłanników. Usuwano wszystko, co mogło kojarzyć się z łacińskim
obrządkiem. Samych unitów prześladowano lub zsyłano na Sybir. W Pratulinie w
1874 r., w styczniu, wierni zebrali się przed świątynią i uniemożliwili wejście
przysłanego popa. Kiedy negocjacje nie powiodły się, użyto siły w postaci kul.
Oddział wojska otworzył ogień do zebranych. Zginęło wówczas trzynastu mężczyzn
w przedziale wiekowym od 19 do 50 lat. Wszyscy zginęli za wiarę. Ich relikwie
spoczywają w niewielkiej przeszklonej trumience.
Choć dla
mnie Podlasie jest piękne i magiczne, to nie zawsze tereny te były sielankowe.
Tragiczna historia unitów o tym przypomina.
W kościele
zaczyna być ruchliwie. Następuje przyjęcie komunii z jednej łyżeczki, co powoduje u osób innej wiary lekką konsternację, że przecież to bardzo niehigieniczne. Ale wiecie co? Nikt się na to nie skarży i nikt nigdy się niczym nie zaraził i od tego nie umarł.
Zaraz po tym wierni szykują się do najważniejszej części mszy. Będą szli w procesji, by poświęcić wodę. Dawniej chodzono do Bugu, który na to święto, zwane też Teofanią, stawał się symbolicznie Jordanem. Jest święto Chrztu Pańskiego.
W cerkwi uroczyście zmieniono ikonę na przodzie na wizerunek Chrztu Chrystusa. Migają mi proporce i małe ołtarze. Ludzie szykują się do procesji. Symboliczny Jordan jest teraz w balii i poświęcenie odbędzie się przy cerkiewnej studni.
Zaraz po tym wierni szykują się do najważniejszej części mszy. Będą szli w procesji, by poświęcić wodę. Dawniej chodzono do Bugu, który na to święto, zwane też Teofanią, stawał się symbolicznie Jordanem. Jest święto Chrztu Pańskiego.
W cerkwi uroczyście zmieniono ikonę na przodzie na wizerunek Chrztu Chrystusa. Migają mi proporce i małe ołtarze. Ludzie szykują się do procesji. Symboliczny Jordan jest teraz w balii i poświęcenie odbędzie się przy cerkiewnej studni.
Na zewnątrz
mroźno, lecz nikt nie narzeka. Wszyscy zdają się tu znać swoje miejsce i role.
Głośno śpiewają i uśmiechają się.
Procesja przechodzi tuż obok krzyża cerkiewnego zwanego "wosmikoniecznyj", bo ma osiem końców. Pierwsza część krzyża z pierwszą poprzeczką to krzyż grecki, równoramienny. Całość z drugą poprzeczką tworzy krzyż rzymski. Natomiast krzyż, który tworzy dolna, ukośna poprzeczka to krzyż w kształcie litery "X", tzw. Krzyż św. Andrzeja, na którym został święty apostoł ukrzyżowany. Św. Andrzej jest uważany za protoplastę greckiego obrządku.
Wreszcie
jesteśmy pod nowo wybudowaną kaplicą. Jest ona nad nową studnią.
Dawniej poświęcenie wody dokonywane było przy starej studni, którą można zobaczyć przy drodze, przy wejściu na teren świątyni.
Para leci z ust, marzną mi ręce, choć mam je w rękawiczkach. Ksiądz Zbigniew ma gołe ręce i tylko czarną skufię (?) na głowie. Ale mimo to nabożeństwo się odbywa. Proboszcz wygląda jakby zimno Go omijało J Ze śmiechem przyznaje, że dziś jest dość mroźno, ale czego tu spodziewać się w styczniu w naszej szerokości geograficznej? Fakt. Jedynie mrozu i śniegu.
Dawniej poświęcenie wody dokonywane było przy starej studni, którą można zobaczyć przy drodze, przy wejściu na teren świątyni.
Para leci z ust, marzną mi ręce, choć mam je w rękawiczkach. Ksiądz Zbigniew ma gołe ręce i tylko czarną skufię (?) na głowie. Ale mimo to nabożeństwo się odbywa. Proboszcz wygląda jakby zimno Go omijało J Ze śmiechem przyznaje, że dziś jest dość mroźno, ale czego tu spodziewać się w styczniu w naszej szerokości geograficznej? Fakt. Jedynie mrozu i śniegu.
