Pragnienie podziwiania widoków,
czyli o nieco nielegalnym
przekroczeniu granicy
Po odejściu
Myszki, dom stał się strasznie pusty i cichy. Wszędzie ją widzę, wszystko mi
się z nią kojarzy. Ba, nawet robię pewne rzeczy z przyzwyczajenia, a po chwili
sama się upominam, że przecież już tego nie muszę robić… Rytm dnia został mi
zaburzony. I kiedy nachodzi mnie smuteczek, oglądam sobie zdjęcia z gór, bo
przecież to dla mnie lek na całe zło. I choć wtedy na wyjazdach towarzyszyła mi
moja futrzasta przyjaciółka, która nie będzie już na mnie czekać na kwaterze,
to jednak wspominanie odbytych wędrówek przynosi pewne ukojenie.
W piśmie
„Tatry”, adresowanym do miłośników Tatr i ich przyrody, a wydawanym przez
Tatrzański Park Narodowy wyczytałam jeden artykuł o pewnych Czechach,
pomysłodawcach symbolicznego cmentarza pod Osterwą. Byli to Otakar i Vlasta
Štáflowie. Artysta malarz i taterniczka, małżeństwo, między którymi było 23
lata różnicy wieku. Otóż Otakar nie wspinał się, ale piękno gór oddawał za
pomocą pędzla. Pozwolę sobie zacytować fragment artykułu:
„…Uważał
(Otakar, przyp. mój), że od gór można się dużo nauczyć – wcześniej jednak
trzeba nauczyć się widzieć góry tak, jak widzi je malarz. W eseju „Tatry oczami
malarza” Štáfl wyraźnie rozróżnia postrzeganie natury przez artystę i percepcję
„zwykłego” turysty. Malarskie widzenie polega na umiejętności skupiania uwagi
na krajobrazie, interpretowania go i rozumienia. Chociaż najlepiej wstąpić na
akademię i profesjonalnego widzenia przyrody nauczyć się od ekspertów, umiejętność
tę posiąść można jeszcze w drugi sposób: dzięki podróżom i chodzeniu po górach.
Otwarty na świat i skupiony turysta, który często przyjeżdża w Tatry, z czasem
wypracuje malarskie spojrzenie na przyrodę – czyli jedynie źródło chęci, siły
do życia i twórczości. Będzie zdolny rozumieć naturę prawie tak głęboko jak
prawdziwy malarz…” ( Hubert Jarzębowski, „Tatry” nr 57, lato 2016)
Człowiek,
który żył na przełomie XIX i XX w. wypowiedział słowa, które w jakiś dziwny i
magiczny sposób do mnie trafiły, choć nie jestem malarką, ani taterniczką, jak
jego żona. Zgadzam się z nim w 100%.
Przestałam po górach biegać jak kozica, a zaczęłam je chłonąć kawałek po
kawałku. Swoją drogą polecam ten artykuł, jak i inne zawarte w tym czasopiśmie.
Aby móc
delektować się górami, warto jest wyjść wcześnie rano i iść wysoko, by naszej
percepcji nie zakłócili inni turyści. Bo kiedy jesteśmy sami ze swoimi myślami,
najlepiej góry do nas przemawiają.
Dlatego dziś
zapraszam na wędrówkę w Tatry Zachodnie.
Wczesny
poranek zaczynam w Dolinie Chochołowskiej. Przebiegam ją szybciutko, aż do
początku szlaku czerwonego, prowadzącego na Trzydniowiański Wierch.
Przede mną
około 2h wspinania się po kamieniach, drewnianych stopniach i przeciskania się
przez kosodrzewinę. Jest piękna pogoda i idę sama. To najkrótsza droga na ten
sympatyczny szczyt.
Przekraczając Krowieniec, widok z tyłu otwiera się na Hrubasa (1499 m n.p.m.), Piece i Wielkie Turnie
Stąpanie po, a właściwie między, korzeniami kosodrzewiny jest męczące, stale należy uważać, by nie skręcić nogi. W tle widać piramidkę Starorobociańskiego Wierchu
Choć jest niewysoki, ma raptem 1758 m n.p.m., to bardzo go
lubię za panoramę 360˚. Można tam fantastycznie odpocząć, napawając widokiem
swoje artystyczne dusze. No ma to „coś” w sobie. Absolutnie.
Pierwszy plan od lewej: fragment Ornaku, Siwa Przełęcz i Starorobociański Wierch, Starorobociańska Przełęcz i kawałek Kończystego Wierchu. Drugi plan od lewej: Kamienista, Pyszniańska Przełęcz, Błyszcz i Bystra
Cała trasa widoczna na jednym ujęciu: od Trzydniowiańskiego Wierchu, gdzie stoję, dalej szlakiem na Kończysty Wierch, potem Jarząbczy Wierch z prawej strony. Po lewej widoczna piramida szczytu Starorobociańskiego Wierchu
Chwilę
spędzam na kopułce szczytowej, ale wzrok mój biegnie już ku kolejnemu wierchowi.
Łagodnie trawersuję wzniesienie o nazwie Czubik (1846 m n.p.m.) i wąską ścieżką
podążam ku Kończystemu Wierchowi. Droga tu jest wymagająca. Osuwający się spod
nóg piarg jest męczący i wnerwiający. Łatwo stracić równowagę, trzeba cały czas
uważać.
