O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi. Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

sobota, 30 maja 2026

Polanica-Zdrój - powrót do przeszłości cz. 1

Polanicki tryptyk,

czyli o szukaniu 

czasu minionego




Tytułem wstępu...

Nadchodzi 1933 rok... Mała chwila i już jest styczeń.
20 stycznia 1933 roku przychodzi na świat Wiesław Marian. Nie wiem, czy wówczas była sroga zima, czy śniegi zasypały warszawską Ochotę, czy Stefania, matka Wiesława męczyła się przy porodzie i czy Stefan, ojciec był wtedy w domu... Faktem jest, że syn rodzi się w robotniczej (dawniej powiedzielibyśmy chłopskiej) rodzinie. Jeszcze nie wie, że nie jest wyczekanym, ani pożądanym dzieckiem, którym z resztą bardzo szybko przestanie być.
Tymczasem mijają miesiące, zima zmienia się w wiosnę, a potem wybucha pełnią lata. I właśnie w samym środku lata, 2 sierpnia 1933 roku, w szlacheckiej, herbowej rodzinie rodzi się mała dziewczynka. Jest czwartym potomkiem Kazimiery i Józefa, którzy od hrabiego Potockiego nabyli działkę w Legionowie i tam osiedli. Ponieważ, jak dotąd, jest jedyną córką (po Niej będzie jeszcze jeden syn), jest radością swoich Rodziców, a na chrzcie dostaje imiona Wiesława Danuta. (Tak po prawdzie miało być Wisława, ale kościelny nie dosłyszał, a resztę dopisał. I zamiast Wisi została Wiesia, na którą i tak wołano Danusia.)
Dwa życia, dwa różne światy, dwa zupełnie odmienne domy, dwa inne wychowania, dwa miejsca oddalone od siebie o kilometry... I te dwie planety znajdą się wspólnie obok siebie na orbicie, choć układ tych planet, przed wojną, raczej nigdy nie byłby możliwy. Ale przychodzi 1939 rok...
1 września Wiesia powinna szykować się do szkoły powszechnej w Legionowie, natomiast Wiesio powinien założyć mundurek do warszawskiej szkoły. A może był to jeszcze czas przedszkola? Oczywiście bieg historii chwilowo zatrzymał rutynę każdego obywatela Rzeczypospolitej. Z biegiem czasu jednak, tych dwoje kontynuowało naukę w szkołach. Wiesia całą II wojnę światową spędzi w Legionowie, które włączone jest oczywiście do Generalnej Guberni i tu chodzi też do szkoły, w której pozornie nie dzieje się nic złego, za wyjątkiem niedospania i niedojedzenia. Jak to podczas wojny.


Zachowane, jedyne takie świadectwo szkolne Wiesi, jeszcze z niemieckimi napisami


Wiesio ma mniej szczęścia. Trafia do szkoły życia. Podczas wojny wychowuje go ulica. I z tej ulicy zostaje aresztowany w czasie Powstania Warszawskiego i trafia przez obóz przejściowy w Pruszkowie do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu-Brzezince, potem Oświęcimiu. Potem zostaje przetransportowany do obozu Mathausen-Gusen oraz Mathausen, gdzie doczekuje wyzwolenia. Przeżyje. Przed sobą będzie mieć jeszcze obozy przesiedleńcze w Regensburgu i Wartenbergu i Koźlu. Skrajnie chudy, w podartym ubraniu, wraca do Polski czym się da. Pieszo, bydlęcym wagonem, na furmance... Ma tylko 12 lat i musi podejmować odpowiedzialne decyzje, których normalnie nie podejmuje 12 latek. Staje się nad wyraz dorosły, ale wewnątrz wciąż tli się w nim dziecko, które stawia sobie za cel, by wrócić do matki. Jak wielka musiała być rozpacz Wiesława, gdy ujrzawszy dom, który ocalał, zastał w drzwiach matkę, a ta nie ucieszyła się z jego powrotu. Chłopak wrócił na ulicę...

Tytułem rozwinięcia...

I tak się składa, że w powojennej rzeczywistości, jedynym ratunkiem dla wojennych dzieci były szkoły z internatem, dające konkretne wykształcenie, nocleg pod dachem i ciepłe posiłki. A takie oferował niezbombardowany wówczas Śląsk. I huta szkła w Szczytnej Śląskiej, która dziś jest odrębnym miastem obok Polanicy-Zdroju. 


Dworzec Autobusowy w centrum Polanicy-Zdroju


To właśnie tam trafia Wiesio, choć nie wiem skąd i od kogo się o tym dowiaduje. Grunt, że przez kilka lat będzie mieć co jeść i gdzie spać, a i po latach zda egzamin na czeladnika.


