Kiedy marzenie staje się celem, a potem spełnieniem,
czyli norweski trekking na Preikestolen
Norwegia po raz czwarty...
Oczywiście, jeśli jedziesz w kilka osób, koszty dzielą się na ilość uczestników. Wychodzi to taniej i korzystniej. W moim wypadku koszty ponosiłam tylko ja sama. No i we wrześniu to już za zimno na namiot, więc musiałam posiłkować się hostelem, co również zwiększyło koszt wyjazdu, za to miałam swój pokój z łazienką do dyspozycji. Ograniczyłam się do czterech dni w krainie fiordów. Ponieważ moim marzeniem był trekking na słynną półkę skalną o nazwie Preikestolen, logicznym był wybór miasta Stavanger, jako bazy wypadowej. O samym mieście zrobię osobne posty, bo naprawdę jest to świetne miejsce na mapie Norwegii. W dodatku można się do niego dostać choćby z Gdańska, Szczecina, Krakowa czy Katowic. Niestety Wizzar uparcie nie chce latać tam z Warszawy. Ale o tym kiedy indziej.
Tak, więc zebrałam się w sobie i na początku września tego roku, wybrałam się sama w podróż w nieznane. Po 21.00 wylądowałam na lotnisku w miejscowości Sola i dwoma autobusami z przesiadką, dotarłam do swojego hostelu, zlokalizowanego w centrum Stavanger. Przez dwa dni zwiedzałam miasto, ciesząc się jak dziecko i jednocześnie denerwując, czy uda mi się osiągnąć mój cel wyjazdu. Nie było tak słodko...
Planując wyjazd przeglądałam internet w poszukiwaniu dojazdu ze Stavanger na Preikestolen. Wszędzie pojawiały się dość stare opisy, że można popłynąć promem do Tau, skąd zaraz po wyjściu na ląd czekają autobusy, które wiozą pod sam szlak. Cudownie! Radosnym krokiem, podczas zwiedzania miasta, skierowałam się na przystań, zwaną Fiskepiren. Odszukałam odpowiednie molo i... tu zaczęły się schody.
Sympatyczny Norweg, który odprawiał samochody na prom wytłumaczył mi, że promy na taką wycieczkę już nie kursują, teraz to tylko autobusy z miasta. Nie... no nie wierzę, przecież internety mówią co innego... Norweg zatrzymał auto z Polski i panowie nim jadący potwierdzili mi tę ponurą wiadomość. Odkąd wybudowano tunel, jedzie się tylko tunelem. Taka filozofia... Gorączkowo więc, zastanawiałam się co robić. Nogi zaprowadziły mnie do... Sklepu Polskiego, gdzie miła rodaczka posprawdzała internet i powiedziała, że teraz to tylko autobusy prywatnych linii tam kursują, ale za to pod sam szlak.
Wróciłam do hostelu i zaczęłam nerwowo przeglądać strony. Na jedną z nich próbowałam się zalogować i kupić bilet on-line, ale niestety ciągle odrzucało mi kartę. Wobec tego, kolejnego dnia przeszłam się do punktu obsługi pasażerów Kolumbusa, obsługującego lokalną komunikację, z prośbą o pomoc w spełnieniu mojego marzenia. Dowiedziałam się, że spokojnie mogę kupić bilet u kierowcy. Uspokojona czekałam na kolejny dzień. Mam pieniądze, więc nie powinno się nie udać. I...zonk! Totalny! Okazało się, że to absolutnie nie jest prawdą, że bilet można nabyć u kierowcy. Bilety są sprzedawane na konkretny dzień i tylko poprzez stronę. Nie muszę mówić, że nerwy miałam na postronku. Nie po to przejechałam szmat drogi, żeby nie spełnić swojego marzenia. No hello!