Po
modlitwach następuje główna ceremonia. Najpierw trzy, kolejno po sobie
zapalone, świece lądują w wodzie, gdzie kapłan czyni nimi znak krzyża.
Potem po modlitwie tym razem złoty krzyż trzykrotnie jest zanurzany w wodzie. I ponownie ksiądz Zbigniew wykonuje krzyżem znak krzyża. Czynność ta odbywa się w skupieniu i ciszy. Słychać jedynie spusty migawek w aparatach.
Ksiądz proboszcz również trzykrotnie pochyla się nad wodą i samym sobą czyni znak krzyża.
Potem po modlitwie tym razem złoty krzyż trzykrotnie jest zanurzany w wodzie. I ponownie ksiądz Zbigniew wykonuje krzyżem znak krzyża. Czynność ta odbywa się w skupieniu i ciszy. Słychać jedynie spusty migawek w aparatach.
Ksiądz proboszcz również trzykrotnie pochyla się nad wodą i samym sobą czyni znak krzyża.
A potem słyszę brzdęk rozbitego szkła. To ksiądz Andrzej strąca ornatem dwa słoiczki, które ktoś niefortunnie postawił na brzegu studni. Śmiejemy się, że to na szczęście. A po co były te słoiczki? Ano po to, że neounici wierzą, że poświęcona woda ma cudowną, oczyszczającą i uzdrawiającą moc. Dlatego zabierają ją potem do domu. Powszechnie też po uroczystości zanurza się w niej ręce i obmywa w niej twarz. Mimo zimna, chętnych nie brakuje.
A potem
procesja znów wraca do cerkwi. Już na krótko, na błogosławieństwo i chwilę rozmowy z kapłanami. Wierni wychodzą z kościoła
oczyszczeni i przepełnieni wiarą.
W świątyni zostaje tylko nasza babska garstka. Rozglądamy się już śmielej po wnętrzu. Zaglądamy do żłóbka z Jezuskiem, zwyczaju zapożyczonego z kościoła katolickiego. Są i Trzej Królowie! Przecież to ich święto dzisiaj.
Wychodzą do nas księża którzy zdążyli już przebrać się po mszy. Zapraszają serdecznie do siebie na plebanię. Kiedy prosimy o wskazówki co jest co w świątyni, funkcję gospodarza z radością pełni ksiądz Zbigniew. W tym samym czasie ksiądz Andrzej idzie na plebanię, by przygotować dla nas ciepłą kawę i herbatę. Ksiądz proboszcz jest niepocieszony, że nie ma dla nas obiadu, bo nikt nie zaanonsował naszego przybycia telefonicznie. Śmiejemy się, że mieliśmy strawę duchową. Idziemy jeszcze do sklepiku, do którego dostajemy klucz. Część kupuje pamiątki.
W świątyni zostaje tylko nasza babska garstka. Rozglądamy się już śmielej po wnętrzu. Zaglądamy do żłóbka z Jezuskiem, zwyczaju zapożyczonego z kościoła katolickiego. Są i Trzej Królowie! Przecież to ich święto dzisiaj.
Wychodzą do nas księża którzy zdążyli już przebrać się po mszy. Zapraszają serdecznie do siebie na plebanię. Kiedy prosimy o wskazówki co jest co w świątyni, funkcję gospodarza z radością pełni ksiądz Zbigniew. W tym samym czasie ksiądz Andrzej idzie na plebanię, by przygotować dla nas ciepłą kawę i herbatę. Ksiądz proboszcz jest niepocieszony, że nie ma dla nas obiadu, bo nikt nie zaanonsował naszego przybycia telefonicznie. Śmiejemy się, że mieliśmy strawę duchową. Idziemy jeszcze do sklepiku, do którego dostajemy klucz. Część kupuje pamiątki.
Koniec końców lądujemy razem z naszym kierowcą za dużym stołem w ciepłym pokoju plebanii. Ksiądz Andrzej kursuje z kubkami parującego napoju, my odtajamy i grzejemy ręce na kubkach.
XIX w. plebania, w której spędziłam miło czas. Napis nad wejściem nie pozostawia wątpliwości, że tu mieszkają bardzo gościnni księża
Spędzamy blisko dwie godziny na pogawędkach. Prywatnie obaj księża są wspaniali. Atmosfera jak u dobrych znajomych, choć właśnie dopiero się poznaliśmy. Co chwila śmiejemy się, księża raczą nas anegdotkami nawiązującymi do pytań, jakie nam się nasuwają. Rozmawiamy o różnicach w religiach, o celibacie, o organizacji kościelnej, wreszcie o życiu przy białoruskiej granicy. Nie jest tu łatwo żyć. Większość młodych osób ucieka do miast lub emigruje za granicę. Zostają już tylko osoby starsze lub te, które mają tu swoje miejsce na ziemi i nie wyobrażają sobie życia gdzie indziej. Coraz częściej też stare domostwa są sprzedawane a potem przerabiane na domy letniskowe dla nowych właścicieli.