Świadectwo czeladnika Wiesia ;)


Skąd panienka z dobrego domu dowie się o Gimnazjum Zdobienia Szkła, także nie wiem. Ale w tamtym czasie Kazimierę i Józefa stać było tylko na wykształcenie najstarszego syna Bogdana. Wiesia, zwana Danusią, jako dziewczynka mogła jedynie kształcić się na krawcową, co wykorzysta i ukończy kursy kroju lekkiego. Po latach jej młodsza córka będzie z rozrzewnieniem wspominać płaszczyki i stroje krakowskie szyte jej przez Wiesię po nocach. Póki co, młoda dziewczyna, w dodatku z nazwiskiem herbowym nie ma co liczyć na kogokolwiek. Zresztą pochodzenie szlacheckie w Polsce komunistycznej nie ma żadnego znaczenia. Wręcz nie jest w ogóle chciane.


Trzy lata z krawiectwem. Zaskakujące, że na kursie krawiectwa był przedmiot "Nauka o Polsce"


Dwa odrębne życia los styka pod koniec lat 40. XX w. w śląskim miasteczku na południu Polski. 



Piękni i młodzi: Wiesia i Wiesio


Do tych powojennych nieszczęść dołączy młody, nieco starszy od Wiesi i Wiesia, chłopak z płową głową, pochodzący z Poznania, Jurek. Przyjeżdża po wojnie do Warszawy, a cały jego majątek stanowi siedem kamizelek. Skąd Poznaniak dowiaduje się o szkole, w której mają kształcić czeladników? Nie wiem. Ale tych troje połączą nie tylko wojenne przejścia, lecz także życie w szkole i internacie z dala od bliskich. Jeszcze nie wiedzą, że będą dla siebie najlepszymi przyjaciółmi aż do śmierci, która oboje Wieśków zabierze zbyt szybko...


Jerzy Biczyński - najlepszy Przyjaciel Wieśków

Lata szkolne w Szczytnej to podobno najlepsze ich lata, ale powiedzmy sobie szczerze - kto mając lat "naście" nie uważał, że to najlepsze i najbardziej beztroskie lata? Prawdą jest, że przyjaźnie wówczas zawarte okazały się trwałe, choć życie później nie rozpieszczało. A poniżej przykład wpisów z lat 40. XX w. Wpisy pochodzą z pamiętnika Wiesi.


Wpisów o Ojczyźnie cierpiącej w kontekście przeżytej dopiero co wojny światowej, jest sporo w pamiętniku



Do wieńca wspomnień...




Jakie to były wzniosłe wpisy...





Rynek Polanicy

 
Tak się złożyło, że gdzieś około 1954 roku, Gimnazjum Zdobienia Szkła organizuje zjazd absolwentów, na który oczywiście jadą Wiesia i Wiesio. Przez całe lata łączyła ich nauka, grupowe wypady do Polanicy, spacery i wspólne wygłupy z koleżankami i kolegami. 


Absolwenci Gimnazjum Przemysłowego Zdobienia Szkła. W drugim rzędzie od góry (nie licząc dyrektora czy tam wychowawcy), druga z lewej blondyneczka w białej koszuli z kołnierzykiem to Wiesia, czyli moja Mamusia. Wiesio to najprawdopodobniej osoba szósta od lewej w przedostatnim rzędzie (drugim od dołu), ale tu też nie mam pewności. Źródło: https://zbioryspoleczne.pl/


Świadectwo Wiesi z pierwszej klasy. Co ciekawe w ciągu roku szkolnego były wydawane dwa świadectwa, jedno na półrocze a drugie z promocją do kolejnej klasy.



Świadectwo z pierwszej klasy Wiesi ma na odwrocie stempel z Gimnazjum Przemysłowego Zdobienia Szkła w... Polanicy Zdroju.



W klasie drugiej Wiesia uczęszczała na wydział kuglerski w Gimnazjum Przemysłowym Zdobienia Szkła w... Szczytnej Śląskiej



Co ciekawe, na półrocze stempel był z Polanicy, a na koniec drugiej klasy już ze Szczytnej



Świadectwo ukończenia gimnazjum przez Wiesię, która od tej pory posiadała kwalifikacje zawodowe I stopnia w szlifowaniu szkła i projektowaniu wzorów - nigdy nie pracowała w zawodzie



A na odwrocie świadectwa ukończenia szkoły jest także religia oraz... śpiew ;)



Świadectwo Wiesia z klasy pierwszej z Wydziału Zdobienia Szkła



Tu także na odwrocie jest jeszcze Polanica Zdrój



W klasie drugiej Wiesio miał świadectwo wystawiane przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu



Grunt, że w klasie drugiej miał ocenę dobrą z higieny i dostał promocję do klasy trzeciej ;) Świadectwo wystawione ze Szczytnej Śląskiej.


