O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi.Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

czwartek, 11 października 2018

Tatry - Od Kuźnic przez Kopę Kondracką i Małołączniak do Przysłopu Miętusiego

Z głową ponad chmurami,
czyli spektakl na wysokościach

Tegoroczny pobyt pod Tatrami nie należy do specjalnie udanych z powodu pogody. Na tydzień czasu, z czego dwa dni odpadają na podróże w te i we wte, 3 dni lało. Zamiar zdobycia Koziego Wierchu od strony Orlej Perci zakończył się pod kominem Koziej Przełęczy, dokładnie w tym miejscu, gdzie skończyłam opisywać zrobiony pierwszy odcinek Orlej. Deszcz jaki nadszedł od Piątki usadził cztery osoby pod skałą z nadzieją, że skoro przyszedł to i pójdzie. Z każdą chwilą jednak nadzieja powolutku umierała. Kiedy już tylko się ledwie tliła, dwie osoby postanowiły schodzić, w tym ja. Nie powiem co myślałam, kiedy na dole pogoda była całkiem przyjemna i iście wakacyjna.
I kiedy po dwóch dniach siąpiącego deszczu przyszedł mój ostatni dzień na jakiekolwiek wycieczki, nie mogło być już mowy o wyjściu gdzieś daleko i mega wysoko. Po przestudiowaniu mapy padło na spacer bez wyraźnego celu, ot, byleby tylko pójść w te moje góry. Zaczęłam od Kuźnic, gdzie przez Kalatówki przebiłam się do Doliny Kondratowej. 


Kalatówki owiane poranną mgłą



"Tu w dolinie wstaje mgłą wilgotny dzień..."



Szlak na Halę Kondratową



Poranna rosa na roślinkach



Biżu by Nature ;) 



Jeszcze dwa kroki i już schronisko na Hali Kondratowej



Schronisko na Hali Kondratowej


Pogoda nie zachęcała do wyjścia wyżej. Mleko siadło nisko nad doliną. Widoki żadne. Nawet miśki gdzieś sobie poszły i nie było ich w ich ulubionym miejscu. Był za to jeden pan, który po początkowej, miłej fazie rozmowy, zaczął być nieco męczący z tym swoim narzekaniem, że po co to iść wyżej, jak nic nie widać, a po co to iść… itd. Kiedy zapytałam, to po co idzie, to stwierdził, że ot tak, bez celu, żeby się przejść. Zresztą nie on jeden tak sobie szedł. Udało mi się pana gdzieś po drodze „zawieruszyć” i już sama w ciszy mogłam się delektować samotnością. Zastanawiałam się co będzie, jak przebiję się przez warstwę chmur. Czy będzie siąpić deszcz, czy mrok zalegnie na dolinach, czy może pogoda się zlituje i zobaczę słońce?


Dolina Kondratowa i zero widoków



Zero widoczności



W chmurach


Kiedy mozolnie pokonywałam każdy kamienny stopień, w pewnym momencie odwróciłam się i zobaczyłam Giewont, otulony mgiełką i białym puchem. W dole kłębił się biały kożuch chmur. Niesamowite zjawisko. Jednocześnie z każdym krokiem w górę coraz więcej było widać. Słońce oświetlało zbocza gór, chmury stopniowo się rozchodziły i zostawały poniżej mnie. 


Otulony na kołderce Śpiący Rycerz, czyli Giewont



Aż się prosiło o Widmo Brockenu, a tu nic...



Giewont i kotłujące się w dolinie chmury, z których właśnie wyszłam



Gdzieś tam w dole Zakopane...



Ponad chmurami



Przełęcz pod Kopą Kondracką i dalej sama Kopa Kondracka



Pod przełęczą - widok w kierunku Tatr Wysokich


Stanęłam na chwilę na Przełęczy pod Kopą Kondracką (1863 m n.p.m.). Zastanawiałam się, czy objawi mi się kolejne Widmo Brockenu. Ale niestety mimo chęci nie udało mi się zobaczyć świetlistej aureoli.


Szlakowskaz na Przełęczy pod Kopą Kondracką (1863 m n.p.m.)



Na granicy państwa - widok w kierunku Słowacji



Widok w kierunku Przełęczy pod Kopą Kondracką i Goryczkowej Czuby (1913 m n.p.m.)



Na przełęczy. Widok na Krzesanicę z lewej i Małołączniak z prawej


Ponieważ warunki na górze były sprzyjające do dalszej wędrówki, poszłam po raz kolejny (nie wiem już który) na Kopę Kondracką (2005 m n.p.m.). I tam usiadłam i dziękowałam Bogu za swój upór w wyjściu w góry i za to, że teraz mogłam patrzeć przed siebie na najwspanialszy spektakl w teatrze co prawda nie jednego widza, ale za to trzech aktorów: Matki Natury, Pogody i Wiatru. Chmury dosłownie przelewały się między szczytami, a to odsłaniając a to zakrywając poszczególne szczyty. W dolinach zebrane mleko aż bulgotało w kotłach i co i rusz kipiało wylewając się po zboczach. Co sekundę było inaczej. Magia. I po co było tak iść? No po co? No właśnie po to. W życiu nie zobaczyłabym tego, gdybym zawróciła pod pułapem chmur. Czasem warto wystawić głowę ponad nie. 


Widać już jak sit skucina barwi się na rudo. Widok na Przełęcz pod Kopą Kondracką



Urwiste stoki Krzesanicy



Spektakl chmur w Dolinie Cichej



Tatry Wysokie z widocznym dwuwierzchołkiem Świnicy ponad chmurami - widok na Przełęcz pod Kopą Kondracką



Szlakowskaz na Kopie Kondrackiej (2005 m n.p.m.)