W czasie
naszej pogawędki nie obywa się od poruszenia trudnego tematu. Trudnego i
przykrego dla wielu ludzi tak zwanych „tutejszych”. W 1947 r. władze Polski
Ludowej zorganizowały akcję „Wisła”. Polegała ona na wysiedleniu mieszkańców na
Ziemie Odzyskane. Mieszkańców Kostomłotów wywieziono w głównej mierze na
Mazury, w okolice Olsztyna. I żeby społeczność nie mogła się znów, w nowym
miejscu zorganizować, rozdzielano rodziny. Tragedia. Po 1956 r. władze
komunistyczne zezwoliły przesiedleńcom na powrót do swoich rodzinnych
miejscowości. I tu następowała kolejna tragedia. Rodzinne domy czy dawne
majątki były pozajmowane przez obcych. Ludzie bezradnie patrzyli jak ich
ojcowizny przeszły w inne ręce. Nie bardzo wiedzieli gdzie mają się podziać.
Zostać, czy wyjechać? Co też zrobić? O takich ludzkich dramatach też
rozmawiamy.
Czas płynie
leniwie, na stole pojawia się mnóstwo ciasta przyniesionego przez jednego z
mieszkańców. Jesteśmy pod wrażeniem szybkiego zorganizowania się księży, którzy
znając swoich parafian, posłali wici, że goście na plebanii a w kuchni pustki
;) Rezygnujemy z czasu poświęconego na ciepły posiłek i zamiast tego zostajemy
dłużej w gościnie, racząc się kolejną herbatką. Znów śmiejemy się, robimy
zdjęcia, rozmawiamy na różne tematy. Nasze komórki pozostają milczące, żeby nie
łapać białoruskiego zasięgu. Jest tak cudownie, rodzinnie, lampki na choince
się palą a za oknem lecą białe płatki. I jak tu żegnać się z tak miłymi
Gospodarzami? W końcu jednak musi to nastąpić, choć jakoś tak wszyscy zwlekają.
Kiedy słyszymy telefon i ksiądz Zbigniew podchodzi do aparatu, my korzystamy z
okazji i wstajemy. Zbieramy naczynia i odnosimy do kuchni. Tam komendę sprawuje
ksiądz Andrzej, pokazując co gdzie stawiać.
Żegnamy się
z cudownymi ludźmi, z życzliwością i ciepłem, jakie od Nich dostaliśmy.
Dostajemy kolejne zaproszenie, snujemy wspólne plany. Co z tego wyniknie,
przyszłość pokaże.
W tym
miejscu jeszcze raz chcę podziękować za gościnę obu księżom i obu serdecznie
pozdrawiam.
W końcu
zapakowani w samochód, mkniemy drogą tuż przy granicy, w stronę Białej
Podlaskiej. Po drodze co chwila widzimy stada saren, które wychodzą szukać w
śniegu pożywienia. Zatrzymujemy się na chwilę w punkcie, gdzie można zejść nad
brzeg rzeki.
Stoi tam słup graniczny, jakby dla przypomnienia, że tu właśnie kończy się nasz kraj. Bug skuty lodem, zaśnieżony, ale widać, że płynie zakolami. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Zastanawiam się, czy po drugiej stronie rzeki, przypadkiem ktoś nam nie robi także zdjęć J.
Stoi tam słup graniczny, jakby dla przypomnienia, że tu właśnie kończy się nasz kraj. Bug skuty lodem, zaśnieżony, ale widać, że płynie zakolami. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Zastanawiam się, czy po drugiej stronie rzeki, przypadkiem ktoś nam nie robi także zdjęć J.
Przy słupku granicznym, choć tak naprawdę stoję wciąż na terenie Polski, gdyż faktyczna granica przebiega w rzece
Wracamy do
samochodu, przy którym kocia mama wyprowadziła swoje trzy małe koteczki.
