O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi.Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

piątek, 18 stycznia 2019

Bieszczady - Tarnica

Bieszczadzkie Anioły
na szlaku na Tarnicę


„… Anioły bieszczadzkie, bieszczadzkie anioły. Dużo w was radości i dobrej pogody.
Bieszczadzkie anioły, anioły bieszczadzkie. Gdy skrzydłem cię trącą, już jesteś ich bratem. (…)”
[Stare Dobre Małżeństwo]

Kiedy w październiku 2018 r. padła propozycja wyjazdu w Bieszczady nie byłam obojętna. Radosne oczekiwanie na wyjazd zmniejszało się z każdym dniem, coraz bardziej wypełniając moje myśli i powodując mój coraz większy uśmiech. I wreszcie stało się. Rzuciłam wszystko i wyjechałam w Bieszczady, a właściwie zostałam przywieziona przez koleżankę Martę, którą poznałam na Lofotach. I tu spontanicznie zawiązała się sześcioosobowa grupa Bieszczadzkich Aniołów.

„Anioły są takie ciche, zwłaszcza te w Bieszczadach. Gdy spotkasz takiego w górach, wiele z nim nie pogadasz. (…)” [SDM]

Z tymi aniołami nagadałam się wiele, a i śmiechu było co nie miara.
Opisałam już wcześniej pierwszy dzień, kiedy razem szliśmy przez Połoninę Wetlińską. (ZOBACZ TU) Wieczorem w schronisku umówiliśmy się na kolejny dzień wspólnego wędrowania. W ferworze rozmów, zdjęć, spotkania z kolegą i jego znajomymi, śmiechu, wspólnego posiłku, omówiliśmy trasę na kolejny dzień, miejsce zbiórki, czas itp. Ale jakoś nikt nie wpadł na to, by na wszelki wypadek wymienić się telefonami. Czasem jest takie uczucie, że zna się kogoś od 24h, ale wydaje się jakby to było już od dawna i normalne, że wtedy ma się do siebie telefony. To uczucie tym razem dopadło wszystkich nas. Grzecznie się pożegnaliśmy i rozjechaliśmy na nocleg.
Kolejnego dnia stawiliśmy się na miejsce zbiórki, czyli parking w miejscowości Wołosate. Nasza czwórka: Jadzia, Marta, Janusz i ja, oczekiwała na Piotra i Tomasza. Po pół godzinie postanowiliśmy iść powoli w kierunku szlaku. I wtedy spotkaliśmy obu panów, którzy dla odmiany czekali na nas również pół godziny, tyle, że na drugim parkingu J No kto by pomyślał, że w tak maleńkiej miejscowości jak Wołosate, są dwa parkingi J J J


Rzut oka na mapę i od razu wiadomo gdzie idziemy ;)



Na zielono zaznaczona nasza trasa


Jesień zagościła już na dobre. Wolnym krokiem weszliśmy na czerwony szlak. Przez ponad dwie godziny wędrowaliśmy w sumie prostym i przyjemnym traktem. Naszym celem była Przełęcz Bukowska (1107 m n.p.m.)


Początek drogi - ku Przełęczy Bukowskiej



Jesień chrzęści pod nogami...



Jedna ze stacji Drogi Krzyżowej prowadzącej z Wołosatego na Przełęcz Bukowską



Nawet utwardzoną drogą, gdzie biegnie szlak, można przyjemnie wędrować, kiedy nie ma tłumu ludzi obok...



Ten sam szlak kawałek dalej, zmiana szaty :)


Kiedy na nią dotarliśmy mgła otaczała nas ze wszystkich stron. No tak, wczoraj wysyłaliśmy info do bieszczadzkich aniołów, że nie chcemy już deszczu w ciągu dnia, ale nie doprecyzowaliśmy, że mgły też… 


Szlakowskaz na Przełęczy Bukowskiej



Duśka tu była ;)


Mimo to poszliśmy kawałek dalej, by stanąć do wspólnego zdjęcia na granicy z Ukrainą. Cały czas towarzyszył nam uśmiech i dobre nastroje.