Rankiem o 8.00 odjeżdżał autobus firmy GoFjords, na który najpierw próbowałam się dostać. Pani kierowca pokręciła głową, że ona ma komplet pasażerów z biletami on-line, a poza tym nie może przyjąć pieniędzy. Wysiadłam smutna jak nigdy. Ale zaczekałam godzinę, bo o 9.00 odjeżdżał autobus firmy PulpitRock. Tu sytuacja się powtórzyła, a ja błagałam Pana kierowcę, że w dniu następnym to ja już wyjeżdżam z Norwegii i to moja jedyna szansa. Musiałam chyba wyglądać jak człowiek błagający o krew potrzebną do życia, bo miły kierowca zlitował się nade mną i pozwolił wsiąść za darmo do autobusu. Odetchnęłam z ulgą. Powiedziałam, że miałam kłopot z kupnem biletu on-line. Na co pomogli mi... Polacy. Sympatyczna rodzina skwitowała krótko, że czasem takie rzeczy się zdarzają i oni mi pomogą w zakupie biletu na powrót. Pani użyczyła mi swojego internetu, a Pan zarezerwował mi bilety, bo dla uczciwości zapłaciłam także za bilet w stronę marzenia. Teraz byłam szczęśliwa i spokojna. W godzinę dostałam się do celu. Rozmawiałam z nowo poznanymi towarzyszami jazdy a także parą sympatycznych Amerykanów, z którymi czekałam na autobus. Radość mnie rozsadzała od środka.
Rzeczywiście autobus dowiózł nas pod sam szlak, czyli do Preikestolen BaseCamp. Kierowca wszystkim wysiadającym przypominał o autobusie powrotnym i ostatniej godzinie możliwej do powrotu. Podziękowałam mu raz jeszcze i powiedziałam, że mam już oba bilety. Szeroki uśmiech i kciuk w górę spowodowały jeszcze większą radość. A do tego dzień, który zapowiadał się z ładną pogodą.
Po pierwszych zdjęciach i zachwytach nad widokiem jeziorem Revsvatnet, zaczęłam mozolną wspinaczkę do celu mojej norweskiej podróży. A trzeba przyznać, że szlak w początkowej fazie jest dość stromy i po kamieniach, więc nie będę ściemniać - choć wróciłam z Tatr kilka dni wcześniej, to miałam zadyszkę i musiałam robić przystanki. Na pocieszenie - nie tylko ja :).
Szlak dla jednych jest malowniczy, dla innych monotonny. Po drodze nie ma jakiś spektakularnych widoków, te pojawią się na koniec niczym wisienka na torcie. Ja w każdym razie byłam zachwycona.


Na początku są kamienie, szlak wiedzie pośród luźnych głazów, przez las, chwilami po wygładzonej skale, która w czasie deszczu może być dość niebezpieczna. Potem następuje obniżenie terenu i odpoczynek dla nóg, bo idzie się przez mokradła po drewnianych kładkach.
Następnie znów mamy wspinaczkę po wielkich głazach, które układają się w coś na kształt schodów. Stosowne tabliczki informują, że szlak w tym miejscu układali nepalscy szerpowie (celowo z małej litery, bo w ten sposób określa się profesję, w odróżnieniu od nacji, kiedy mamy na myśli ludność Szerpów). Pojawiają się też łańcuchy i liny jak przy ferratach. Bardziej jest to dla bezpieczeństwa przy kiepskiej pogodzie, niż do konieczności użycia przy sprzyjających warunkach.

Wreszcie dociera się do jeziora Tjødnane, podzielonego przez szlak. Malowniczy zakątek, który zmusza do zatrzymania się i zrobienia sobie sesji foto. I do... założenia kolejnej warstwy ubrań. Im wyżej, tym robiło się nieco zimniej i tego dnia wietrznie. Włosy latały w każdym kierunku, pomimo spięcia je w kucyk. Nawet czapka nie mogła ich ujarzmić :).
A potem już lekko pofalowany teren z płaskimi skałami, po których drobiłam jak gejsza, bojąc się, by nie wywinąć orła na wyślizganej skale. Tuż obok znajduje się schron turystyczny, który umożliwia ucieczkę od nagłego pogorszenia pogody.