Podczas tego zjazdu jednak coś się zmienia. Amor wówczas wypuścił swoją strzałę i ugodził nią tych dwoje, mając za nic przedwojenne konwenanse i dopuszczając, by dokonał się mezalians społeczny. Tak oto 9 grudnia 1955 roku panienka poślubia robotnika i chyba nikomu to nie przeszkadza. Najmniej Wieśkom, którzy świata poza sobą nie widzą, a w powojennej rzeczywistości nie mają poza sobą niczego. Zaczynają wspólne życie pod Warszawą, potem już w samej stolicy. Wiesia zajmuje się krawiectwem, Wiesiek natomiast kończy wieczorowe liceum i technikum i po zdanej maturze awansuje do klasy inteligenckiej. 


Technikum Ekonomiczne dla Pracujących - tu Wiesio zadbał, by zrobić maturę



Na każdym świadectwie język rosyjski miał się w tym czasie całkiem nieźle. U mnie skończyło się na podstawówce...



Najważniejsza była promocja do kolejnej klasy. Ciekawe, gdzie to tak podziewał się Wiesiek, skoro opuścił 220 godz. lekcyjnych i miał aż 140 godz. nieusprawiedliwionych... Że też nie ma się jak o to zapytać...



Było Technikum, potem Liceum Chemiczne i Ceramiczne. Wiesław uczył się na wydziale ceramicznym. 



Księgowość była chyba przeznaczeniem Wieśka. Do końca życia pracował jako główny księgowy i bardzo dobry planista w jednej z warszawskich elektrociepłowni



Zarówno technikum, jak i liceum kończył Wiesio w Warszawie


Świadectwo dojrzałości Wiesława z Technikum Ekonomicznego dla Pracujących w Warszawie - rok 1964...



Jak na faceta, utrzymującego rodzinę, posiadającego niewiele, ciężko pracującego, to świadectwo miał Wiesiek zaskakująco idealne... To także świadectwo, że nigdy nie jest za późno na podnoszenie poziomu edukacji, jak bardzo człowiekowi zależy...


No i oczywiście pracuje, by zarobić na rodzinę, która w listopadzie 1956 roku powiększa się o pierworodną córkę Annę Jolantę. Rodzice chrzczą dziecko bardzo szybko, ponieważ Ania choruje na zapalenie opon mózgowych. Nie ma czasu na wybór chrzestnych. Matką chrzestną zostaje ciocia, która akurat przyjeżdża z wizytą, ojcem chrzestnym zaś zostaje przypadkowy mężczyzna, przechodzący akurat drogą i nie odmawiający tej posługi. Czy to głęboka wiara, czy boskie plany, nie ważne. Ania zdrowieje. Jedyną pamiątką na całe życie, po tych dramatycznych wydarzeniach, będzie utrata słuchu w prawym uchu. Dla Anny los pisał inne zadanie, które miało wypełnić się w latach 80. XX w.
Z zachowanego listu Jerzego do przyjaciółki z Gimnazjum wiadomo, że pomimo życia w Warszawie, zakładania rodzin, wychowywania dzieci itd., wciąż tliła się tęsknota za latami polanickimi i chęć powrotu do miejsc, w których zadziało się tyle dobrego. Niestety życie pisało dla nich wszystkich zupełnie inny scenariusz...


Polanicki rynek. W tle wieża kościoła p.w. Wniebowzięcia NMP

 
Po kilku latach od narodzin Anny, Wiesia znów jest w ciąży i cieszy się na myśl o synu, który ma się narodzić. Los bywa jednak okrutny. Syn nigdy nie pojawi się w tej rodzinie. Żadne z obojga rodziców nie wiedziało, że to nie koniec niespodzianek w ich krótkim życiu.
Po 18 latach od narodzin Ani, w bardzo mroźnym lutym 1975 roku, w środku nocy, dość szybko i bez zbędnych ceregieli przychodzi na świat druga córka Wiesi i Wiesia, w jednym z warszawskich szpitali. Wiesio jest zachwycony, do tego stopnia, że drogę spod szpitalnego okna do domu pokonuje piechotą i ryzykując przeziębienie lub odmrożenie, dociera dopiero nad ranem. Chyba dopiero po otrzeźwieniu dociera do niego, że przekazano mu wiadomość o narodzinach córki, a przecież badanie wykazywało ponownie chłopca!
W tym samym czasie, Wiesia dochodzi do siebie i nie ma czasu na zbędne pytania. Ma większy kłopot. Właśnie urodziła córkę, którą stale trzeba budzić, żeby chociaż trochę pociumkała pokarmu. No i przestawić się w myślach na tryb dziewczynki i nie mówić do niej wybranym imieniem, czyli Michałem. Właśnie! Dziecko nie może być bezimienne, a przecież nie było wybrane imię, gdyż miał być Michał i tyle. Naturalną koleją rzeczy było nazwać dziewczynkę Michaliną, ale tu znów los pomieszał szyki i mała śpiąca królewna na wiosnę została ochrzczona jako Wanda Maria, choć w rodzinie wszyscy wołają do niej Dusia (skrótem od Wandusia)...