Ruszamy uważając, by żaden maluch nie dostał się pod koła. Wracamy do Warszawy
w pełni rozgadani. Wszyscy mamy podobny nastrój. Nie podniosły, ciut euforyczny, ale też wyciszony, spokojny, choć pełen pozytywnej energii. Dobrze
było w ten sposób naładować swoje akumulatory. I dobrze będzie jeszcze tam
wrócić. Kiedyś, może jak zrobi się cieplej… Póki co niech ta cudowna atmosfera
trwa…
KONIEC
Znów pokazujesz nam inny nieznany, a jakże cudowny świat. W Twojej ciepłej, pomimo mrozu opowieści, jak doświadczony etnograf wprowadzasz nas w obrzędy kościoła unickiego. Masz umiejętność przekazania atmosfery miejsc, które odwiedzasz i cieszę się, że właśnie u Ciebie mogłem przeczytać ten blog. Wszystko ładnie udokumentowałaś.
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci za tę podróż w inne klimaty i pozdrawiam serdecznie :)
Bardzo dziękuję za te ciepłe słowa. Dobrze jest poznawać nowe rzeczy, nawet jeśli dotykają innej wiary czy obrzędów. Jak do tej pory, będąc na wschodnich krańcach naszego kraju, spotkałam się tylko z ludzką życzliwością, uśmiechem i radością życia, mimo ciężkich czasem warunków. Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę nie raz. Pozdrawiam cieplutko :)
UsuńPiękne zdjęcia i piękna relacja :) czytając i oglądając zdjęcia czuję jakbym sam tam był :)
OdpowiedzUsuńW tych biedniejszych regionach Polski ludzie są chyba bardziej życzliwi i chętni do pomocy... I przyzwyczajeni do ciężkich nieraz warunków życia...
Dziękuję :) To prawda, zauważyłam też, że w tamtych regionach, zwłaszcza zimą, ludzie zajmują się pięknym rękodziełem (akurat teraz podziwiałam papierowe śliczne bombki) oraz pieką pyszne ciasta. Latem ciężko pracują na roli, bo głównie z tego się utrzymują. A to piękne tereny są i jeszcze nie zadeptane przez turystów. Pozdrawiam serdecznie :)
UsuńŚwietny reportaż, tak to właśnie wyglądało :) Pomimo mrozu dzielnie wytrwała Pani te kilkadziesiąt minut a dołączone zdjęcia dopełniają całości i pokazują piękno naszego regionu, ale przede wszystkim naszego wschodniego obrządku :) pozdrawiam, Marcin.
OdpowiedzUsuńWitaj Marcinie :) Bardzo się cieszę, że pojawia się tu osoba, która może zweryfikować to, co piszę, tak prosto "z życia" :) Cała ceremonia bardzo mi się podobała i szczerze powiedziawszy tak bardzo nie czułam zimna, ponieważ tyle się działo... Do dziś się uśmiecham na wspomnienie tego dnia. Zapraszam - rozgość się w tym blogowym kącie :) Pozdrawiam cieplutko.
UsuńDziękuję za zaproszenie, na pewno skorzystam ;) swoją drogą również pragnę zaprosić do Kostomłot w nieco cieplejszym okresie, np. w czerwcu, na uroczysty Odpust w naszej parafii :) będzie jeszcze dłużej ale nie mniej widowiskowo :)
UsuńKsięża nas także zapraszali. Chęć jest, ale jak to wyjdzie w rzeczywistości to zobaczę. Nie posiadam samochodu, ale jeśli będzie ktoś chętny z autem, to oczywiście włożę to w moje plany. Zresztą o tym rozmawialiśmy w drodze powrotnej, że chcielibyśmy tu wrócić. Zatem możecie się nas spodziewać jak nie w tym, to w przyszłym roku ;)
UsuńZatem czekam i mam nadzieję, że taka chwila nastąpi i uda się porozmawiać w cztery oczy ;) pozdrawiam.
UsuńSpotkania z ludźmi zawsze mnie cieszą, więc wszystko przed nami :) Serdeczności :)
UsuńHej Duśka. Magiczna relacja z krainy, którą dobrze znam. Potrafisz przekazać nastrój. Zostaję u Ciebie na dłużej:)
OdpowiedzUsuńDziękuję pięknie :) Zapraszam - rozgość się i buszuj po blogu do woli ;) Pozdrawiam serdecznie.
