O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi. Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

niedziela, 8 listopada 2026

W krainie fiordów i trolli - cz. 3 (Norwegia, lipiec 2026 rok)

    NORWEGIA PO RAZ PIĘTNASTY, 

CZYLI FIORDY TO NAM Z RĘKI JADŁY, 

A TROLLE TYLKO SIĘ ŚMIAŁY

Termin: 19 - 26 lipca 2026 r.

Uczestnicy: Kasia, Magda, Marcin, Tomek i Duśka

Trasa opisana w poście:

21 lipca:  wyspa Runde - Przylądek Zachodni Vestkapp - Kannesteinen - Loen

Nocleg: Lo-Vik Camping w centrum Loen

Pokonana trasa 21 lipca: ok. 327 km samochodem (w tym ok. 3 km promem)

Dziennik podróży, dzień 3:

Wczorajsze zachwyty i późne położenie się spać, nie przeszkodziły w porannych ablucjach i choć było ciężko, już około 9.00 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Na moje stwierdzenie, że skoro cel wyjazdu, czyli polowanie z aparatem na maskonury udał się, to możemy wracać do domu, grupa zareagowała jednakowo, czyli miny na zasadzie "chyba sobie żartujesz!" Bo tak to jest w Norwegii. Każdego dnia mogą być postawione nowe cele, które tak przyjemnie się realizuje.


Jedyny kemping na wyspie Runde



Miłość do tych stworzeń widać na każdym kroku



Kemping dysponuje sklepikiem, w którym można kupić różne fajne rzeczy, w tym rękodzieło ozdobione... no zgadnijcie czym :) Pewnie, że maskonurami!



W kempingowej kuchni z samego rana w garach mieszają Madzia i Tomek


W dobrych nastrojach, niczym pierwsi odkrywcy, ruszyliśmy przed siebie, w kierunku Przylądka Zachodniego, czyli Vestkappu. Do przejechania mieliśmy ok 123 km, z czego około 3 km pokonywaliśmy promem. Wiało na nim okrutnie, ale mimo to wyszłam na pokład, żeby popatrzeć na okolicę.


Ach te norweskie mosty i mosteczki...



Widoczki po drodze są rewelacyjne



Nie można oderwać oczu od połączeń gór z wodą...



Czy Norwegia to jedynie góry? Otóż nie, można spotkać tam plaże z piaskiem i w dodatku bez parawanów, paragonów grozy, tłumu turystów i zapachu spalonych frytek. Czysta natura i nic więcej...



Aż chciałoby się pochodzić po tej plaży, jednak takich przystanków musielibyśmy mieć nieskończoną ilość, więc jechaliśmy dalej



Gdzieś po trasie z widokami. Foto: Madzia





A po drugiej stronie brzegu ktoś odciął nam ładną pogodę. Nadeszły chmury, które nieskutecznie jednak, ale chciały nas wystraszyć. Z głównej drogi skręciliśmy w wąską drogę i jechaliśmy coraz wyżej. Wraz z wysokością nadeszło więcej chmur i mgła, która tym razem skutecznie, zasłaniała widoki. Zanim wysiedliśmy z auta, ubraliśmy się ciepło, w ruch poszły czapki i kurtki. No nie tak to miało wyglądać! Mimo wszystko zebraliśmy się na odwagę i wysiedliśmy. Wiatr od razu chciał nas unicestwić.

Z głównej drogi skręcamy w boczną, wąską drogę, która prowadzi nas do Przylądka Zachodniego. Foto: Madzia



W Norwegii takie brązowe zawijańce oznaczają punkt widokowy. Tu, kierunek Vestkapp.



Nie podoba mi się aura. Czyżby limit dobrej pogody został wykorzystany w ciągu dwóch pierwszych dni?



W dole jeszcze coś widać, ale im wyżej, tym widoki tylko w książkach i zdjęciach tych, co mieli więcej szczęścia



Większość dróg w tej części Norwegii jest wąska, więc jedzie się powoli



Klasyczna "mijanka". Zasada jest prosta. Jeśli zatoczka jest po prawej stronie, to Ty musisz ustąpić miejsca autu z naprzeciwka. Foto: Magda



Im wyżej, tym więcej widać. W teorii. W praktyce słabo wyszło ;)

Byliśmy na krańcu świata. Tego norweskiego końca. Tym razem na najdalej na zachód wysuniętym lądzie.
Przylądek Vestkapp ( 72°40′S 19°0′W ) to widoczny na zachodzie występ czoła lodu szelfowego Riisera-Larsena na kontynencie antarktycznym, położony w połowie długości czoła lodu i około 60 mil morskich (110 km) na zachód od gór Kraul, w regionie Ziemi Królowej Maud (nazwanej tak na cześć angielskiej księżniczki, która została królową Norwegii). Został po raz pierwszy sfotografowany z powietrza, przez Norwesko - Brytyjsko - Szwedzką Ekspedycję Antarktyczną (NBSAE) w latach 1951-52 i naniesiony na mapę na podstawie tych zdjęć. Nazwano go Vestkapp czyli „Przylądek Zachodni”.
Niestety mgła i zimno zasłoniły nam klify i widok na morze, a w takiej aurze ciężko iść przed siebie, nie znając terenu. Raczej nie ryzykowaliśmy.


