O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi.Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

środa, 27 września 2017

Norwegia cz.I: Gaustatoppen i Rjukan

Norwegia po raz pierwszy,
czyli  spójrzmy na nią z góry…


PROLOG


~~*~~Marzec 2017r. ~~*~~

- Wandzia, przyjedź do mnie!
Zaczęło się niewinnie od kilkukrotnego zaproszenia koleżanki. Wciąż odmawiałam, bo a to kotka w domu, a to remont, a to, że Norwegia, owszem w sferze marzeń, ale że zbyt droga. Po ostatnim rzuconym haśle o przyjeździe, zaczęłam się zastanawiać nieco bardziej intensywnie. W sumie to nie byłoby takie głupie, zobaczyć coś, co mogłam oglądać jedynie w katalogach, telewizji czy na zaprzyjaźnionych blogach. Pomyślałam, że być może to jedyna taka okazja w życiu. Po uzgodnieniu wszystkich szczegółów, z pomocą Siostry, zabukowałam bilet do Oslo. Pozostało mi jedynie czekać na dzień wylotu…

~~*~~ Sierpień 2017r. ~~*~~

Matko jedyna, nie mogę się odprawić. Robię to pierwszy raz. Uważnie wpisuję te wszystkie potrzebne rzeczy, patrzę, żeby nie było literówki, numery się zgadzały… Przechodzę dwa kroki, na drugim się zacinam. Nie mogę przejść do trzeciego, czyli nie mogę wydrukować karty pokładowej. Próbuję raz, drugi, trzeci. Myślę sobie, że jeśli polecę do tej Norwegii, to będzie cud. W końcu, z pomocą konsultanta udaje mi się przejść do karty pokładowej. Okazuje się, że na tej samej rezerwacji mam też lot powrotny, więc trzeba było odkliknąć ten drugi lot jako „odpraw się później”. Cóż, człowiek uczy się całe życie.
Odprawiona, szczęśliwa, z kartą pokładową w ręku, czekam na dzień odlotu. Mojego, prawdziwego odlotu J

~~*~~ 26.08.2017r. ~~*~~

O 15.15. wychodzę z domu. Zamykam drzwi na klucz i robię ten przysłowiowy, pierwszy krok. Jadę autobusem do centrum. Tam, o 16.20. przesiadam się w Modlin Bus, który ma mnie zawieźć na lotnisko. Tam, szybko przechodzę przez odprawę bagażową, ponieważ jestem tylko z bagażem podręcznym. Zakładam buty, które kazano mi zdjąć. Może myśleli, że w traperkach przemycę niebezpieczny przedmiot. W strefie bezcłowej robię zakupy na towar, na który było zapotrzebowanie. Dłuższą chwilę stoję w kolejce do odprawy paszportowej. Wszystko przypomina taśmociąg. Jak to zauważył jeden pan w kolejce – w samolocie jeszcze silniki nie ostygły, a już leci dalej, choć ledwo co wylądował.


Warszawa - Modlin, przed 19.00


Wreszcie siedzę w samolocie. Czeka mnie 1h 50 min. lotu. Norwegio, przybywam!


Pod nami już Norwegia, gdzieś koło 21.00


DZIEŃ 1: Niedziela 27.08.2017r.

Wieczorem, po przylocie, starczyło sił, by pogadać z koleżanką Grażką, obgadać co i jak i obie padłyśmy.
Poranek przywitał nas niebieskim niebem. Trzeba było to wykorzystać na górską eskapadę. Postanowiłyśmy tego dnia zdobyć szczyt o nazwie Gaustatoppen 1883 m.n.p.m.
Po śniadaniu wyjeżdżamy samochodem w kierunku Rjukan. Po drodze umieram z zachwytu nad kolejno: widokami, drewnianymi domkami i stodołami (uwierzcie, można zachwycać się stodołą), znakami z łosiem (a może to jednak renifer???) , beczącymi swetrami i konikami, pasącymi się na łąkach. Jeszcze nie wiem, że jak mi upadła raz szczęka, to będę jej dalej szukać po podłodze, nawet już w Warszawie, po powrocie.


Kongsberg



Bystrze na rzece Numedalslågen w Kongsbergu



Gdzieś po drodze :)



Łoś to, czy renifer...?



Widok na jezioro Follsjå (?)



