W czarciej siedzibie,
czyli
Wielka Czantoria w lipcu
Kiedy jest ładna pogoda, a akurat jesteś w górach i to wcale nie przypadkowo lecz celowo, bo na urlopie, to żal byłoby siedzieć na kwaterze, albo w nagrzanym mieście. Nawet jeśli to całkiem urokliwe miasto, w dodatku o statusie miejscowości wypoczynkowej i nazywające się Wisła.
Tak też i my, obie z Tuśką, nie zamierzałyśmy siedzieć i odpoczywać, lecz spacerować ile sił w nogach. Po kilku dniach pieszych wędrówek, przyszedł czas na ostatni przedreptany szlak. Dla Marty pierwszy raz, dla mnie chyba już czwarty. Częściowo pamiętałam go z moich studenckich wypadów jako opiekuna kolonijnego, ale po tylu latach, szlaki "objawiły" mi się na nowo.
Naszym celem była Wielka Czantoria przez schronisko turystyczne na Soszowie Wielkim.
Zaczęłyśmy naszą wędrówkę szlakiem zielonym, zaczynającym się niedaleko naszej kwatery. Przez pierwszy kawałek szłyśmy po betonowych dziurawkach, które utwardzają drogę okolicznym mieszkańcom. Nie uszłyśmy daleko, jak zostałyśmy "zaczepione" przez Gospodarza Posesji, czyli małego, uroczego szczeniaka kundelka, który z miejsca nas pokochał (i my jego rzecz jasna) i za nic nie chciał odejść. Po niezliczonych głaskach, musiał interweniować prawdziwy Gospodarz :)
Zaczęłyśmy naszą wędrówkę szlakiem zielonym, zaczynającym się niedaleko naszej kwatery. Przez pierwszy kawałek szłyśmy po betonowych dziurawkach, które utwardzają drogę okolicznym mieszkańcom. Nie uszłyśmy daleko, jak zostałyśmy "zaczepione" przez Gospodarza Posesji, czyli małego, uroczego szczeniaka kundelka, który z miejsca nas pokochał (i my jego rzecz jasna) i za nic nie chciał odejść. Po niezliczonych głaskach, musiał interweniować prawdziwy Gospodarz :)
Szło nam się dobrze, humory dopisywały, droga częściowo przez las, częściowo przez zabudowania. I jak to w górach bywa, trochę pod górkę i trochę po prostym. Wybrałyśmy szlak zielony tylko dlatego, że nie chciałyśmy powielać już przedreptanych szlaków. Poza tym nie zależało nam na pośpiesznym przebiegnięciu drogi. To miała być nasza ostatnia górska wyrypka, następnego dnia wracałyśmy już do Warszawy.
Po wielu zadyszkach, śmiechotkach i przerwach na focenie choćby najmniejszego kwiatka, co by uspokoić oddech, wdrapałyśmy się pod schronisko na Soszowie Wielkim. I z miejsca zarządziłyśmy postój na buchty, inaczej parowańce czy pampuchy. Czyli wielkie kluchy gotowane na parze. Z konfiturą smakują wybornie. Do tego oczywiście herbatka z cytrynką i sokiem malinowym. No nie mogło być inaczej :)