Czas pokazywał, że już jestem blisko celu, bo zaczęły się pokazywać pierwsze widoki i zachwyt całej masy ludzi, która, co dziwne, tu mi akurat nie przeszkadzała. Może dlatego, że było ich nieco mniej, bo byłam po sezonie. I znów stara dobra zasada, ja tobie zdjęcie, a ty mi. Mieszały się języki, sportowe kurtki z przewagą niebieskości i same uśmiechy napotkanych ludzi. Czułam się cudownie.
Ostatni odcinek to nieco pod górę, by wspiąć się wąskim przejściem i za rogiem zobaczyć... widok znany z tysiąca zdjęć w folderach turystycznych. Panie i Panowie - oto Preikestolen - dla wielu kolejny symbol okolic Stavanger.
Wiecie, co? Wzruszyłam się! Oto stałam i patrzyłam jak urzeczona w kawał potężnej skały i ciepło przelewało mi się przez ciało. Właśnie spełniałam swoje marzenie. Zobaczyłam ten widok na własne oczy a nie tylko w internecie. To jest takie uczucie, którego nie da się opisać. Zachwyt, radość, euforia, zadowolenie - wszystkie emocje mieszały się ze sobą.

Hyvlatonnå ("å" czytamy jak "o") to norweska nazwa Preikestolen. Oznacza słowo ambona, co wiąże się z kształtem skały. Jednakże nie słyszałam żadnego Norwega czy Norweżki, by używali tego słowa. Ten najbardziej znany klif wznosi się nad wodami fiordu na wysokość 604 m. I opada stromo w dół do Lysefjordu. Przyznam, że pionowe skały już na podejściu robią niesamowite wrażenie. Jego wymiary wynoszą 25x25 m. Klif powstał jakieś 10 tysięcy lat temu w wyniku rozsadzania skał przez mróz.


Charakterystyczną cechą skały jest jej poprzeczne pęknięcie, które co roku odrobinę się powiększa. Szczelina monitorowana jest przez odpowiednie służby. Przyjmuje się, że gdyby skała oderwała się od reszty i runęła do Lysefjordu, mogłaby spowodować powódź na miarę tsunami. I choć tereny tu są słabo zaludnione, to jednak gdzieniegdzie ludzie są... Dlatego Norwegowie monitorują sytuację, zanim dojdzie do tragedii. Póki co, przez Preikestolen przewija się od groma turystów z całego świata.
Na płaskiej ambonie ustawiła się kolejka, by zrobić sobie zdjęcie w najbardziej fotogenicznym miejscu. Początkowo ustawiłam się i ja, ale wiatr tak skutecznie zniechęcał do bezruchu, że zrezygnowałam. Uznałam, że jak przesunę się o kawałek w bok, nadal będzie ładne ujęcie. I również nie wchodziłam nikomu w kadr. Za to zaczęła się walka o: 1. chwilami o utrzymanie równowagi, bo nogawki spodni niczym skafander mogły nas wszystkich spokojnie unieść do góry, 2. o części garderoby, typu czapka, którą złapałam w locie, kiedy podmuch wiatru zwiał mi kaptur i zaraz potem ową czapkę. O instagramowych fotkach można było zapomnieć. Statywik w selfstickowym kijku nie mógł ustać w miejscu, a komórka musiała być mocno trzymana w dłoni. Z powodu tego wiatrzyska nikt nie podchodził zbyt blisko krawędzi skały, choć takich przypadków jest wiele. Dodam jeszcze, że Norwegowie nie zabezpieczają takich naturalnych atrakcji żadnymi barierkami, płotkami, drutem pod napięciem itp. Nie ingerują w przyrodę. Wychodzą z założenia, że każdy wchodzi w takie miejsca na własne ryzyko.
Mimo wszystko byłam szczęśliwa a uśmiech nie schodził mi z twarzy. I był odwzajemniany przez wszystkich. Po sesji foto (no bo jakżeby inaczej) postanowiłam wejść wyżej na skały, by popatrzeć na Preikestolen z góry. Stąd najlepiej widać kwadratowy kształt skalnej półki. I wstążkę Lysefjordu, który ciągnie się na długość 42 km i na 1 km szerokości. Lysefjord oznacza jasny fiord. Ma to związek z jasno zabarwionymi skałami po obu stronach fiordu. Patrzyłam na mróweczki ludzi na skale i wielkie statki wycieczkowe płynące po fiordzie, a które z tej odległości i wysokości były niczym łupinka orzecha.