Zaczyna być górzyście



Norwegowie się nie patyczkują, drogę prowadzą, przez górę, tunelami



Ciągnące się jak wstążka jezioro Tinnsjå



Stodoły w Norwegii zwykle maluje się na czerwono, ponieważ to najtańsza farba, ale nawet domy w tym kolorze wyglądają świetnie


Wreszcie po ponad 2h jazdy, znajdujemy się w okręgu Telemark. Przed nami piętrzy się najwyższy szczyt tego okręgu. Przy dobrej widoczności widać z niego 1/6 Norwegii. Panie i Panowie, oto Gaustatoppen!


Gaustatoppen na horyzoncie, tam zamierzam wejść! :)



Szczyt Gaustatoppen w przybliżeniu


Nie muszę dodawać, że moja buzia zatrzymała się na uśmiechu, który nie chciał zejść aż do nocy.
Toyota Grażki, zwana pieszczotliwie „Żyletką”, dzielnie pokonuje serpentyny drogi, która doprowadza nas do parkingu.


Ukryta gdzieś w górskich odmętach, hytta



I love Norway :)


Tu rozstajemy się z Grażynką. Ona wjedzie na szczyt, jak natura chciała, czyli kolejką i zaczeka tam na mnie, poświęcając czas na książkę i naukę norweskiego. Ja odnajduję szlak wiodący na szczyt i z buta uderzam na spotkanie z górą.
Tutaj szlak wyznacza  czerwona literka „T”. Od razu narzucam tempo, do górnej stacji kolejki mam około 2h.


Znalazłam szlak, idę! Wyruszam z parkingu w Langefonntippen



Czerwone "T" wyznacza szlak



Za dwie godziny tam będę...


Po drodze robię przystanki, by „dobić się” widokami. Ludzie usypują przy szlaku kopczyki. Nie jestem jednak pewna, czy we mgle, można by za ich pomocą, trafić do dolnej stacji kolejki. Jest tak pięknie. Pogoda dopisuje. Jestem sama na szlaku, choć po pewnym czasie dogania mnie grupa Francuzów. Jest już nieco późno, na szlak wyszłam o 13.20. Zazwyczaj o tej godzinie zaczynam myśleć o schodzeniu w doliny. Przez moją radość z bycia w górach, przebija myśl o tym, by zamiast schodzić tym samym szlakiem, to kupić bilet na kolejkę w dół. Póki co, idę wciąż do góry…


Na szlaku. Dołem prowadzi droga do początku innego szlaku na szczyt



Pierwsze widoki, pierwsze zachwyty



Gdzieś tam w dole pozostał parking, na którym odpoczywa " Żyletka"



Pierwszy szlakowskaz po trasie - do szczytu jeszcze 2,8 km...



Nie wiem co to za roślina, ale korzenie miała jak nasza kosodrzewina



Powoli wyłania się na horyzoncie jezioro Heddersvatn



Beczące sweterki miały dzwoneczki. Poczułam się jak w moich ukochanych Tatrach



Między porozrzucanymi kamieniami należy szukać tych z literką "T"



Jezioro Heddervatn, a za wzniesieniami, daleko za horyzontem jest Jonsknuten, najwyższy szczyt w gminie Kongsberg



Widok z oddalenia na Heddervatn



Wciąż do góry :)


I nagle słyszę polską mowę. Spotykam rodaków, chwila rozmowy i trzymam w ręku bilet na powrót kolejką… Dostałam go za darmo, ponieważ nie wykorzystali go, postanawiając, że będą schodzić z góry i cieszyć się widokami. W tym miejscu pragnę jeszcze raz podziękować za ten zbawienny, jak się potem okaże, bilet. I serdecznie pozdrowić Polaków, których spotkałam na szlaku.
A sam szlak to ciągle kamienie i ostra wspinaczka. Daje w kość. Ale wynagradza widokami. Po jakimś czasie łączą się dwa szlaki w jeden. Mam wrażenie, a właściwie mam już pewność, że ten drugi jest taki łagodny przy tym, którym właśnie idę. No przecież nie ułatwiam sobie drogi, prawda?


Miasteczko Miland powoli wyłania się między wzgórzami



Niby blisko, a daleko...



Takie widoki oferuje droga na Gaustatoppen

A sam Gaustatoppen to taka złudna góra. Myślisz, że cel jest na wyciągnięcie ręki, a im bardziej się do niego zbliżasz, tym bardziej się on oddala. Czy ktoś nazwał i opatentował to prawo?


Choć widzisz cel, to jeszcze dużo kamieni pokonasz, by tam dotrzeć...