UsuńDziękuję za przybliżenie kolejnej wspaniałej okolicy. Takie relacje są najciekawsze, bo możemy poznać jak wygląda w innych częściach Polski święto Trzech Króli.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Dokładnie, ja też chciałam się zapoznać z czymś innym :) Przeżycie duchowe to jedno a drugie to zdobywanie nowych doświadczeń, pogłębianie wiedzy, poznawanie ludzi. Pozdrawiam serdecznie :)
UsuńJestem pod wielkim wrażeniem. Ty zawsze dotrzesz w ciekawe miejsca.:)
OdpowiedzUsuńObrzędy piękne.
A może ktoś jednak z tej drugiej strony robił fotki?
Pozdrowionek moc!
Dziękuję pięknie. Miejsce jest bardzo sympatyczne, przywiozłam stamtąd mnóstwo ciepłych wspomnień. Mam jednak nadzieję, że nikt mi fotek nie zrobił po drugiej stronie rzeki i nie trafię na jakąś tajną listę ;)
Usuńwspaniali ludzie, wspaniałe tereny, ciekawe miejsca.Byłem tam nie dawno i jestem zauroczony wszystkim.
OdpowiedzUsuńA więc odczucia mamy podobne :) I mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni: ani odczucia, ani ludzie, ani te piękne tereny. Pozdrawiam serdecznie :)
UsuńZajrzałam powtórnie w to magiczne, ciepłe i ciekawe miejsce dzięki Twej relacji. Powróciły wspomnienia życzliwego i spontanicznego przyjęcia naszej czwórki przez Ks. Zbigniewa Nikoniuka. Też byliśmy zaproszeni na Odpust w czerwcu. Byłam tam w maju 2015. Ks. Zbigniew wtedy oprowadził nas po świątyni i bardzo ciekawie opowiadał zarówno o historii tego miejsca, historii unitów podlaskich jak i świątyni - jej wystroju i obrządku nabożeństw w całym roku liturgicznym. W tym miejscu nad Bugiem też byłam, był maj i jest to bardzo urokliwe miejsce, szczególnie zakola Bugu (fota przy słupie granicznym - obowiązkowa :)) Wtedy nie widzieliśmy nikogo na drugim brzegu. Zapewne byli zamaskowani... Na samej skarpie Bugu obok słupa granicznego stoi też malutka stara cerkiewka unicka - drewniana i odrestaurowana. Jest śliczna. Ta mała miejscowość to Krzyczew nad Bugiem. Dusia, pozdrawiam Cię i dzięki że pokazujesz takie urokliwe miejsca. Może spotkamy się tam na Odpuście? Buziaki Pa Bietka
OdpowiedzUsuńBietko kochana, chętnie pojechałabym na Odpust, ale musi się trafić ktoś z autkiem :) A obaj księża są wspaniali, podobnie ludzie tam mieszkający. Fajnie byłoby wrócić tam właśnie latem, kiedy wszystko jest zielone. Na pewno kiedyś to nastąpi. Póki co ściskam Cię mocno.
UsuńP.s. Jadę w styczniu na Podlasie, na kulig i mam nadzieję, że śnieg się utrzyma :)
Dusia, ja też nie mam autka, ale.. przy życzliwości znajomych odwiedziłam te tereny od Pratulina, poprzez Krzyczew, Kostomłoty do Kodnia. Było to wspaniałe przeżycie. Jestem zakochana w Podlaskich stronach. Przyjechałam autobusem do Białej Podlaskiej (odrestaurowany zespół pałacowy i zrewitalizowany park, zabytki architektury sakralnej:3 kościoły i cerkiew, rynek, kamieniczki) byłam 1 dzień- mały hotelik blisko dworca PKS a potem pojechałam busikiem do Janowa Podlaskiego - to blisko (kwaterka prywatna - nieopodal rynku jako baza wypadowa). Bazylika,zabytkowy "saturator" wszyscy tak go nazywają) na stacji benzynowej, pałac był w remoncie - teraz już podobno udostępniony, Stadnina Koni a tam moi znajomi, którzy autkiem byli uprzejmi pokazać nie tylko stadninę ale i te miejsca. Sama busami (o dziwo są połączenia)jeździłam też do Leśnej Podlaskiej, Konstantynowa, Grabanowa i Roskoszy.(Wiesz- pałace i dwory oraz sanktuaria). Ten tydzień był super. Maj to wspaniały miesiąc na takie wypady - szczególnie na Podlasie. Pozdrawiam Cię cieplutko i może do zobaczenia na szlaku..... Bietka
UsuńSuper. Niech tak będzie. Ściskam😀
Usuń