Myślałam, że jestem tam sama, ale nagle zza rogu wyszła miła para i dzięki temu zrobiła mi kilka fajnych zdjęć. Wiatr, nawet między skałami, hulał i kładł kępy traw. Podeszłam jeszcze kawałek wyżej, by rzucić okiem na drugą stronę. Gdzieś na horyzoncie pozostało Stavanger. Pod sobą miałam szlak, którym doszłabym chyba do schronu mijanego po drodze, ale postanowiłam wracać sprawdzoną drogą. Powyżej, pomiędzy zielonymi górkami leżało Jezioro Tropevatnet. Kamienne kopczyki dodawały uroku. No po prostu pięknie. Fala wdzięczności przelewała mi się przez ciało. Surowy klimat, ale jednocześnie przyjazny dla oka. Gdyby nie ten wiatr, wchodziłabym jeszcze wyżej. Zrezygnowałam, bo już byłam podziębiona, a co dopiero po takim przewianiu.


Zeszłam znów na szlak pod półkę. Ludzi wciąż było sporo, choć to już jakby po sezonie. Wzrok wciąż biegł w stronę klifu.
Zaczęłam schodzić tą samą trasą. Choć zawsze jest to tyle samo kilometrów do pokonania, to schodzi się jakby szybciej. Mijałam te same fragmenty drogi i w myślach odnajdowałam swoje postoje dla uregulowania oddechu. Tym razem postanowiłam zatrzymać się przy wspomnianym schronie, by napić się gorącej herbaty z termosu i zjeść kanapkę. Do wyjedzenia były też kabanosy, tachane z Polski ;)
Kiedy podeszłam do budynku - niewiarygodne! Schron z dwóch stron okupowały matki karmiące... Nie było mowy o schowaniu się choć na chwilę. Przycupnęłam na ławeczce przybitej wzdłuż ściany i rozkoszowałam się widokami nad kubkiem herbaty. W tym momencie życie naprawdę było cudowne.
Mimo, że robiłam zdjęcia w "drodze do", także w "drodze z" oko wyłapywało jeszcze fajne kadry.


Moment ostatecznego pożegnania ze szlakiem był odwlekany ile się dało :) W końcu jednak zeszłam do Preikestolen BaseCamp. Na zegarku było parę minut po 15.00. Autobus powrotny był o 16.00, w związku z tym odwiedziłam sklepik z pamiątkami, zeszłam nieco w dół w stronę jeziora i przycupnęłam pomiędzy domkami, tzw. hyttami, krytymi darnią. Serce skakało z radości, rozum mówił, żebym zachowała spokój, bo przecież teoretycznie jestem dorosła. Cóż z tego, kiedy moje wewnętrzne dziecko wierciło się jak zabawkowy bączek.


Punktualnie o 16.00 podjechał autobus, ja już spokojna, że mam bilet, wsiadłam na pokład autokaru. Po drodze znów minęliśmy Jørpeland, małe miasteczko (wcześniej bardzo duża wioska), w którym jest przystanek autobusowy zbierający ludzi na Preikestolen lub umożliwiający wysiadanie turystów tam zakwaterowanych. W okolicach Tau, gdzie znajduje się wlot/wylot nowego tunelu pod fiordem zaczęły mi ciążyć powieki. Rozejrzałam się po autokarze, niemal wszyscy drzemali. Mój opór był daremny. W walce powieki - Duśka, powieki zwyciężyły. Ucięłam sobie drzemkę. Owiana powietrzem górskim poddałam się i chwilowo wylogowałam ze świata :)
Wysiadłam w centrum, szczęśliwa jak nigdy i powędrowałam do hostelu na ciepły posiłek. Czy to z emocji, czy ze zmęczenia, liofilizat pod tytułem makaron z sosem bolońskim szedł mi średnio.