Szczęśliwy Jurek, trzymający w dniu Chrztu Św. na rękach Dusię, którą całe życie nazywał swoim "kwiatuszkiem"...


Tytułem zakończenia...

Jak już się domyślacie, to opowieść o moich Rodzicach i o mnie, która po wielu latach, od śmierci Wiesi, Wiesia oraz mojego Ojca Chrzestnego Jurka, postanowiłam odwiedzić Polanicę-Zdrój i pochodzić po śladach mych Bliskich. W Polanicy spędzałam kilka dni z mojego urlopu w 2025 roku, szukając duchów przeszłości. 


Moi cudowni Rodzice: Wiesia i Wiesio


Przez miasto przepływa Bystrzyca Dusznicka

W poszukiwaniach bardzo pomocni byli mi mieszkańcy Polanicy oraz Szczytnej. Wiadomość o Warszawiance, która szuka przeszłości, rozeszła się lotem błyskawicy. 
W tym miejscu bardzo dziękuję wszystkim, którzy zaangażowali się osobiście w poszukiwania okruchów przeszłości moich Bliskich: Pani ze sklepu, która uruchomiła swoje znajomości, Pani z Zamku w Szczytnej, która wykonała telefony i kierowała dalej w poszukiwaniach tych, co mogą znać przeszłość tych terenów, trzem Panom, miłośnikom historii Polanicy, którzy sami z siebie skrzyknęli się i wspólnie pochylali nad archiwalnymi zdjęciami, którymi dysponuję i pokazali miejsca, w których dawno temu Wiesia, Wiesiek i Jurek spędzali najpiękniejsze lata życia... Zalał mnie ogrom wdzięczności, choć nie dowiedziałam się zbyt wiele. Miejska Biblioteka była zamknięta, ludzie coraz bardziej przyjezdni, nie znający tutejszej przeszłości, szkoła ani internat już nie istnieją, z dawnej huty pozostał komin i kawałek kotłowni... Ale i tak dla mnie była to mega sentymentalna podróż. I zastanawiałam się, czy moi Rodzice oraz mój najukochańszy Ojciec Chrzestny patrzą na mnie z góry i uśmiechają się na moje poczynania. Jestem pewna, że tak.


Zabudowa centrum Polanicy - przyjemne miejsce nad Bystrzycą Dusznicką



Odrobina historii miasta, a ta jest dość bogata



Pomnik pamięci Jana Franczuka (1944-1971), himalaisty, alpinisty, uczestnika wyprawy w Karakorum oraz Stanisława Frausa (1929-2011), taternika, alpinisty, przewodnika górskiego i goprowca. Obok znajduje się ścianka wspinaczkowa (w 2025 roku niestety nieczynna)


Kaczkomat - czyli jadłodajnia dla kaczek - coś, co wzbudziło mój uśmiech :) Nad rzeką można kupić ziarna i karmić nimi kaczki, zamiast rzucania kawałków chleba. Bardzo mi się ta inicjatywa podoba. 



Polanica podniosła się z wielkiej powodzi i wypiękniała. Na górze z prawej strony widać fragment budynku należącego do Specjalnego Ośrodka Szkolno Wychowawczego. Na dole źródełko, lecz wody w nim na próżno szukać.



Po drodze, na schodach zawieszono na tablicach ważne daty dla Polanicy 



Ważnych dat dla miasta było sporo



Punkt widokowy na Osiedle na Stoku na Wzgórzu Marii



Wzdłuż Bystrzycy Dusznickiej prowadzi malownicza trasa spacerowa Corso



Jak zawsze patrzę pod nogi ;)



Widok na Polanicę spod Restauracji Góralka. Na stoku letni tor saneczkowy.



W restauracji jadłam obiad, który nie dość, że był smaczny to jeszcze oferował taki fajny widok



W Polanicy znajduje się Aleja Gwiazd Koszykówki



Swoje dłonie odcisnęli ludzie związani z koszykówką


W części drugiej pokażę Wam w jakich miejscach byłam w Polanicy, bo to były fantastyczne dni i warto coś więcej napisać o samej miejscowości. Zatem zostańcie ze mną...