Widoczki są imponujące



Zaczyna się zagęszczać na szlaku i od ludzi i od drobniejszych kamyczków...



Rozwidlenie szlaków



Po lewej stronie jezioro Myklestulvatnet, po prawej fragment jeziora Heddevatn. Między nimi góra Bonsnos 1304 m n.p.m.


Mijają równo 2h, kiedy stawiam się przy górnej stacji kolejki. Tu znów spotykam Polaków ( czy ja na pewno jestem w Norwegii, czy Grażka przywiozła mnie „Żyletką” pod Giewont???) i dzięki temu wymieniamy się sesją zdjęciową.


Już prawie pod górną stacją kolejki



Przy górnej stacji kolejki. Widok za mną to, wbrew pozorom, góra Lille Gaustakne 1443 m n.p.m.



Przy górnej stacji kolejki. Jezioro Myklestulvatnet, jezioro Heddevatn. Między nimi góra Bonsnos 1304 m n.p.m.


W chwilę potem wspinam się po kamiennych schodkach, by dotrzeć pod mury schroniska, zwanego tu hytta. Mnóstwo ludzi kręci się wokół. Tu też spotykam się z Grażką.


Jeszcze kilka kroków i już schronisko



Jezioro Heddersvatn i Lille Gaustakne 1443 m n.p.m. Widoczny szlak ze Stavsro.



Żeby była jasność - ja swój plecak niosłam sama na plecach :)



Chwytam promienie słońca, co w Norwegii jest rzadkością :) 



Przed hyttą, już na spokojnie ;)



Wejście do schroniska



Norweska pocztówka mi wyszła :)



Rozkoszuję się widokami



Jeszcze dwie godziny wcześniej nie było takich niskich chmur, ale mimo tego jest wspaniale


Ale myli się ten, kto myśli, że wieża to szczyt Gaustatoppen. Wierzchołek jest o 15 minut drogi dalej. Postanawiam go zdobyć, by móc w pełni powiedzieć – zdobyłam szczyt w Norwegii!
Koleżanka zostaje (i pewnie mnie w duchu przeklina) a ja biegnę dalej. Dalszy szlak wiedzie tuż obok platformy z wieżą. I jest to już dość eksponowany teren, znaczy się przepaście z jednej i z drugiej strony. Do tego nie ma żadnych łańcuchów, stopni czy klamer, które ułatwiłyby przejście. A sam szlak wiedzie przez kamienne bloki, czasami wysokie, gdzie nie ma jak się wybić, czy przejść dalej. I właśnie przy takim miejscu, mam chwilę zwątpienia. Nie mam się jak wybić i czego złapać… Wtedy pojawia się pomocna dłoń. Uśmiechnięty Norweg wyciąga do mnie rękę, a ja wciągam się i mogę wypróbować pierwszy zwrot po norwesku – „Tusen takk”, czyli „ Bardzo dziękuję”.


Na końcu tej grani jest dopiero prawdziwy szczyt Gaustatoppen



Szlak wiedzie między przepaścią z lewej a przepaścią z prawej



Platforma z wieżą i schroniskiem nieco niżej widoczna ze szlaku na szczyt



Miasteczko Miland i jeziorko Kvitåvatn



Jezioro Myklestulvatnet, jezioro Heddevatn. Między nimi góra Bonsnos 1304 m n.p.m. i przepięknie przebijające się przez pułap chmur, promienie słońca



Szlak wiedzie przez luźno leżące bloki skalne



Prawie na szczycie, a jak wiemy, prawie robi różnicę...



Gaustatoppen zaczyna skrywać cień...


Pokonuję kolejne bloki skalne, by wreszcie stanąć na szczycie. Z zegarkiem w ręku zajęło to 15 minut. Witają mnie Hiszpanie, gratulując wejścia. Mój uśmiech chyba mówi wszystko. Przelewa się we mnie szczęście, które zaraz wyjdzie uszami. Ale czuję też zmęczenie, bo wchodzę na górę, niemalże prosto z samolotu. Jest cudownie.
Na czubku sesję foto robi mi znów Polak, tak, dla odmiany J Podobnie jak ja, zamierza schodzić ze szczytu. Ale ja się już mocno nad tym zastanawiam. Wracałabym tą samą drogą, do tego jest już prawie 17.00… Myślę o tym bilecie, który spoczywa na dnie kieszeni.


Szczyt Gaustatoppen jest mój! :)



Widok w kierunku Rjukan.