Kiedy nieco odpoczęłam, zmobilizowałam się jeszcze do wieczornego spaceru po najbliższych uliczkach. Pożegnałam ten wspaniały dzień zachodem słońca nad wodą Vågen. Cel mojego wyjazdu do Stavanger został osiągnięty a wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. A niedowiarkom mówię - dziękuję Wam, bo dzięki temu uwierzyłam w siebie i swoje możliwości. I jestem z siebie dumna! A co zobaczyłam w samym mieście, o tym w innych wpisach niebawem.
Tymczasem na koniec garść praktycznych informacji o tym dniu. Może komuś z Was się przyda...
1. Transport ze Stavanger na Preikestolen i
powrót:
Nie ma już połączeń p.t. prom do Tau i autobus na Preikestolen. Można skorzystać z dwóch firm prywatnych, których autobusy dowiozą pod sam szlak w godzinę. I tylko z biletami on-line, kupionymi na dany dzień. Nie ma opcji kupienia biletu u kierowcy.
Pierwsza to GoFjords - bilet w obie strony kosztuje 390 NOK (stan na wrzesień 2022 r.)
Wszystkie informacje - www.gofjords.com
Autobusy odjeżdżają o 8.00 i 10.00 z centrum, spod Hotelu Radisson Blu. Powrót mają o 14.00 i 16.00.
Drugie połączenie, z którego skorzystałam to PulpitRock - bilet w obie strony kosztuje 360 NOK (stan na wrzesień 2022r.)
Wszystkie informacje - www.pulpitrock.no
Autobusy odjeżdżają o 9.00 i 10.50 z centrum, z terminala autobusowego nr 2. Powrót mają o 16.00 i 18.15. Potem to już zostaje nocleg pod chmurką ;)
Ze Stavanger można dojechać też lokalnymi liniami 100 z okolic Fiskepiren i 120 (z przesiadką w Jørpeland), ale te nie dowiozą pod sam szlak. Autobus 120 kończy swój bieg w miejscowości Vika, skąd jeszcze blisko 2 km trzeba iść na piechotę.
W przypadku obu firm, przystanek końcowy w Preikestolen BaseCamp jest także przystankiem startowym na powrót. Dojedziecie do centrum lub wysiądziecie na kilku przystankach po drodze, gdzie będzie Wam bliżej np. do miejsca noclegu.
2. Droga na/z Preikestolen:
Rzekłabym stroma i wyboista :) Ale tak naprawdę nie jest źle. Owszem, trzeba się ciut powspinać, pojawi się zadyszka, ale chwilami jest prawie po płaskim, więc nogi mają szansę odpocząć. Po drodze znajdują się mapki z przekrojem drogi, które ładnie pokazują gdzie się jest, na jakim etapie szlaku i co jeszcze nas czeka. Generalnie szlak ma prawie 4 km z różnicą poziomów 350 m. Jest trochę po drodze szutrowej, kamienistej, drewnianej i ze skalnymi schodami, trochę błotka też może się zdarzyć.
Na przebycie drogi do celu należy przeznaczyć około 2-2,5 h. Na powrót tą samą drogą około 1,5h. Oczywiście wszystko zależy od kondycji oraz warunków atmosferycznych. Nie powiem zatem czy szlak jest łatwy czy trudny, bo to indywidualne odczucie każdego idącego w góry.
3. Rzeczy przydatne na tym szlaku:
Po drodze nie ma schronisk z jedzeniem czy piciem. Dlatego zapas wody i jedzenia musi "iść" z nami w plecaku. Warto wziąć ze sobą termos z ciepłym napojem. Szlak nie jest wyposażony w wiaty turystyczne. Miejscem na odpoczynek czy ewentualną konsumpcję można uznać kamienie czy skały po drodze albo jedyny prosty schron turystyczny jaki jest przy szlaku.