Schronisko na Soszowie, to jedno z najstarszych schronisk w Beskidzie Śląskim. Powstało w 1932 r. jako schronisko prywatne, przewidziane na 40 miejsc noclegowych. Po II wojnie światowej i kilku remontach, jest bazą noclegową dla 30 osób rozmieszczonych w pokojach 2-4 osobowych. Jest położone na granicy Polski z Czechami, na grani łączącej pasmo Stożka i Czantorii. Tuż obok niego, znajdują się wyciągi narciarskie dla amatorów jazdy na boazerii.
My jednak nie zamierzałyśmy nocować w schronisku, ani podziwiać tras narciarskich w środku lata. Posilone, wypoczęte, zebrałyśmy się z Tuśką do drogi w kierunku kolejnego celu - kofoli na szczycie Wielkiej Czantorii. Choć po prawdzie, nie wiedziałyśmy czy ją tam dostaniemy. Ale nie ma to jak nadzieja, która niesie po szlaku.
Od schroniska na Soszowie, droga szeroka wiedzie czerwonym szlakiem do samego wierzchołka Wielkiej Czantorii. Oczywiście nie jest tak, że idzie się po równym. Nazwa Wielka Czantoria nie wzięła się znikąd. Wysokość musi zostać nabrana. W ciepły, letni dzień, jest to przyjemna wspinaczka.
I kiedy tak sobie wędrowałyśmy, ni z gruszki, ni z pietruszki, łupnęło mi w kręgosłupie... Oj... Zabolało, jak to się mówi, świeczki stanęły mi w oczach. Przez chwilę nie mogłam złapać oddechu, a kiedy już uspokoiłam się, okazało się, że każdy krok to ból jakby krąg uderzał o krąg. Jedynym w miarę bezbolesnym wyjściem, było posuwanie się do przodu, przygarbionym, co czyniło widok, jakby mój plecak był za ciężki na podejściu. Musiałam mieć minę nietęgą, skoro grupa mężczyzn, nadchodząca od strony Czantorii zaniepokoiła się o mój stan zdrowia, sądząc, że może wysiadły mi kolana i mam za ciężki plecak. Po chwili rozmowy, podziękowałam za troskę i obie ruszyłyśmy dalej. Gorąco wierzyłam, że ból skoro sam wszedł to i sam wyjdzie. Do końca dnia jednak, robiłam dobrą minę do złej gry. No, diabli nadali...
Wreszcie, posuwając się wolno, zamajaczyła przed nami wieża widokowa. Znak to był nieomylny, że Wielka Czantoria (995 m n.p.m.) właśnie została przez nas zdobyta. Na górze, oprócz wieży znajdował się bar, w którym kofoli było i do wyboru i do koloru. Ale jakoś tak zawsze mi wychodzi, że z tych smakowych napojów, to klasyczny zawsze zwycięży. I tak też było i tym razem. Na pocieszenie wpadły też lentylky.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wlazła na wieżę (wstęp płatny dodatkowo). Ostrożnie, krok za krokiem, wchodziłam na górę przygarbiona jak zasuszona staruszeczka. Widok z wieży był przedni. A co można zobaczyć z Wielkiej Czantorii? Bardzo rozległy widok na Beskid Śląski, Morawy i nawet Górny Śląsk. A także rozsiane wokół miasta i wsie. Tu muszę dodać, że duże brawa należą się Tuśce, która od dzieciństwa ma lęk przed prześwitującymi schodami i lęk wysokości, a jednak tu go przezwyciężyła i na chwilę wdrapała się na górę.

Sam szczyt Wielkiej Czantorii jest zalesiony, Zresztą po obu stronach, zarówno polskiej, jak i czeskiej, znajdują się na jej zboczach leśne rezerwaty przyrody. Pierwotnie nazwa "Czartoryja" oznaczała miejsce poryte przez czarty. I coś w tym jest, skoro na jej zboczach łupnęło mi w kręgosłupie. Czarty nadal mają tam swoją siedzibę.
Tuż poniżej wierzchołka znajduje się polana Stokłosica, na której ulokowana jest górna stacja wyciągu krzesełkowego z Ustronia, wybudowana w 1967 r. Dodatkowo znajduje się tu także tor saneczkowy, co czyni Wielką Czantorię celem licznych wycieczek rodzinnych z miasta.
Muszę to wspomnieć o bardzo smutnej rzeczy, jaką zastałyśmy na polanie. I nie, nie mam tu na myśli śmieci pozostawionych po turystach. Rzecz jest o Sokolarni, która nazywa się ośrodkiem rehabilitacji ptaków drapieżnych. Gdybym wiedziała wcześniej o tej "atrakcji", nie kupiłabym biletu wstępu. Na niewielkiej przestrzeni zgromadzono różne gatunki ptaków, których spotkanie w naturze jest niezwykle rzadkie. I niby wszystko pięknie, ale... Byłyśmy z Martą w szoku, jak przetrzymywane są tu te przepiękne ptaki. Zamiast wolier z siatkami, gdzie mogłyby swobodnie latać, były przywiązane na bardzo krótkich sznurkach. Tak krótkich, że nie mogły w ogóle wzbić się do lotu. Do lotu, do którego zostały stworzone! Tego dnia było bardzo gorąco, rozumiem, że zwierzęta wówczas są osowiałe, podobnie jak ludzie. Ale w oczach tych stworzeń, można było zobaczyć coś jeszcze. Cierpienie, strach, błaganie o wolność. Spędziłyśmy z Tusią jakieś 15 minut pomiędzy tymi ptakami i wyszłyśmy zniesmaczone. Oczy tych ptaków miałam przed swoimi tuż przed zaśnięciem. Dla mnie to było niewyobrażalne cierpienie, znęcanie się i tyle. A już chełpienie się, że za dodatkową opłatą można sobie zrobić zdjęcie z drapieżnym sokołem, sową czy orłem... Teraz wyobraźcie sobie jak czują się te ptaki, które dziennie ileś tam osób bierze na ręce i dotyka... Kto by tak chciał? Jak to się ma do ośrodka rehabilitacji? Nie daję wiary, że po leczeniu ptaki są wypuszczane na wolność. Jak inaczej byłyby te same okazy w tych samych miejscach i już z gotowymi tabliczkami? Obserwuję ośrodek rehabilitacji zwierząt z prawdziwego zdarzenia, gdzie na bieżąco pokazywany jest proces walki o każde stworzenie i po sukcesie, jego droga ku wolności. Bez porównania z tym, co zastałyśmy na Czantorii. Nie polecamy!