Chociaż na parkingu sobie pooglądamy widoki z tablicy informacyjnej...



"Cała ziemia będzie Cię kochać i wychwalać" Psalm 66:4. "W górę wszystko, co Bóg stworzył, Jego chwała na chwałę! Najmniejsza rzecz, którą stworzył, jest wielka i może ukazać Jego wszechmoc." Hans Adolph Brorson (duński biskup, autor hymnów religijnych, propagator pietyzmu, 1694-1764). Bo i na tym pustkowiu widać najbardziej, że wszystko, co Bóg stworzył, dał nam.



Fajne te widoki, takie nie za ostre... Jedyne, co widzieliśmy na Vestkappie, to kamienną stację meteorologiczną z białym radarem pogodowym.


Widziałam Przylądek Vestkapp na zdjęciach innych podróżników i chciałam zrobić zdjęcie grupowe pod tabliczką z długością i szerokością geograficzną, która była przytwierdzona do ściany budynku restauracji, która tam stała. No właśnie, stała. Teraz widzieliśmy wszystko wyburzone, ogrodzone, we mgle widzieliśmy zarys ciężkich maszyn. Ej, no nie... Tak się nie bawimy! Na pocieszenie, nie tylko my mieliśmy nosy spuszczone na kwintę. 


Z prawej strony stała kiedyś restauracja... Teraz leżały tony gruzu :( Foto: Magda



Wiersz Rolfa J. Stave to pamiątka ludzi, którzy zginęli na morzu, najczęściej mowa jest o rybakach, którzy żyją z darów morza, a także jest to opis zmieniających się warunków atmosferycznych i silnych wiatrów na Przylądku Zachodnim. Tych wiatrów doświadczyliśmy i my...



Zamiast spędzać urlop na plaży pod palemką, to ja szwędam się po Przylądku Zachodnim ubrana jak na Syberię... Ale co poradzę, że to lubię bardziej, niż plażę z palemką ;)


Za to radośnie stanęliśmy do pamiątkowej fotki w miejscu, gdzie przez chwilę mogliśmy oszukać wiatr. Jedyne, co w tej mgle widzieliśmy to kamienną stację meteorologiczną z białą kulą (radarem)  i tyle nam musiało wystarczyć. Nie ma to jak jechać tyle kilometrów, żeby zobaczyć w sumie...nic. Sztuką jest zrobić z tego kawał stulecia i jeszcze się z tego śmiać. My, jako normalna, patologiczna rodzina, wywiązaliśmy się z tego genu w 100 % :)


Właśnie tak wyobrażaliśmy sobie wakacyjne tropiki ;)



Jestem na Vestkappie! I zaraz odlecę...



Jedyne miejsce, gdzie wiatr nie hulał, więc obie z Kasią strzeliłyśmy sobie pamiątkowe fotki



No właśnie na tej długości i szerokości, a także wysokości geograficznej, jest radar pogodowy na Vestkappie


Jako, że mężczyźni prowadzili nasze rumaki, tylko dziewczyny na parkingu "na rozgrzanie" chlupnęły sobie po łyczku cytrynówki. Panowie tylko powąchali, ewentualnie liznęli czubkiem języka ;) I tym samym kontynuowaliśmy nasze dziwne pomysły, gdyż w ramach ucieczki od zimna, pojechaliśmy w inny rejon, żeby zobaczyć... skałę. Śmieszne, jak teraz sama to piszę. Ale tak. Jakby nam skał wokół było mało :)


Dobra cytrynówka nie jest zła ;) Foto: Madzia



Wracając na parking, znaleźliśmy wymalowany kamyczek. Zgadnijcie skąd był? Oczywiście z Polski! Tylko ktoś napisał na odwrocie POLAND bez kodu pocztowego. Może nie wiedział, że tak trzeba.



Wracamy z Vestkappu. Mało sprzyjająca aura... Foto: Madzia



W drodze do dziwnego kamienia ;)



Po drodze mijaliśmy porozrzucane wioski, domki, farmy. Z jednej strony jezioro, z drugiej góry. Po prostu pięknie...

Ale tym razem chodziło o skałę wyjątkową, bo z wyglądu przypominającą ogon delfina albo grzyba. Panie i Panowie, oto Kannesteinen – nietypowa forma skalna, zlokalizowana w Norwegii, w gminie Vågsøy (okręg Sogn og Fjordane). Kształt skały został wytworzony w drodze oddziaływania fal morskich przez wiele tysięcy lat. Sam kamień ma, według różnych źródeł, około trzech do pięciu metrów wysokości.


