O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi.Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

sobota, 14 lipca 2018

Beskid Żywiecki - Jaworzyna


M i ę d z y   k r o p l a m i   d e s z c z u,
c z y l i   s p ó ł k a   D u ś k a  i  T u ś k a  

z n ó w  n a  s z l a k u

Wreszcie jest! Wolne, urlop, odpoczynek, luz... Cały tydzień! Pełnia szczęścia zaczyna się o siódmej rano, kiedy obie z Tusią wsiadamy w Warszawie do pociągu jadącego do Żywca. Potem tylko przesiadka do busika kursującego do Korbielowa. W pół godziny przemieszczamy się do innego świata. Zostawiamy w mieście pośpiech, zmartwienia, nerwy. Od teraz nic nie musimy, wszystko możemy.
Pierwszego dnia robimy rekonesans po Korbielowie (stwierdzamy, że tu nic nie ma, a jedynymi maszerującymi przez miejscowość, jesteśmy my dwie), niezbędne zakupy (można nie mieć masła, ale czekolady na szlaku - nie ma mowy), jemy obiad (smaczny i pożywny) i wdychamy świeże powietrze (że też nie da się go zabrać ze sobą w drogę powrotną). I wieczorem ustalamy plany na kolejny dzień, który nie zapowiada się ciekawie. Nawet tu odnalazła nas stara znajoma - chmura. Plan jest taki: olać chmurę i ewentualny deszcz i wyjść na jakiś krótki szlak, żeby się trochę zaaklimatyzować. Studiowanie mapy przynosi cel. Jest nią pagór na granicy Polski i Słowacji o nazwie Jaworzyna (słow. Javorina) o wysokości 1047 m n.p.m. No to postanowione. Następnego dnia wkraczamy na żółty szlak. Przekraczamy kładkę nad potokiem Glinne i wspinamy się przez łąki i zarośla na Walacową Grapę z charakterystyczną wieżą przekaźnikową na szczycie. Tuż za zabudowaniami płoszymy niechcący sarenkę, która błyskawicznie przeskakuje na drugą stronę polanki. Nie jesteśmy w stanie wyciągnąć aparatu, tak szybko ucieka. Przepraszamy biedne stworzenie.


Potok Glinne



Walacowa Grapa z wieżą przekaźnikową



Szlak wiedzie przez mokre zarośla, a mi w głowie układają się nieco zmienione słowa piosenki z przedszkola: przez łąki i pole biegną dwie fasole :)



Spojrzenie w kierunku wzgórz leżących nad Korbielowem



Walacowa Grapa i Pilsko w tle



Zabudowa Korbielowa u stóp Pilska


Na razie chmura tylko się przyczaja, straszy deszczem, ale widząc dwie zdeterminowane osóbki na szlaku, daje chwilowo za wygraną. Na szlaku jest cisza i pustka, mimo, że wciąż przemieszczamy się w pobliżu ludzkich siedzib. Część z nich zapewne jest wykorzystywana sezonowo lub tylko weekendowo, co sugerują dykty w oknach i cisza w obejściu. W części witają nas poszczekujące psy, dając jasno do zrozumienia kto tu rządzi.


Wakacyjne klimaty pora rozpocząć :)



Wiata do odpoczynku przy szlaku, który jest także w tej części szlakiem rowerowym



Pagórek w oddali to Wojtycki Groń. Ścieżka nań prowadząca kusi, ale nie tym razem...



Niedziela na szlaku - pamiętaj, aby dzień święty święcić



Żółty szlak



Małe okienko w kierunku Koszarawy



Jak nie przez zarośla, to przez las


Wreszcie po prawie dwóch godzinach docieramy na granice naszego państwa i na rozwidlenie szlaków. Dyskutujemy, czy pogoda pozwoli nam na powrót szlakiem czerwonym, aż do przełęczy Glinne. Póki co zmierzamy w miarę łatwym i przyjemnym szlakiem w kierunku Szelustu, zwanego inaczej Beskidem Krzyżowskim (923 m n.p.m.). I tu dopada nas deszcz. Chowamy się szybko pod opiekuńcze ramiona drzew i przeczekujemy przelotny opad. I ta zabawa będzie się powtarzać jeszcze kilka razy w ciągu naszej wędrówki.