Niezależnie od pogody do plecaka zabierzcie kurtkę przeciwdeszczową i przeciwwiatrową, zestaw zimowy, czyli czapkę/opaskę, szalik/chustę/buff i rękawiczki no i jakiś polarek czy bluzę. Lepiej mieć, niż marznąć na górze. Oczywiście obowiązkowo zabieramy odpowiednie obuwie. Buty trekkingowe wskazane. Skały gdzie nie gdzie są mocno wygładzone, co przy niepogodzie może stanowić śliskie podłoże. Jeśli lecicie do Norwegii z bagażem rejestrowanym, możecie zabrać kijki trekkingowe. W niektórych miejscach mogą być przydatne. Ja niestety jechałam z bagażem podręcznym, w którym zabronione jest przewożenie takiego sprzętu.
4. Preikestolen BaseCamp:
Oprócz pętli autobusowej jest kilka budynków w otoczeniu. Najważniejszy budynek każdej wycieczki, czyli WC jest zaraz przy przystanku i jest darmowy. Nad okolicą góruje hotel Fjellstue. Pod nim znajduje się sklepik z pamiątkami i odzieżą sportową. Można w nim płacić tylko gotówką. Na przeciwko sklepu jest też kawiarenka, ale tu nie zajrzałam, więc nie wiem jak z płatnością, podejrzewam, że tak samo.
Jak macie jeszcze sporo czasu do odjazdu autobusu można wybrać się nad Jezioro Revsvatnet, ale trzeba uważać, bo przechodzi się przez pole golfowe ;) Można też usiąść na chwilę pomiędzy typowo norweskimi domkami krytymi darnią. Preikestolhytty to domki do wynajęcia turystom, lub też domki letniskowe ich właścicieli. Teren może być prywatny, ale jeśli usiądziemy na chwilę, to może nikt nie pogoni.
Więcej grzechów nie pamiętam, nie za wszystkie też żałuję. Dzielę się z Wami wiedzą, co by zaoszczędzić Wam nerwówki, jaką miałam. Oczywiście zawsze coś może ulec zmianie, jak choćby ceny czy godziny odjazdu autobusów. Zdaję sobie sprawę, że te info za kilka lat może być już nieaktualne, zatem podkreślam, że jest to stan na wrzesień 2022r. Jeśli moje informacje okażą się pomocne i dzięki temu zainspirujecie się do pojechania na Preikestolen, będę szczęśliwa.
Dobrego
dnia!
Spełnienie tego marzenia musiało mieć wyjątkowy smak, szczególnie że musiałaś pokonać wiele przeszkód. A już sam dojazd na miejsce początku szlaku to prawie dreszczowiec. Fajnie, że Ci się udało :) Miejsce znam tylko z relacji innych osób ale nie dziwię się, że tak bardzo Cię kusiło.Dzięki Twojej wyprawie całkiem wygodnie mi się wędrowało, obejrzałem zdjęcia kilka razy ale to coś zupełnie innego kiedy czuje się wiatr we włosach. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńOj tak! Wspomnienia zostaną ze mną na długo. Norweskich marzeń mam bardzo dużo i bezczelnie zamierzam je realizować po kolei ;) Ledwie wróciłam, a już planuję i kombinuję jak tu wrócić. :) :) :) Niestety zdjęcia nie oddadzą ani efektów specjalnych ani zapachów czy smaków. Tam jest przepięknie! Polecam bardzo. Ściskam ;)
UsuńŁadnie, Norwegia to też moje marzenie, ale na razie nawet nie zacząłem zbliżać się do jego realizacji. Cały czas czeka na "później".
OdpowiedzUsuńWidoki ładne, szkoda tylko, że aż tak wiało.
Skąd ja znam te "na później"... Też tak myślałam, a teraz obudziłam się i zamierzam po Norwegii pojeździć na dobre i to z namiotem :) Oczywiście w cieplejszym miesiącu, choć na pogodę wpływu się nie ma.
UsuńRzeczywiście wtedy wiało okrutnie, ale wolę to, niż deszcz zacinający za kołnierz. Przynajmniej widoczność była super, a nie zachmurzone niebo i mgła nad fiordem. Teraz następne cele do zdobycia :)