                                    c.d.n. ...



piątek, 3 kwietnia 2026

Wielkanoc 2026

 

Wielkanoc 2026



Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych, życzę Wam, by ten czas był czasem spędzonym 
nie tylko z Waszymi Bliskimi, ale także czasem spędzonym ze sobą samym. 
Życzę Wam odpoczynku, dystansu do świata, zatrzymania się w tym, co dla Was dobre
 i nie odkładania tego o czym marzycie na później.





Życzę Wam, by okres Wielkanocy, choć zwykle pełen refleksji, przyniósł Wam radość, zdrowie i słońce tak za oknem       jak i w duszy. 
Niech Wam będzie smacznie i pachnąco, z umytymi oknami, czy bez, z sernikiem z rodzynkami czy bez...                        Bez też Wam życzę: bez pośpiechu, bez spiny, bez nerwów.

Bądźcie szczęśliwi gdziekolwiek i z kimkolwiek usiądziecie do świątecznego stołu. 
Ja usiądę z Wami wirtualnie.

Wesołych i Błogosławionych Świąt Wielkiej Nocy!




P.s. Tak w temacie zajączka... mała ciekawostka :)
Powyższe zdjęcie pochodzi z Parku Rzeźby norweskiej księżniczki Ingrid Alexandry. Znajduje się on w parku pałacowym w Oslo. Galeria na wolnym powietrzu została otwarta w 2016 roku, a składa się na nią 12 rzeźb wykonanych przez dzieci i są one wynikiem konkursu rysunkowego dla uczniów szkół podstawowych. Rzeźby mają na celu promowanie sztuki wykonanej przez najmłodszych.

Z miłością, 
Wasza Dusia

środa, 25 marca 2026

Stavanger - Lysefjord z poziomu wody


Carpe diem,

czyli jak wkręciłam parę osób,

że wyjechałam do pracy sezonowej w czasie urlopu


Przełom sierpnia i września 2024 roku. Czekam na urlop, który mam spędzić niedaleko Stavanger u pewnego kolegi, który tuż przed wylotem zmienia zdanie i blokuje mnie w telefonie. Cóż, bywa. Jak się domyślacie, facet przestał być z automatu moim kolegą. Ale bilet na samolot do Norwegii kupiony, a spać nie ma gdzie. Szybkie rozeznanie tematu. Najtańszy hostel, który dwa lata wcześniej pozwolił mi spędzić w Stavanger cztery dni, tym razem jest zajęty, a i tak cena za 10 dni zwaliła mnie z nóg. Nie pozwoliłam jednak, by nerwy popsuły mi urlop, na który czeka się cały rok. Napisałam do recepcji kempingu, który jest w mieście, dostałam odpowiedź, że w moim terminie jest wolna chatka, ale bez bieżącej wody i łazienki, za to w dobrej cenie. Zarezerwowałam pobyt. I jak się okazało, to był bardzo dobry wybór, ponieważ większość czasu padał deszcz. 


Moja prymitywna, ale jakże miła hytta



"Salon" w chatce



"Sypialnia" w chatce


Zmieniłam więc walizkę na plecak, w duchu gratulując sobie przezorności spania w suchej hyttcie a nie w namiocie. Sprawy higieny załatwiałam w ogólnodostępnej łazience z prysznicami, a wodę nabierałam w bukłak i składany bidon. Mając także swój składany silikonowy czajniczek, miałam możliwość zagotowania wody do liofilizatów czy herbaty w swoim domku. Warunki iście spartańskie, ale jak zawsze powtarzam: mniej wygody, więcej przygody.
Jak nie padało, wybierałam się na spacery po okolicy, nawet zdecydowałam się na przejazd do innego miasta, by odbyć jedną górską wędrówkę. Wreszcie miałam czas na czytanie książki i nadrabianie zaległości językowych. Mając ze sobą laptopa, obejrzałam jeden dokument o Saamach zawinięta w kołdrę, bo jednak w domku było dosyć zimno. Współczułam tym, którzy przyjechali na kemping z namiotami. Zimno i mokro, to zdecydowanie niefajny urlop.
Pewnego dnia stwierdziłam, chwilo trwaj! I przestałam szczypać się z wydaniem koron na wycieczkę zorganizowaną. Nie byle jaką. Bo łodzią pontonową po Lysefjordzie. Dwa lata wcześniej kusiło mnie bardzo, ale jednak cena skutecznie mnie odstraszała. Tym razem zamówiłam bilet on-line i czekałam na swój dzień.
Kiedy nadszedł, niebo było zasnute chmurami, z których obawiałam się jednego: ulewy. No tak, ja to mam szczęście, pomyślałam. Ale bilet opłacony, cóż robić, carpe diem. I powiedziała to ta, która boi się wody, szybkości, nie potrafiąca pływać. Postanowiłam jednak chwycić byka za rogi, bez względu na pogodę.
 