Jesteśmy na granicy państwa, wzdłuż której wiedzie czerwony szlak



Przy słupku stała, na pogodę czekała ;)



To chyba już Szelust, nigdzie nie było tabliczki



Na stoku Szelustu


I kiedy tak w ciszy i samotności idziemy przez las, nagle wyrywa nas z zadumy okrzyk kobiety zbierającej jagody. Na jej donośny głos, obie z Tuśką podskakujemy. Po grzecznościowym "dzień dobry" następuje szereg pytań, a skąd jesteśmy, a kaj idziemy, a u kogo mieszkamy... Raport zdany, można iść dalej. 
Śmiejemy się w duchu z naszych obaw przed leśną zwierzyną. Taka bywa nieraz natarczywa, ale nigdy nie egzaminuje ;) A spłoszone ptaki co i rusz podnoszą nam adrenalinę, więc co się nam dziwić.


Na czerwonym szlaku



Zdjęcia tego nie pokażą dokładnie, bo spłaszczają, ale podejście było dosyć spore


I znów nieplanowany przystanek. Chmura atakuje deszczem. Ok. Poczekamy, nigdzie nam się nie spieszy. Mija się z nami jakiś turysta, chwilę rozmawiamy, a potem każde idzie w swoją stronę. To pierwszy człowiek na szlaku, nie licząc jagodowej kobiety.
I takim oto sposobem docieramy do Przełęczy Półgórskiej (słow. Sedlo pod Beskydom). Przed nami widok na nasz cel. Zalesiona kopułka to Jaworzyna (1047 m n.p.m.). I tak noga za nogą podążamy na szczyt, który... przechodzimy, nawet o tym nie wiedząc! Nigdzie nie ma żadnej tabliczki, że to już, że można odtrąbić zwycięstwo. 


Nasz cel - Jaworzyna



Cisza, spokój, pustki na szlaku



I takie dwie, co deszczu się nie bały ;)


Zupełnie niespodziewanie dochodzimy do sezonowej bacówki Viktoria, chociaż szlak tam wcale nie prowadzi. Przemili gospodarze pozwalają nam jednak wejść do wiaty i posilić się kanapkami. Jak to zawsze na szlaku bywa, najlepsze są rozmowy z ludźmi albo z psem, który po obszczekaniu zostaje twoim najlepszym kumplem, tylko dlatego, że masz chleb z pasztetem ;) I w takiej miłej atmosferze chwilę odpoczywamy przed powrotem na kwaterę. Szlak będzie nas wiódł tą samą drogą.



Być może właśnie w tym momencie schodzimy z Jaworzyny :)



A może jesteśmy jednak przed szczytem? Bo przecież nie ma tabliczki, nie mamy pojęcia czy to już...



W Bacówce Viktoria humory dopisują



Oj ciotka, ty paparazzi jedna! Ale nie widać, że zjadłam właśnie kawałek czekolady :) :)


Czas jednak ruszyć dalej, choć chciałoby się jeszcze posiedzieć z dala od cywilizacji. Jakby nie patrzeć, Jaworzynę w tym dniu zdobywamy dwa razy, zważywszy na fakt, że wracamy tą samą drogą. Po drodze znów nas dopada deszcz, ale tym razem zanosi się na dłużej, więc wyciągamy peleryny. I ponownie niechcący, wystraszamy małego zająca, który w długich susach ucieka w młodnik. Biedne stworzonka nie spodziewały się ludzi na tym szlaku. A tu kolejne nie ma spokoju. Do tego wypłoszonego towarzystwa niebawem doliczamy wiewiórkę, której tylko czarną kitkę widzi Tuśka.