Szczyt Gaustatoppen 1883 m n.p.m. zdobyty w stylu alpejskim - na lekko, tylko z wodą w ręku ;)



Platforma z wieżą, widziana ze szczytu Gaustatoppen

Póki co, na szczycie nie bawię długo i zabieram się za powrót, znów przez skalne rumowisko. Po drodze słyszę helikopter, który ląduje na platformie przy wieży. Pytam po drodze turystę, co się stało. Mówi, że nic, że to tylko dla transportu. Poprzedniej nocy, na Gaustatoppen był koncert i teraz sprzęt będzie transportowany helikopterem w miejsce, skąd zabiorą go samochody. Taka atrakcja po drodze.


Helikopter nad górą Bonsnos 1304 m n.p.m.



Widok w kierunku Rjukan



Jeziorka łączące się w całość Myklestulvatnet



Jezioro Myklestulvatnet, jezioro Heddevatn. Między nimi góra Bonsnos 1304 m n.p.m.



Miasto Miland, serpentyny, które pokonywała "Żyletka" i jezioro Kvitåvatn i poniżej niego parking w Svineroe



Powrót tą samą trasą, w dole widoczne jezioro Heddersvatn



Przy helikopterze na platformie powyżej hytty



No i wspaniale! :) Tylko zaczyna wiać zimny wiatr



I jeszcze jedno spojrzenie na spowite w mroku góry i jeziorka


Stawiam się w schronisku, gdzie Grażka już przebiera nogami. Grażuś, przepraszam i bardzo dziękuję! Dzięki mnie poznałaś pewnie norweskie przekleństwa i zaklęcia rzucane pod moim adresem J J J
Idziemy szybkim krokiem do kolejki. Jednak wykorzystam otrzymane dobro.


Tunel do bramki w górnej stacji kolejki


A kolejka to także dodatkowa atrakcja. Niby przypomina wagoniki na naszą Gubałówkę, ale te są mniejsze. Zjeżdżają ostro w dół, niemalże pionowo, w środku góry! Po pewnym czasie, wręcz jadą nad ściekającą po torach wodą, która wypływa z głębi góry. Wciąż zastanawiamy się obie, jak to ktoś wybudował. Potem mamy stację przesiadkową i jedziemy już płaskim tunelem, ku wyjściu.


Zdjęcie tego nie oddaje, ale to był zjazd stromym tunelem



Przesiadka do wagonika, który tym razem będzie jechał po prostym tunelu



Mapka orientacyjna - moja trasa wydaje się najkrótsza, ale za to była stroma


Dopadamy nieco zziębnięte „Żyletki” (bo na górze nieco wiało) i jedziemy w dół. Nasz kolejny cel tego dnia to Rjukan.


Helikopter zwożący sprzęt po koncercie



Gaustatoppen już prawie w chmurach

Miejscowość, ulokowana w dolinie, właściwie wciśnięta między stoki pobliskich gór. Do tego z nieco mroczną historią.


Miasto Rjukan wciśnięte między górami



Ciemne chmury nad Gaustatoppen a w dole Rjukan



Rjukan


Rjukan leży nad rzeką Måna. To ośrodek przemysłu chemicznego z elektrownią wodną. To tu, w czasie II wojny światowej, Niemcy produkowali na skalę przemysłową tzw. ciężką wodę. Cóż to takiego? To woda, w której część atomów wodoru stanowi izotop, czyli deuter, którego jądro to proton i neutron. Współcześnie stosowana jest jako moderator w reaktorach atomowych. W czasie wojny była potrzebna Niemcom do prac nad bronią jądrową. Z tego też powodu, miasto atakowali alianci, co przyjęło się pod nazwą „Bitwa o ciężką wodę”. W 1942 r. Brytyjczycy wysłali jednostki specjalne w celu zniszczenia fabryki izotopu Vemork, niedaleko Rjukan. Misja skończyła się katastrofą, samoloty uderzyły w zbocza gór. W 1943 r. fabrykę uszkodzili norwescy komandosi, jednak pilot pomylił cel. Po kilku dniach doszło jednak do sabotażu na terenie fabryki, dzięki któremu udało się zniszczyć urządzenia do produkcji. Pomimo szybkiej odbudowy, znów przylecieli, tym razem Amerykanie. Po tym nalocie, hitlerowcy zamierzali przenieść zapasy ciężkiej wody do Niemiec, jednak w 1944 r. ewakuacja na promie SF „Hydro”, skończyła się zatopieniem wszystkiego w jeziorze Tinnsjå przez ruch oporu.