Granica polsko-ukraińska



Bieszczadzkie Anioły na krańcu Polski :)

Usiedliśmy na chwilę na Przełęczy Bukowskiej, by nabrać siły na dalszą trasę. Nawet sporo ludzi zebrało się w dość wygodnej wiacie.


Duża wiata na Przełęczy Bukowskiej

Przed nami była godzina do Halicza (1333 m n.p.m.), trzeciego szczytu pod względem wysokości w polskiej części Bieszczadów. Zanim do niego dotarliśmy, musieliśmy wdrapać się na Rozsypaniec (1280 m n.p.m.) Jak sama nazwa wskazuje, składa się on z grzbietu, którego stoki pokryte są połoniną i luźno rozsypanych skałek. Widoki z Rozsypańca są bardzo ładne pod warunkiem, że je widać. My tego szczęścia w tym dniu mieliśmy jakby odrobinkę. Mimo to szliśmy dalej zwartą grupą, jedynie Marta od nas odskoczyła i szła swoim własnym tempem. Traciliśmy ją z oczu co chwila, ale pocieszaliśmy się, że zaraz na nas zaczeka.


Tyczki na szlaku - pomocnik przy mgle i śniegu



Nasza grupa w kierunku Rozsypańca



Rozsypaniec



Połonina Bukowska



Grzbiet Rozsypańca



"Gdzieś daleko za mgłą... jest rodzinny mój dom.." a nie, tylko Tarnica jest tam gdzieś... za mgłą :)



Rozsypaniec w kierunku Halicza



Połonina Bukowska



Bieszczady cieniem malowane



Przed nami Halicz i dość ostre podejście, którego jednak nie czuje się idąc :)



Bieszczady i jeden z ładniejszych widoków tego dnia



W drodze na Halicz



Wołowy Garb (1248 m n.p.m.) oraz Siodło (1212 m n.p.m.) 



Wołowy Garb (1248 m n.p.m.) oraz Siodło (1212 m n.p.m.)


W końcu wdrapaliśmy się na Halicz (1333 m n.p.m.) Tu także niewiele było widać, choć ponoć jest z niego piękna panorama zarówno na Tarnicę i góry po stronie polskiej, jak i wierzchołki ukraińskie z najwyższym szczytem Bieszczadów – Pikujem (1408 m n.p.m.) Przy dobrej pogodzie można dostrzec też pasmo gór o nazwie Gorgany. My widzieliśmy jedynie siebie i kilkoro ludzi, którzy także podziwiali z nami mleko. Jakoś nikt nie pomyślał pod krzyżem, że właśnie tu, wedle legendy zbiegały się granice Polski, Węgier i Rusi. Dla nas najważniejsza była tego dnia granica widoczności. Bo choć nie padało, nic nie było widać. Poprzedniego dnia padało, ale coś tam zobaczyliśmy. Nie wiadomo już co lepsze J. Na Haliczu bardzo wiało, więc postanowiliśmy iść dalej, zresztą chcieliśmy dogonić Martę, która także chwilę na nas czekała na Haliczu, ale wiatr ją przegonił skutecznie.


Krzyż na Haliczu



Grupa na Haliczu - Marta torowała drogę we mgle :)



Radosna twórczość Tomka ;)



Zdjęcie - niespodzianka. Dzięki Tomku! :)



Spojrzenie w stronę pasma Tarnicy



Widoki po drodze



Skałki przy Kopie Bukowskiej (1320 m n.p.m.). W tle Tarnica



Widok spod Kopy Bukowskiej w kierunku masywu Tarnicy



Jest cudownie! :)



Bieszczadzka Syrenka - całkiem jak kopenhaska syrenka, nieprawdaż? :) :) :)



Trawers Kopy Bukowskiej (1320 m n.p.m.)