Na czerwonym szlaku



Szlak wiedzie obok fajnej grupy drzew


Niestety chmura pokazuje nam swe wredne oblicze i zsyła deszcz. Postanawiamy wrócić znów żółtym szlakiem, zastanawiając się, czy sarenka z rana jeszcze tam jest. Co prawda kiedy zakładamy peleryny, deszcz złośliwie przestaje padać, ale tylko na chwilę, potem znów przelotnie próbuje nas otulić. My jednak niezrażone pogodą i w całkiem miłych nastrojach wracamy już na kwaterę. Po drodze wstępujemy do karczmy na obiad. W oczekiwaniu na posiłek, oglądamy zmagania piłkarzy na Mundialu w Rosji.


Gdzieś tam daleko widać szczyty Beskidu Śląskiego



Wycieczka, wycieczką, ale mecz się zaczął...

W chwili gdy piszę ten tekst, Anglia przegrywa z Belgią i tym samym Belgowie mają brązowy medal na mistrzostwach. W kolejnym dniu rozstrzygną się losy dwóch drużyn, Francji i Chorwacji. Które z tych państw wróci do domu ze złotem? Nie wiem jeszcze, ale wiem, że niesione dzisiejszą wiktorią, obie z Tuśką, kolejne szczyty zdobywałyśmy nie mniej walecznie niż piłkarze. Ale o tym kiedy indziej...


                                    Hej!



czwartek, 28 czerwca 2018

Norwegia - Hamar, Elverum, Gjøvik

Norwegia po raz drugi,
czyli trwałam w zachwycie,
choć dzień był krótki i czasem deszczowy

Mój drugi pobyt w Norwegii wypadał w listopadzie, więc kiedy u nas nastała niby jesień, w kraju trolli do drzwi pukała już niby zima. Dni były krótkie, chwilami ponure, że nic tylko siedzieć w ciepłym domu i grzać kości z kubkiem herbaty. Ale przecież nie po to przeleciałam tyle kilometrów nad Bałtykiem. Dzięki temu zwiedzałam najbliższą okolicę z okien autobusów, czasem też zaszczycając norweską ziemię moimi stopami. I choć mój pobyt był króciutki, to udało mi się zobaczyć jeszcze trzy miasta, które już na zawsze zostaną mi w pamięci, choć niektóre z nich widziałam raczej po ciemku.
Pierwsze z nich to Hamar. Miasto położone jest w regionie Hedmark. Rozciągnęło się nad największym jeziorem w Norwegii, czyli nad Mjøsa. 


Okolice Hamar



Fragment jeziora Mjøsa


W Średniowieczu Hamar było miastem biskupim i jednym z kilku największych miast Norwegii. Podupadło i straciło prawa miejskie po reformacji. Zaczęło rozwijać się w XX w. i znów jest prężnym centrum handlowym i administracyjnym.


Okolice Hamar, im wyżej tym większa zima



Zabudowa w okolicach Hamar



To nie świt, to już prawie zmierzch w okolicach Hamar



Pomarańczowe tyczki, jak w górach, wyznaczają drogę, kiedy śniegu napada tyle, że nie widać asfaltu



Okolice Hamar, a czułam się jak na drodze O. Balzera w Tatrach :)



Norweska wieś gdzieś w okolicach Hamar



Nieco niżej jeszcze jesień



Widok na dzielnicę Hamar z parku Ankerskogen



Jesienne klimaty przy Cathedral School w Hamar


W 1994 r. podczas zimowej olimpiady było to jedno z miast, gdzie rozgrywano konkurencje sportowe. Dzięki temu w mieście pozostała hala sportowa w kształcie odwróconej łodzi wikingów – Vikingskipet. Niestety widziałam ją raz i z daleka, dlatego musicie mi wierzyć na słowo.