Såheim Kraftstasjon, czyli Elektrownia Såheim. Została zaprojektowana w 1914 r. przez architektów Olafa Nordhagena i Thornvalda Astrup. Oficjalnie została oddana do użytku w styczniu 1916 r. Zakład jest własnością i jest zarządzany przez Norsk Hydro.



To właśnie tu produkowano ciężką wodę, wykorzystując też wodę z wodospadu o nazwie Rjukan. Od wodospadu właśnie, wzięło swą nazwę miasto.



Budynek jest naprawdę monumentalny



Zbocze Gaustatoppen, u jego stóp - fabryka ciężkiej wody


Przemierzamy główną ulicę miasta. Jest czyste i zadbane. Mój zachwyt nie gaśnie. Wciąż zastanawiam się co by było, gdyby tak z gór zeszła lawina, bo miasto jest wąskie i ewidentnie wciśnięte w te zbocza. Odrzucam te myśli, przecież jest lato.


Tinn Museum. Muzeum ludowe, które skupia w sobie antyki. Zwiedza się go z przewodnikiem, tylko na życzenie.



Kościół w Rjukan, zbudowany w 1915 r. z kamienia. Przeznaczony na 350 miejsc. Architektami są Carl i Jorgen Berner. W 1965 r. kościół został spalony w związku z nagrywaniem filmu "Bohaterowie z Telemarku". Odbudowany w latach 1965-68.



Rynek w Rjukan. Budynki zaprojektowali architekci Thornvald Astrup i Helge E. Blix.



The Telemark Exhibition 2011 tuż przed zbudowanym w 1930 r., przez ruch robotniczy, domem kultury.



Pomnik sprzątaczki. W Norwegii wszystkie zawody są sobie równe



Główna ulica wiodąca przez Rjukan



Pomnik norweskiego członka ruchu oporu Gunnara Sønsteby, bohatera narodowego, który urodził się w Rjukan w 1918, a zmarł w 2012 w Oslo. Także w stolicy natknęłam się na jego postać. Ponoć obserwował jak wkroczyło wojsko niemieckie do Oslo, po czym wsiadł na swój rower, uciekł na tereny wiejskie, by przystąpić do ruchu oporu.



Kolorowe domki w Rjukan



Zabudowa w Rjukan


Między wrześniem, a marcem, do położonego głęboko w dolinie miasta, nie dociera słońce. Dlatego, już na początku XX w. Sam Eyde, właściciel elektrowni wodnej, planował budowę, na pobliskich zboczach gór, systemu luster solarnych, by zimą doświetlały miasto. Temat powrócił po blisko 100 latach, ponieważ dopiero w 2013 r. projekt ten doczekał się realizacji. Teraz widzimy trzy małe lustra, zawieszone  wysoko, tonące w zieleni, które jednak w czasie zimy spełniają swe zadanie.


Lustra solarne na zboczu góry - takie małe, a tak wiele dają mieszkańcom Rjukan



Lustra w zbliżeniu


Wreszcie postanawiamy odwrót w kierunku domu. Po drodze odnajduję na jednym z budynków, swojego pierwszego trolla! Ha!


Mój pierwszy wypatrzony, norweski troll :)


Mimo zmęczenia, humory nam dopisują. Znów rozkoszujemy się widokami.


Jeszcze na rogatkach Rjukan



Wracamy do domu



Malowniczy powrót



Złota godzina :) I od razu fajne kolory


Prowadzi nas GPS, który wyprowadza nas daleko poza wytyczony kierunek. Orientujemy się, jak jest już za późno i musimy wbić się w autostradę. Ot, kolejna niespodzianka tego dnia, jakby niezaplanowana. Na całe szczęście ta część autostrady jest bezpłatna.


No to mkniemy kawałkiem autostrady :)


Docieramy do domu o 21.30. Zjadamy ciepłą zupę z torebki, ogarniamy się i podążamy w jedynym, słusznym kierunku – spać.
Tak oto, wyglądał pierwszy mój dzień w Norwegii. Gdyby ktoś mi powiedział – będziesz wspinać się na górę w Norwegii – pewnie popukałabym się w czoło. A jednak, nigdy nie wiemy, co nam się przydarzy. Mnie wyjazd do tego północnego kraju wyszedł spontanicznie i szczęśliwie udało się wejść na Gaustatoppen. A to dopiero początek mojej norweskiej przygody…

C.d.n. …