Gotowa na przygodę...


O wyznaczonej godzinie stawiłam się na miejscu zbiórki. Na dzień dobry dostałam przydziałowy czerwony kombinezon wypornościowy. Nie mieli dziecięcego, więc musiałam godnie poruszać się w nieco za dużym i ciężkim wdzianku. Naprawdę ciężkim. I w tym momencie, jeszcze na lądzie, mając za sobą Muzeum Ropy Naftowej oraz wodę i inne łódki, zrobiłam sobie zdjęcie. Wrzuciłam je na facebooka z tekstem, że my tu gadu-gadu, a robota sama się nie zrobi. Heh, posypały się komentarze, że wyjechałam pracować na platformie wiertniczej, że te wakacje w Norwegii to tylko taka ściemka, bo już tu praca na mnie czekała, wreszcie, że zatrudniłam się do połowu ryb. Miałam nawet zapytanie o zarobki, ile to można wyciągnąć w ciągu dwóch tygodni pracy w krainie trolli. Tymczasem zamiast zarabiać, ja wydałam :) Ale ubaw miałam wielki.


Praca na platformie wiertniczej czy zatrudniona do połowu ryb? :) Ten kombinezon wypornościowy naprawdę do lekkich nie należał...



Muzeum Ropy Naftowej w Stavanger


Celem wycieczki był rejs po Lysefjordzie i dopłynięcie pod skalną półkę Preikestolen. Dwa lata wcześniej płakałam ze wzruszenia, że całkowicie samodzielnie zdobyłam ten szlak, a nagrodą był piękny widok na fjord. Tym razem miałam zobaczyć sławną platformę od strony wody.


Pamiętajcie, nie siadajcie w pierwszym rzędzie! Wiatr ewentualnie deszcz przy prędkości łodzią nie daje widoków, a łzy w oczach :) Dobrze jednak siedzieć za kimś szerokim w barach :)


Łódź, zapakowana turystami na wszystkich miejscach, pruła przez szerokie wody Høgsfjordu. Było szybko, a ja cieszyłam się, że przezornie zabrałam czapkę na głowę i rękawiczki, a telefon wisiał na szyi w plastikowej torebce, specjalnie na ten cel zakupionej u Polaków, pracujących w sklepie z pamiątkami. I jakoś mimo wszystko nie czułam strachu. Dodatkowo cieszył fakt, że nie siedziałam w pierwszym rzędzie, mając przed sobą dość szerokie plecy mężczyzny siedzącego przede mną, ratowało mnie to od ochlapania wodą i łez w oczach z powodu wiatru.


Most miejski łączący centrum miasta z wyspą Grasholmen



Zabudowa wyspy Grasholmen



Wyspy wokół Stavanger


Mijaliśmy najpierw zabudowania na obrzeżach Stavanger, potem wysepki, małe domki położone na stokach okalających wodę, wreszcie wpłynęliśmy na wody Lysefjordu, przepływając pod sporym mostem, rozciągniętym na 640 metrów i wiszącym na 102 metry nad taflą wody. I tu już zwolniliśmy, ponieważ po drodze jest tyle fajnych miejsc, o których zaczął opowiadać nam przewodnik. Potwierdziła się reguła, że Norwegia słynie z fantastycznej Natury i tu można jej było doświadczyć.


Stare silosy posłużyły jako tło do największego w Norwegii muralu norweskiego artysty ulicznego zwanego Pøbel, który w 2023 roku namalował siedzącego po turecku rolnika, trzymającego w ręku kartkę z wymownym napisem: "Will work for food"("Będziemy pracować na jedzenie")



Szaro i buro, ale w sercu radość







Na szczęście wody fiordu były spokojne, choć niebo mocno się kotłowało



Góry nawet niewysokie zawsze będą przyciągać mój wzrok








Lysefjordbrua, czyli wiszący most nad Lysefjordem, który jest jakby bramą wjazdową do fiordu


Patrząc na wysokie, skaliste brzegi fiordu jedna myśl mi krążyła po głowie: jestem szczęściarą. Jestem szczęściarą, że mogę tego doświadczyć. Dziś, z perspektywy czasu nie pamiętam, ile wydałam na tą atrakcję, ale opisuję co wówczas czułam. W zasadzie tego nie da się opisać. To trzeba przeżyć. I to nie jest pusty slogan.