Widok ze wzgórza Hedmarktoppen, znajdującego się na przedmieściach Hamar



Szykujące się do snu miasto, otulone mgłami nad jeziorem Mjøsa - widok ze wzgórza Hedmarktoppen



Na Hedmarktoppen



Księżyc nad Hamar



Przytulny przystanek pod stadionem piłkarskim Briskeby w Hamar



Przystanek jest ozdabiany stosownie do pory roku, np. w czasie świąt pojawia się udekorowana choinka. Myślę sobie, że u nas taki kąt już dawno byłby zadomowiony przez jakiegoś bezdomnego lub demolującą wszystko młodzież...



Coś w rodzaju rynku w centrum Hamar



Przeszklone budynki to centrum konferencyjno - rozrywkowe Hamar Kulturhus



Torggata. Uliczka - deptak



Budynek jednej z restauracji przy Torggata róg Stortorget



Torggata



Szachulcowy budynek w Hamar


W Hamar byłam kilka razy, najczęściej przejazdem, ale udało się też pozwiedzać miasto, choć nie zawsze przy sprzyjającej pogodzie. Największą atrakcją miejską dla turystów są ruiny katedry. To pozostałość po świątyni, której budowa rozpoczęła się w 1152 r., a została ukończona w 1200 r. Kościół zbudowano w stylu romańskim, by później przebudować ją w duchu gotyku. Podczas I wojny północnej w 1567 r. budynek zniszczyli Szwedzi. A więc, nie tylko Polska zawdzięcza Szwedom ruiny, teraz wiem, że i Norwegowie. To, co się ostało, zostało w 1998 r. przykryte konstrukcją ze stali i tafli szkła. Zaprojektował to architekt Kjella Lunda. Wewnątrz znajduje się ołtarz polowy oraz kustosz pilnujący i zbierający korony za wejście i obejrzenie kamieni. Mnie wystarczył spacer wokół tej szklanej konstrukcji. Obecnie Hamar posiada inną katedrę, w której wierni zbierają się od 1866 r.


Ruiny dawnej katedry w Hamar



Widok na wyspę Helgøya



Konstrukcja ze stali i szkła nad ruinami katedry



Deszczowy, sielski widok spod ruin katedry



Pozostałości dawnej świątyni



Jedna z tablic, przedstawiających historię obiektu - tu pożar i zniszczenie kościoła


Tuż obok ruin katedry, która wchodzi w skład Hedmarkmuseet, znajduje się skansen, w którym można zobaczyć pozostałości po pałacu biskupim z XIII w. oraz kilka historycznych domów i budynków gospodarczych. Spacer między nimi jest darmowy, można zobaczyć budynki z trawą na dachu. Zwyczaj krycia dachów darnią pochodzi jeszcze z czasów wikingów. Stało się to swoistym symbolem norweskiej tożsamości, podobnie jak wywieszanie flagi na maszcie przed domem.


Skansen z dawnymi domami



Przykład budynku krytego darnią



Coś w rodzaju spichlerza



Na terenie skansenu



Budynek gospodarczy - zwykle stawiany był na palach czy kamieniach, by zapobiec dostawaniu się gryzoni do środka



Zapłakany deszczem czas w skansenie



Okno w odrestaurowanym pałacu biskupim



Drzwi w pałacu biskupim



Budynek dawnej szkoły



Urokliwe domki przy promenadzie nad brzegiem jeziora Mjøsa



Promenada przy jeziorze Mjøsa 



Domy i wille z widokiem na jezioro Mjøsa



Domy i wille z widokiem na jezioro Mjøsa



Deszczowa jesień w Hamar


Kolejne miasto, które miałam okazję zobaczyć, to Elverum. Miasto, leżące także w regionie Hedmark, zamieszkuje ponad 20 tysięcy mieszkańców. Przepływa przez nie najdłuższa rzeka w Norwegii – Glomma. Na zwiedzanie Elverum miałam jakieś 20 minut, czyli tyle, co autobus, którym przyjechałam miał do pętli i z powrotem, bym mogła w niego znów wsiąść J