Widowisko chmur przyciąga wzrok jak magnes



Widok jest naprawdę hipnotyzujący



Prawie jak w Himalajach



Himalajski klimacik w Tatrach :)



Moja Nanga Parbat, mój świat :)



Małołączniak (2096 m n.p.m.)



Szczyty Tatr Zachodnich - widok spod Kopy Kondrackiej



Urwista ściana Krzesanicy - zawsze robi na mnie wrażenie


I tak trwałam w zachwycie. W międzyczasie zjadłam kanapkę, wypiłam ciepłą herbatę z termosu i wciąż gapiłam się w ten spektakl chmur. I siedziałabym tam długo, gdyby nie wiatr, który przepędzał nie tylko chmury, ale i wędrowców, którzy co jakiś czas zmieniali się wokół mnie.
Wreszcie podniosłam swe zacne cztery litery i ruszyłam granią w kierunku Małołączniaka (2096 m n.p.m.) Tu znów na chwilę przysiadłam, tak bardzo nie chciałam schodzić w ponure i ciemne chmury. Chciałam jeszcze nałapać tych zachwytów na zapas. Ale wiadomo, nie da się. 


Gdzieś tam daleko są Beskidy, z prawej masyw Małego Giewontu i Giewont



Słowacka Dolina Cicha i stok Krzesanicy



Wyżnia i Niżnia Świstówka w chmurach, z prawej Mały Giewont i Giewont



Pokryta rudością Kopa Kondracka



Na szczycie Małołączniaka



Na Małołączniaku


Czas ulatywał jak te mgły, więc niebieskim szlakiem zaczęłam schodzić po Czerwonym Grzbiecie. Niesamowite uczucie, kiedy idziesz i nie widzisz szlaku przed sobą ani miasta w dole. Idziesz w białe mleko. 


Czerwony Grzbiet - schodzę w nicość...



Giewont z Czerwonego Grzbietu



Krzesanica i Ciemniak z Czerwonego Grzbietu



Czyżby czubek Babiej Góry? Tak, to ona w dużym przybliżeniu :)



Krzesanica i Ciemniak



Kozi Grzbiet - odnoga Czerwonych Wierchów



Kozi Grzbiet i Krzesanica 



Czerwony Grzbiet - za sobą zostawiam Małołączniaka i piękną pogodę



Giewont z Czerwonego Grzbietu



Przybliżenie na Giewont z widoczną Wyżnią Kondracką Przełęczą



Selfie z Giewontem ;)


Humor mi dopisywał mimo wszystko. Wiedziałam, że przede mną w Kobylarzowym Żlebie czekają mnie łańcuchy. Na szczęście mało ludzi było na tym szlaku. Cisza, spokój i niestety znów mgły i nisko zawieszone chmury. Ponura sceneria, aż poczułam nagłą tęsknotę do tych prześlicznych widoków na górze.


Powoli schodzę w mleko



Twardy Grzbiet za buzującym kotłem białego mleka



Za plecami zostawiam niebieskości



Wejście w Kobylarzowy Żleb



Litworowy Grzbiet



Przy Litworowym Grzbiecie



W środku chmury, tylko najbliższe trawy widać - no to co? Kurka, czy kogucik?



Kobylarzowy Żleb



Łańcuchy w Kobylarzowym Żlebie



Łańcuchy w Kobylarzowym Żlebie



Mglisty Kobylarzowy Żleb



Ciemno, ponuro, do domu daleko...


 Szlak z kamienistego zmienił się w wytyczoną ścieżkę leśną, po której szłam całkowicie sama. Znak to był dla mnie niezawodny, że jeszcze trochę i znajdę się na Przysłopie Miętusim (1189 m n.p.m.) Lubię to miejsce. I rzeczywiście po pewnym czasie doszłam do znanej mi ławy. Byłam samiuteńka. 


Wreszcie zaczyna się piętro lasu



Kamienna ścieżka w partii leśnej



Droga przez las...



... a w lesie Czerwony Kapturek :)



Stoki Adamicy (1203 m n.p.m.)



Przysłop Miętusi (1189 m n.p.m.)



Zawiesista Turnia z prawej strony - widok w kierunku Doliny Kościeliskiej



Ławy na Przysłopie Miętusim - widok w stronę Czerwonego Gronika


Usiadłam przez chwilę, by odpocząć i nacieszyć się ciszą. Pojawili się turyści, na szczęście nieinwazyjni, znający się na górskiej kulturze. Zwyczajowe dzień dobry i zaraz do widzenia, bowiem powędrowałam dalej  Doliną Małej Łąki. 


Las na zejściu do Doliny Małej Łąki



Dojście do Doliny Małej Łąki



Małołącki Potok



Dolina Małej Łąki


A u jej wylotu, jak zwykle kiepskie połączenie z miastem. No nic, trzeba było zaatakować drogę z buta. Ruszyłam więc, w kierunku miasta, ciesząc się pobytem pod Tatrami. 


Kojący widok z drogi w kierunku Zakopanego


Następnego dnia miałam wyjechać w inne góry i z jednej strony cieszyłam się bardzo na nieznane, ale z drugiej strony smuteczek mi się przyczepił, jak zawsze, gdy muszę opuszczać moje ukochane góry. Zdecydowanie dzień nie zapowiadał się dobrze, ale okazał się genialny w swej prostocie. Bo dla mnie to już nie szczyt jest celem, a droga. A ta była dziś piękna.
Zatem do zobaczenia na kolejnych szlakach!

Hej!