Tarnica widziana ze szlaku



Trawers Kopy Bukowskiej (1320 m n.p.m.)



Tarnica widziana z okolic Kopy Bukowskiej



Bieszczadzkie przestrzenie



Połoniny, połoniny...



Tarnica - jeszcze trochę zostało do przejścia



Przełęcz Bez Nazwy :)

I tym sposobem, krok po kroku, idąc i rozmawiając, łapiąc w kadr, to co anioły nam łaskawie odsłaniały, doszliśmy do Przełęczy Goprowskiej (1160 m n.p.m.). Tu na chwilę rozsiedliśmy się, by skosztować suchego prowiantu i przysmaku, który miał ze sobą Tomek. Z ostatnim kawałkiem schabu z solanki, patrzyliśmy tęsknie na papierek. Cóż, skoro wszystko zostało zjedzone, należało podnieść się i ruszyć dalej. Tutaj ludzi już było więcej, przychodzili z różnych stron. Tydzień wcześniej Bieszczady przeżywały prawdziwy najazd turystów. A tego dnia, choć pogoda nie była sprzyjająca, to jednak troszkę piechurów, łaknących górskiego powietrza, wypełzło na szlaki. W tym nasza niestrudzona szóstka, bowiem doszliśmy do Marty, która zaczekała na nas nad Przełęczą Goprowską, w dużej wiacie.


Szlakowskaz na Przełęczy Goprowskiej. Jesteśmy na wysokości 1160 m n.p.m.



Zaczynają się schody ;)



Widok na Przełęcz Goprowską i  Krzemień w masywie Bukowego Berda


Stąd mieliśmy zaledwie kilka minut, by znów znaleźć się na przełęczy o wdzięcznej nazwie Przełęcz J Bardzo szybko nazwaliśmy ją Przełęczą Bez Nazwy. W rzeczywistości jest to przełęcz tuż pod szczytem Tarnicy. Wtedy stała się rzecz krzepiąca nasze serca. Na chwilę przedarło się słońce. Chyba bieszczadzkim aniołom nieopatrznie rozerwała się zasłona. Skorzystaliśmy z tego, pozując do fotek przy szlakowskazie.


Bezimienna przełęcz pod wierzchołkiem Tarnicy



Rozdarta zasłona na niebie ukazała trochę światła...



Radość... :)


A potem mozolnie wspinaliśmy się ku Tarnicy po schodach, czyli drewnianych stopniach, które swego czasu wzbudziły wiele kontrowersji. Obrońcy gór i dzikich szlaków oponowali, że przecież zatraca się w ten sposób prawdziwy charakter bieszczadzkich bezdroży. Zwolennicy zacierali ręce, bo teraz na Tarnicę to choćby w klapkach, ale się spokojnie wejdzie. Cóż mam powiedzieć – schody są… I prowadzą na najwyższy szczyt polskich Bieszczadów.


Schody na najwyższy szczyt polskich Bieszczadów



Schody do nieba :)



Przede mną jeszcze tylko setka schodów ;)



Pod wierzchołkiem - już widać najwyższy punkt Tarnicy

Wreszcie cała nasza szóstka zameldowała się na samiutkim szczycie Tarnicy (1346 m n.p.m.). Szczyt ten wchodzi do Korony Gór Polskich. Dla mnie to była czysta radość. Kiedy we wrześniu nie udało mi się wejść na Łysicę, pomyślałam, że przeszedł mi koło nosa kolejny szczyt do korony. A tu proszę, nie dość, że pojawiłam się nieplanowo w Bieszczadach, to weszłam z doborowym towarzystwem na szczyt, który jest do korony wliczony i właśnie stałam na nim i czułam się spełniona. Do pełni szczęścia brakowało jedynie pięknej pogody, ale cóż, może gdyby była pogoda wraz z nią byłyby tłumy turystów? A tak mieliśmy szczyt niemalże tylko dla siebie.