Mgła w drodze do Elverum



Most nad rzeką Glomma



Most nad rzeką Glomma



Pierwotnie Elverum był parafią, której nazwa pochodzi od farmy o tej samej nazwie. To tu zbudowano pierwszy kościół. Potem miasto stało się ważnym punktem strategicznym, gdyż znajdowało się na szlakach handlowych i turystycznych, łączących północ i południe oraz wschód i zachód. W XVII w. znajdowała się tu twierdza, którą zamknięto w 1742 r. Jeszcze w 1657 r. powstał norweski pułk piechoty, a Elverum stało się miastem garnizonowym. Pułk wsławiał się w walkach począwszy od wojen szwedzkich w XVII w. aż po niemiecką inwazję na Norwegię w 1940 r. W 2002 r. rozwiązano pułk. W czasie unii duńsko – norweskiej, Elverum było miastem targowym. Kiedy spalono katedrę w Hamar, a miasto straciło status miasta, wschodnia Norwegia potrzebowała zorganizowanego rynku handlu towarami. Dlatego wybrano rynek Grundset, który w 1767 r. został opisany jako największy i najsłynniejszy rynek w Norwegii. Kiedy w 1877 r. przeprowadzono przez miasto kolej, łączącą Oslo z Trondheim, rynek w 1901 r. przestał funkcjonować jako targowisko.


Rynek w Elverum



Dawny rynek jest obecnie placem, na którym znajduje się parking



Koń ciągnący towary - nieodłączny element handlu



Rozpracowując norweskie słownictwo "Torghjørnet" oznacza: torg - kwadraty, hjørnet - narożnik. Trzymam się wersji, że to poprostu budynek na rogu rynku :) A mieszczą się w nim m.in. Siris - sklep spożywczy z restauracją, Ymse - sklep odzieżowy z dodatkami czy Fram - firma audytowa



Budynek przy początku ulicy Storgata



Urząd władz lokalnych oraz biblioteka w Elverum



Budynek przy ulicy Storgata



Budynek restauracji w Elverum


Moja wizyta w Elverum trwała niemalże tyle, co mrugnięcie okiem i do tego była w mglisty dzień. Jednak miasto może pochwalić się kilkoma fajnymi pomnikami, które zdążyłam namierzyć. A potem pozostało mi tylko napawać się widokami norweskiej wsi i malutkich osad między przystankami.


Dwie kobiety



Wygląda jak górnik, ale ma pleciony plecak... Kto to?



Pomnik z 1887 r. zatytułowany "Fredløs", co znaczy "Banita"



Matka z dziećmi na rynku


Jeden z listopadowych wieczorów poświęciłam na następne miasto, które bardzo mi się spodobało. Jestem oczarowana białymi, drewnianymi domkami. I właśnie tam je odnalazłam. A mowa o Gjøvik. Miasto to leży w regionie Oppland, po drugiej stronie jeziora Mjøsa, do którego wpada przepływająca przez miasto rzeka Hunnselva.


Deszczowy wieczór nad jeziorem Mjøsa - widok od strony Gjøvik



Domostwa nad brzegiem jeziora po stronie okręgu Oppland



Płynąca, wartkim nurtem przez miasto, Hunnselva


To urocze miasto liczy sobie około 20 tysięcy mieszkańców. Być może za dnia nie zauroczyłoby mnie tak, jak właśnie wtedy, w ten deszczowy, chłodny wieczór, kiedy w oknach białych domków, zapalały się lampki. To, co zauważyłam, to fakt, że ludzie nie zasłaniają okien. Idąc ulicą widziałam, jak krzątają się po domu. Zwyczaj ten wziął się od marynarzy i ich żon. Kiedy taki marynarz wypływał w morze na długi rejs, żona nie zasłaniała okien, by nie być posądzoną o zdradę czy niemoralne zachowanie. I tak jakoś zostało do dziś, że ludzie nie mają nic do ukrycia.