Pionowo schodzące do fiordu skały robią niesamowite wrażenie



Czasem pędzimy, innym razem zwalniamy lub całkowicie stajemy, by zanurzyć się w to dzieło Natury








Za tymi skałami wiedzie gdzieś szlak na Preikestolen, który dwa lata wcześniej przemierzałam



Być może właśnie w takiej pochmurnej scenerii, skały robią jeszcze większe wrażenie








Fantahålå (The Vagabond's Cave), czyli inaczej Jaskinia Włóczęgów



Nazwa jaskini wiąże się z od wszelkiego rodzaju oszustów ulicznych, podatkowych, złodziei i małych rzezimieszków, którzy w tej jaskini szukali schronienia przed sądem lub wymierzeniem kary



Jestem taka trochę wagabunda, tylko bez wyroków ;) Chociaż nie... dawno temu zostałam skazana na zachwycanie się przyrodą i było to dożywocie ;)



Fantahålå (The Vagabond's Cave)









Żeby dopłynąć do jaskini, trzeba wpłynąć w wąski przesmyk



Dlaczego Lysefjord nazywa się "jasny"? Właśnie dlatego, że jego wody się skrzą, a skały granitowe wzdłuż brzegów są jasne



Lysefjord przy Jaskini Włóczęgów



Malownicze pejzaże podczas rejsu


Płynęłam łodzią typu RIB ( z ang. Rigid Inflatable Boat), czyli czymś, co jest łodzią motorową, ma sztywne dno, ale burty napompowane powietrzem. Zwane są "morskimi terenówkami". I są ponoć bezpieczne. Ubrana w kombinezon, a nie tylko dwie szelki na krzyż czułam się bezpiecznie.


Jasne brzegi fiordu



Pogoda potęguje swój majestat do wysokiego poziomu...



Mam radość, że nie pada i że na głowie czapka zasłaniająca uszy ;)







Przystań Revså, skąd można udać się na górskie łaziorki








Czyżby zaklęty w kamień troll?



"Tu byłem", "Ja też", "Kocham Jolkę"... nawet i tu znaleźli się wandale, którzy umarliby nie pomazawszy wcześniej skały



Płynę, wciąż płynę...



Skały z poziomu wody są niesamowite, tego nie da się zobaczyć idąc górą



Niesamowite...



Podobna łódka mija nas po drodze


I wreszcie stanęliśmy pod skalną półką, na której zbiera się zazwyczaj tłum turystów. Szlak na Preikestolen opisałam TUTAJ. Teraz przypatrywałam się pionowej skale od dołu. A ta niczym gwiazda była fotografowana przez wszystkich. Ambona ma w sobie coś magicznego, a ja cieszyłam się, że dane mi było zobaczyć ją zarówno z wyżej położonych skał, jak i z poziomu fiordu, a także stanąć na niej i tym samym spełnić swoje norweskie marzenie.

Preikestolen od strony fiordu



I pomyśleć, że ten mały prostokącik w środku, to słynna skalna półka, która jest celem turystów przybywających do Stavanger



Tak wiem, palcem się nie pokazuje, ale to właśnie jest Preikestolen ;)







W tym wypadku zarówno z góry jak i z dołu widać jak wysoko jest położona skała, z której często skaczą skoczkowie uprawiający base jumping



Z dołu widoczne są także szczeliny, które otaczają teren Preikestolen








Lysefjord - widok spod Preikestolen w kierunku Stavanger



Preikestolen wygląda z tej perspektywy jak patrzący w dół orzeł z rozpostartymi skrzydłami



A to jest to, co znajduje się u stóp skalnej ambony









Trwam w zachwycie



Lysefjord w kierunku Lysebotn





I jeszcze jedno spojrzenie na Pulpit Rock


Przy większych "cudach" przyrody przewodnik zatrzymywał łódź i opowiadał o tym, na co właśnie patrzyliśmy. Oczywiście największe wrażenie robiły wodospady. Siła natury jest wielka, woda z hukiem wpadała do fiordu. Dzięki małej łódce mogliśmy być bardzo blisko, tak, że czuliśmy kropelki wody na twarzach. W przeciwieństwie do dużych statków wycieczkowych, które swoich gości trzymały w nieco większym oddaleniu, a to ze względu na płytsze dno.


Po drodze jest sporo wodospadów, które zachwycają albo swoją smukłością, albo szerokimi ramionami



Widok jak z bajki - skały po bokach są niczym śluzy w kanale



Gdzieś tam daleko jest Lysebotn, skąd można wybrać się na nie mniej słynny Kjeragbolten. 







Z daleka widać, że to dość duży wodospad. I taki był...