Krzyż na szczycie Tarnicy



Nie da się ukryć - szczyt z Korony Gór Polski będzie wpisany w książeczkę GOT ;)



Duśka na szczycie Tarnicy



Bieszczadzkie Anioły na szczycie Tarnicy

Nazwa Tarnicy pochodzi od słowa „tarniţa”, co w języku rumuńskim oznacza siodło, przełęcz. To najbardziej atrakcyjny punkt widokowy w polskiej części Bieszczadów. Przy sprzyjającej aurze można dostrzec Gorgany, Tatry, Połoniny Zakarpacia a nawet Góry Rodniańskie, leżące w Rumunii.


Niebieski szlak, którym będziemy schodzić do Wołosatego



Niebieski szlak do Wołosatego - widok na Hudów Wierszek (965 m n.p.m.)


Na najwyższym miejscu Tarnicy ustawiono krzyż, który jest charakterystycznym punktem w panoramie gór, a także służy jako punkt orientacyjny. Pierwszy krzyż, mający 7 metrów ustawiono w 1987 r. Upamiętniał on pobyt księdza Karola Wojtyły 05.08.1953 r. Po tym, jak krzyż się złamał, wymieniono go na nowy, metalowy, postawiony w 2000 r. Tym razem miał on 8,5 metra i został na szczyt przyniesiony przez pielgrzymów w częściach i na szczycie złożony. 


Nasza grupka pod krzyżem na Tarnicy



Tablica upamiętniająca pontyfikat oraz pobyt Ojca Świętego Jana Pawła II a także poświęcenie krzyża na Tarnicy



Połamana dawna tablica na Tarnicy

Siedzieliśmy pod krzyżem na Tarnicy i każdy z nas na swój sposób celebrował to wydarzenie. I gdyby nie mgła i wiatr, pewnie jeszcze byśmy posiedzieli, a tak, podjęliśmy decyzję o schodzeniu.
Znów powróciliśmy na bezimienną przełęcz, by z niej schodzić niebieskim szlakiem, prosto do Wołosatego.


Znów schodzimy po schodach



Tarnica widziana z niebieskiego szlaku w kierunku Wołosatego

Stąd mieliśmy już tylko godzinkę, ale nie śpieszyliśmy się, powoli schodziliśmy, pozwalając, by otulała nas mgła w lesie i jesienne klimaty. Na koniec wędrówki doszło nas rżenie koni, które pasły się we mgle. Czyż można było tego dnia oczekiwać większej magii?


Fragment drewnianej kładki w lesie



Wygięte tak drzewa, jak widać, nie tylko nad morzem :)



Sielanka w pobliżu Wołosatego



Mgła nad polami niedaleko Wołosatego



Konie we mgle. Należą one do Zachowawczej Stadniny Konia Huculskiego BdPN w Wołosatym



Kilka kroków i już parking...


Znów w schronisku w Wetlinie zjedliśmy wspólnie ciepły posiłek i wreszcie nadszedł czas pożegnania. Następnego dnia musieliśmy wracać do domów, ponieważ kończył się nasz przedłużony weekend w górach. Tym razem wymieniliśmy się kontaktami J Żal było się rozstawać, bo z taką ekipą to choćby na koniec świata… albo chociaż, jak w tym dniu, tylko na koniec naszego kraju.

„… Anioły są wiecznie ulotne. Zwłaszcza te w Bieszczadach. Nas też czasami nosi, po ich anielskich śladach. (…)” [SDM]

Jadziu, Martusiu, Januszu, Tomku, Piotrusiu – dziękuję Wam za ten magiczny, wspaniały dzień. Jesteście najlepszymi bieszczadzkimi aniołami, jakie mogłam mieć wtedy na szlaku. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze nie jeden szlak. Tymczasem, pozostają tylko wspomnienia. Do zobaczenia!



Uwaga na niedźwiedzie! My na szczęście nie spotkaliśmy żadnego, choć w tych okolicach jest ich ponoć około 200...


Hej!