I dojechaliśmy do skalnego ogona delfina



Kannesteinen - niby nic wielkiego, a jednak atrakcja okolicy



W sumie, to gdyby nie odpływ, to nikt by nawet nie wiedział, że skała ma taki kształt





No i dojechaliśmy do skały, która stała sobie spokojnie w wodzie, jak był przypływ, a kiedy był odpływ to akurat ktoś spojrzał na nią i stwierdził "o jaka fajna!" i zrobił jej zdjęcie. I teraz skała, mylona z ogonem delfina, robi karierę w socialmediach. Kannensteinen nie jest jednakowo atrakcyjny ze wszystkich stron, w związku z czym wytyczono specjalną trasę dla turystów, pod kątem najlepszych widoków na kamień. W projektach jest także uprzystępnienie skały turystom niepełnosprawnym.
Kiedy dojechaliśmy do kamienia nikogo przy nim nie było, więc na spokojnie mogliśmy poszaleć sobie ze zdjęciami. I poczuć się jak dzieci na placu zabaw, skacząc po skałach. W miarę upływu czasu pojawili się i inni wielbiciele form skalnych i ustąpiliśmy im miejsca.


Duśka i Kannensteinen



W każdej rodzinie ma się takiego Brata, który wcina się w kadr i jeszcze twierdzi, że takie ujęcie jest dużo lepsze :) :) :)



Sam kamień nie jest jakiś wielki ani spektakularny, ale jednak przyciąga spojrzenia


Historia jednego ujęcia: (opis przy zdjęciach)


Tomku, nie podchodź do krawędzi, bo mam lęki, że spadniesz... słyszysz? 



Boziu, niech On nie spadnie, bo ja pływać nie umiem! 



No dobrze, tym razem normalna fotka z kamieniem do albumu


Historia innego ujęcia: (opis przy zdjęciach)


Magda robi zdjęcie. Kasia: Podnosimy ręce? Magda: Tak. Tomek: Mieliśmy podnieść rękę? 



Tomek: Jak podnosimy rękę, to proszę :), Kasia: mnie już zwiędła ręka w górze. Duśka: ja nie mogę podnieść, bo ich trzymam. No nasze zdecydowanie jest jednomyślne, prawda? :)



Wreszcie do akcji wkracza Marcin i mamy zdjęcie normalnej, patologicznej rodziny do albumu :) :)



A jednak ręka w górze wygrała, tym razem jednocześnie ;)





Delektowaliśmy się widokiem w aurze typowo szarej, przy drewnianej ławie, przy której urządziliśmy sobie piknik. Madzia z Tomkiem zagotowali kawę, do której podpięli się Kasia z Marcinem. Duśka, jak zwykle, pozostała wierna herbacie z sokiem malinowym z cytryną ;) Nie od dziś wiadomo, że posiłek na łonie natury lepiej smakuje, więc zwykłe kabanosy też.


Po szaleństwie na skałach, piknikujemy sobie jak gdyby nic


I przyszedł czas na przejazd w kierunku Loen, gdzie mieliśmy nocleg. Na przewidywanym kempingu nam odmówiono, twierdząc, że miejsca już nie ma. Ok, po drodze widzieliśmy inny kemping, gdzie widzieliśmy sporo miejsca pod namioty, ale i tam stwierdzono, że te skrawki trawy są już porezerwowane, a my jak wiadomo pojechaliśmy na zasadzie "no reservation". Za to miły pan na recepcji podał nam adres na kemping w środku miasta, który jest duży i na pewno nas tam upchną. No cóż, musieliśmy wrócić się do Loen. 


Szmaragdowa woda jeziora Lovatnet w okolicach Loen



Rzeka Loelva w okolicach miasta. Foto: Magda



Kaskada na rzece Loelva. Foto: Magda


Trafiliśmy do Lo-Vik Camping, gdzie faktycznie udało nam się znaleźć całkiem miłą miejscówkę. I co najważniejsze były tam prysznice z ciepłą wodą, do których wrzucało się zwykłe monety o nominale 5 NOK, a nie żetony. Tym samym wyłuskałam się z posiadanych monet ;)
Po rozłożeniu namiotów, grupa poszła na spacer wokół kempingu, a ja poszłam umyć głowę, żeby potem nie czekać w kolejce. Zjedliśmy obiadokolację i każdy rozszedł się do swoich namiotów, czyli na zajęcia w podgrupach. 


Nasze mobilne domy na kempingu Lo-Vik



Widok z kempingu na Innwikfjorden i z prawej strony na zbocze góry Hoven 1011 m n.p.m.



Na górę Hoven prowadzi kolejka górska Loen Skylift (w chmurach)


Wieczorem zaczął padać deszcz. Nawet przyjemnie się słucha jego szumu, gdy uderza o ścianki namiotu. Gorzej, gdy rano namiot nie zdąży wyschnąć, trzeba go potem wycierać i mokry składać, ale o tym pomyślałam, że pomyślę jutro. I odjechałam na drugą stronę świadomości...

           Ciąg dalszy nastąpi...