Coraz większe chmury nad nami




Hengjanefossen - 400 m wodospad, przy którym często zatrzymują się statki wycieczkowe, prywatne łódki czy jachty







Na tle Hengjanefossen


Hengjanefossen zwany jest też jako "Whisky Falls". A dlaczego akurat whisky w nazwie? Jest na ten temat pewna legenda. Otóż na początku XX w., w pobliżu wodospadu, Heinrich Fredrich Mohr, prowadził nielegalną gorzelnię. Wiecie, każdy orze jak może, nielegalny bimberek był sprzedawany w okolicznych miastach, m.in. w Stavanger czy Jørpeland. Oczywiście wzbudziło to podejrzenia lokalnych władz, które postanowiły sobie za cel usunąć nielegalną bimbrownię. W 1921 roku szeryf odwiedził farmę "po cywilnemu", a kiedy poprosił o trunek, został mu on podany. Wówczas szeryf odkrył swoją tożsamość, zarekwirował sprzęt i zamknął gorzelnię. Co dalej działo się z Heinrichem Fredrichem Mohrem nie mam pojęcia, ale zapewne został aresztowany lub musiał zapłacić wysoki mandat. Człowieka nie ma, gorzelni nie ma, a wodospad dalej huczy.


Krople wody rozbryzgiwały się na twarzach, ale i tak wszyscy z łodzi byli zachwyceni



Szum wody jest niesamowity, z pewnością wiosną, kiedy topnieją śniegi, wodospad jest jeszcze bardziej spektakularny



I jeszcze jedno spojrzenie na Hengjanefossen, zanim łódź postanowiła zawrócić



A za nami podążają większe statki z tłumem turystów



Hengjanefossen



Statek wycieczkowy - atrakcja ta sama, ale łodzią jakoś tak bardziej kameralnie ;)



Statek nie podpływa tak blisko wodospadu jak małe łodzie



Groza na fiordzie...


Niby tylko niecałe dwie godziny, a rejs tak szybko upływał. Trzeba było wracać do Stavanger. Znów płynęliśmy tą samą trasą i tym razem podziwiałam drugi brzeg Lysefjordu. Mieć taki domek na skalistym brzegu, w otoczeniu zieleni, to naprawdę bogactwo. 
Ponownie przepłynęliśmy pod zawieszonym mostem, a niebo coraz bardziej się chmurzyło.


Tym razem podziwiałam drugą stronę Lysefjordu



Z tej strony brzegi mniej strzeliste, bardziej zalesione



Wodospad Fossånå - zakątek jak sceneria filmowa






Wzrok biegł w kierunku Preikestolen



Lśniące skały w drodze powrotnej



Zostawiamy Lysefjord za sobą



Wioski nad wodą i chwila niebieskiego nieba - niestety tylko chwila



Coraz ciemniej wokół, ale wciąż zachwycająco



Mijamy po drodze małe wysepki z sygnalizacją dla łodzi



Rozstawione na wodzie siatki, czyli farmy łososi


Kiedy wypłynęliśmy na otwartą przestrzeń, niebo zasnuło się chmurami na dobre. Im bliżej było Stavanger, tym bardziej widoczna była ściana deszczu jaka na nas czekała. W duchu dziękowałam niebiosom za deszcz na koniec mojej szalonej wycieczki. Tym, co mieli odbyć rejs po mnie, szczerze współczułam. Ja myślami byłam już w mojej chatce na kempingu, z kubkiem ciepłej herbaty w dłoniach.



Nawigacja świetlna, wpływamy do portu w Stavanger



Zabudowa nad brzegiem - nowa obok starszych budynków



Nowoczesne bloki przy porcie



Nie wiem co to, ale podziwiam, że ktoś kiedyś to wymyślił i zapewne służy ludziom morza



Już widać terminal portowy



Następna grupa szykująca się na eskapadę, a tymczasem leje deszcz



Pogoda nie zachęca do wycieczek, ale to Norwegia: nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania ;)


Szczerze współczułam, że kolejna grupa ma taką brzydką pogodę


To była niezapomniana wyprawa. Choć trwała dość krótko, ale na stałe wpisała się w moją pamięć i norweskie przygody. Polecam wszystkim takie doświadczenie. 
Sprawdziłam też w mailach, z ciekawości, ile zapłaciłam za wycieczkę i porównałam ją z obecną ceną. Okazało się, że od dwóch lat cena nie uległa zmianie. (1390 NOK/2024) Warto jest wysupłać parę groszy i pozwolić sobie na ochlapanie wodą ;) Tu jest strona, z której zamawiałam wycieczkę: https://www.stavangerrib.no
Moje wspomnienia z norweskich wypraw mieszają się z planami na kolejne. Także, zostańcie ze mną, bo jeszcze sporo mam do opowiedzenia i pokazania. Tymczasem - carpe diem!