A wracając do naszej wędrówki...
Zejście czerwonym szlakiem do Ustronia jest bardzo strome. Dla mnie tego dnia, to była istna mordęga. Schodzenie pochylonej do przodu to nie jest dobry pomysł. Ból był spory, a droga dłużyła się niemiłosiernie. Po drodze spotkałyśmy wdrapującą się na szczyt rodzinę. Słowa matki - "gdybym wiedziała, że tu jest tak stromo..." spowodowały nasz uśmiech. W moim wypadku lepiej byłoby mi wchodzić.
Zejście czerwonym szlakiem do Ustronia jest bardzo strome. Dla mnie tego dnia, to była istna mordęga. Schodzenie pochylonej do przodu to nie jest dobry pomysł. Ból był spory, a droga dłużyła się niemiłosiernie. Po drodze spotkałyśmy wdrapującą się na szczyt rodzinę. Słowa matki - "gdybym wiedziała, że tu jest tak stromo..." spowodowały nasz uśmiech. W moim wypadku lepiej byłoby mi wchodzić.

Krok za krokiem, pomalutku zeszłyśmy jednak z Czantorii.
Załapałyśmy się na autobus jadący do Wisły. Tym samym skończył się nam tygodniowy pobyt w fajnym miejscu, pełnym przedreptanych szlaków, pod znakiem alertów o burzach i bardzo gorącym. Zostały znów wspomnienia oraz plany na kolejne wypady górskie. Ale to już temat na następną opowieść...

Hej!
O, nasza ulubiona górka. Od niej nasze córki zaczynały poznawać góry. Jak były całkiem małe wjeżdżaliśmy wyciągiem, potem doszły piesze wycieczki na szczyt. Ponieważ to blisko wystarczało na jednodniowy wypad czy to na Czantorię , Równicę Stożek czy Baranią Górę. Córki dorosły, my coraz starsi, dawno nas tam nie było. Dzięki za miłe wspomnienia. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńAch ta Czantoria... Wkraju, może nasze ścieżki krzyżowały się na tej górce :) Byłam na niej trzykrotnie rok po roku, z grupą kolonijną, pod koniec lat 90. Co za czasy... Też dopadły mnie wspomnienia. Żałuję, że mieszkam daleko od gór, bo wtedy jednodniowe wypady z pewnością byłyby wpisane w mój kalendarz ;) Ściskam mocno!
UsuńNa wieży nie byłem, bo byłem po zachodzie słońca i już była zamknięte.
OdpowiedzUsuńNie wiedziałem, że jest tam taki ośrodek z ptakami. Bardzo smutno to wygląda, gorzej niż w ZOO.
Ale pewnie to był wspaniały zachód słońca :)
UsuńPtaki... no tak, wyglądało to okropnie. Kiedy byłam na Czantorii pod koniec lat 90. nie było takich "atrakcji" i chyba wolę zapamiętać tamten czas i widoki. Oczy tych ptaków - uwierz mi, tego nie da się opisać. Człowiek to jednak okrutne stworzenie... Pozdrawiam serdecznie ;)