Mały biały domek...



... co noc mi się śni :)


Gjøvik powstał wokół założonej, przez Caspara Kauffelda, w 1807 r. huty szkła, która działa do dziś. W 1861 r. wieś uzyskała status miasta. Nazwa pochodzi od dawnej farmy Gjøvik (w staronorweskim: Djúpvík). W 1994 r. miasto było również gospodarzem Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Lillehammer.


Ulica Storgata w Gjøvik



Budynek w jednej z dzielnic miasta



Wieczór w Gjøvik nad wodami jeziora Mjøsa


Gjøvik posiada największą halę sportową, wykutą w skale. Niestety nie dane mi było zobaczyć jak to wygląda. Miasto może też poszczycić się najstarszym na świecie, wciąż działającym, parowcem – DS Skibladner. Jednostka pływa nieprzerwanie od 1856 r. Ja zobaczyłam parowiec jedynie na muralu jednego z budynków. I tyle musiało mi wystarczyć.


Najstarszy parowiec na świecie - Skibladner


Wreszcie przyszedł dzień, w którym musiałam rozstać się z Norwegią. Jak na złość, niebo właśnie wtedy postanowiło rozpieszczać ludzi swą niebieskością, a słońce przypomniało sobie, że ma jeszcze na tyle siły, by przegonić panoszące się zimno. Ja jednak podwieziona do Hamar, wsiadłam do pociągu, by przesiąść się w Eidsvoll na inny, jadący już przez Oslo, do stacji Sandefjord Torp.


Rozkład linii kolejowych jest w każdym wagonie



Gdzieś po drodze uchwycone



Spojrzenie z pociągu na jezioro Mjøsa, które naprawdę jest wielkie



Przesiadka na stacji Eidsvoll



Poranne mgły w Eidsvoll



Gdzieś po drodze...



Drammen oraz przepływająca przez niego rzeka Drammenselva



Nadbrzeże Drammen



Stoi na stacji lokomotywa...



Drammen z okna pociągu



Przedmieścia Drammen



Tønsberg i jego charakterystyczny symbol - wieża opisywana przeze mnie w poście z Norwegii I



Urocze drewniane domki gdzieś za Tønsberg 


Tam szybko przesiadłam się w autobus jadący na lotnisko. I już. I nastąpił koniec mojej spontanicznej, drugiej podróży do Norwegii. Zupełnie nieplanowanej, zupełnie zwariowanej i zupełnie niezapomnianej.


Lotnisko w Torpie



Cisza i spokój, dopóki nie nadejdą Polacy :) Nawet obsługa naziemna wita się po polsku. Tak to można podróżować! :) :) :)



Norwegia żegna wikingiem



Ale zwraca uwagę dokąd lata ;)


A potem szybka odprawa i miejsce w samolocie tuż przy oknie ze słońcem prosto w szybę. I wraz ze zbliżaniem się do pochmurnej Warszawy, rozpaczliwie chciałam wracać tam, gdzie to słońce było. Jednak rzeczywistość dopadła mnie szybko, kiedy schodząc do lądowania, wlecieliśmy w gęste chmury i w samolocie nagle zrobiło się ciemno. Witamy w deszczowej i jesiennej Warszawie…


Chwilę po starcie



Jeszcze Norwegia 



Wciąż Norwegia 



Tu dla odmiany też Norwegia 



A tu już tylko chmury



Biały puch



Widoczność w Warszawie ograniczona


Teraz pozostaje mi tylko wspominać i szykować się do następnej wyprawy na północ. Dziękuję mojemu Znajomemu za opiekę, wskazówki i rady a także za poświęcony mi czas między zawodowymi obowiązkami. To były magiczne chwile!
Do zobaczenia!
Koniec