Wreszcie
pokonuję ostatnie metry i stoję na kolejnym szczycie. Kończysty Wierch ma 2003
m n.p.m. Położony jest na naszej granicy państwowej. Stąd można pójść na Starorobociański
Wierch lub właśnie na Jarząbczy Wierch, który tym razem jest moim kolejnym
celem. Już byłam na nim kilka lat wcześniej, ale odgłosy burzy skutecznie mnie
przegoniły z powrotem w dół. Stoję chwilę na Kończystym Wierchu i znów moje oko
rejestruje wspaniałe obrazy. Za to właśnie kocham Tatry Zachodnie. Za ich
przestrzeń, za ich łagodność ale z pazurem, za widoki na strzeliste Tatry
Wysokie. I gdyby nie fakt, że są daleko od mojej kwatery, spędziłabym w nich
zwykle więcej czasu, niż mogę. Niestety tu czas jest skrupulatnie przeze mnie
wyliczany.
Kończysty Wierch, w tle widoczny Trzydniowiański Wierch z widocznym szlakiem prowadzącym ku Dolinie Jarząbczej
Widok z Kończystego Wierchu w kierunku Tatr Wysokich - z lewej ostre czubki Świnicy a z prawej Krywań otulony welonem chmur
Pora pójść
dalej. Wąska ścieżka z rumoszem pod nogami prowadzi granią. Z obu stron mam
przepaście, które nie są urwiste, ale i tak robią wrażenie. Tu, zdecydowanie
nie można się spieszyć, lecz z uwagą stawiać kroki. Ale jak tu się skupiać na
marszu, kiedy wzrok biegnie do majestatycznej Jakubiny? Albo z drugiej strony do obu Rohaczy? Jest na to
jeden sposób. Co chwila stawać w bezpiecznym miejscu i na jakiś czas nasycić
oczy pejzażem. Można oszukiwać siebie i innych, że właśnie jest odpowiednie
światło, by zrobić zdjęcie. Działa. Nawet w pochmurny dzień.
Jeszcze
kilka kroków i już stoję na Jarząbczym Wierchu (2137 m n.p.n.). Nazwa tego
szczytu pochodzi od góralskiego rodu Jarząbków. Widok wciąż ten sam, ale jakby
inny. Tak działa magia gór. Tym razem pogoda jest rewelacyjna, nie słyszę tych
niepokojących pomruków nadchodzącego nieszczęścia. Cieszę się, że znów tu
przyszłam, że mogłam, że dałam radę.
To fantastyczne uczucie, kiedy wzrok nasz
błądzi po szczytach, które są daleko od nas. I po tych, co są na wyciągnięcie
ręki. Właśnie…
Obracam się
i patrzę wprost przed siebie. Masywna, jakby ciężka góra, mimo wszystko mami
mnie swoimi wdziękami. Jakubina (2194 m n.p.m.). Ma nawet wdzięczne imię jak na
swoje gabaryty. Choć jest przysadzista, zaprasza serdecznie na swój
wierzchołek, obiecując łagodne przejście. Postanawiam na nią pójść, wszak z
Jarząbczego Wierchu jest zaledwie jakieś 20 minut marszu.
Tym samym przekraczam
granicę ze Słowacją. Po drodze spotykam Słowaków, którzy idą na Wołowiec. Radośnie
idę to w górę, to w dół i przy samej końcówce uprzytamniam sobie, że robię to
nielegalnie. Nie mam przy sobie ani paszportu ani ważnego dowodu tożsamości. Bo
właśnie przypominam sobie, że mój dowód stracił ważność gdzieś koło czerwca…
Dobrze, że nie ma tu straży granicznej, a właściwie modlę się, żeby jej nie
było, bo jak wiadomo, ci zawsze pojawiają się znikąd J. Mimo wszystko
wdrapuję się na szczyt Jakubiny. Stanowi ona część masywu Otargańców. Jest
szeroka i daje kolejne możliwości podziwiania widoków.
Na jej
szczycie jestem sama. Gdzieś poniżej siedzą Słowacy, dochodzi do mnie ich
śmiech. Trochę szkoda, że nie ma mi kto zrobić zdjęcia. Ale mimo wszystko
jestem bardzo zadowolona, że tu się wdrapałam. Robię zdjęcia na pamiątkę i
kiedy myślę o tym, że czas już wrócić znów na Jarząbczy Wierch, na wierzchołek
wchodzi młody chłopak. Dzięki niemu mam zdjęcia, które udokumentowały mój pobyt
u sąsiadów na „nielegalu”. Odwdzięczam się tym samym, chwilę rozmawiamy i powolutku
schodzę znów na Jarząbczy Wierch.
Kiedy jestem
w połowie drogi jestem zmuszona stanąć i poczekać, bowiem drogę w poprzek
pokonują inni turyści, a w zasadzie mieszkańcy tych terenów, czyli kamziki.
Stoję, czekam, głośno proszę by już sobie poszły, bo ja chcę tylko przejść.
Zastanawiam się, czy może one tak stoją i na mnie patrzą, bo liczą na jakąś
łapówkę w postaci smakołyku? I tak sobie gadamy, mądre oczy na mnie zerkają, a
czas leci… W końcu podchodzę jeszcze bliżej i kozice schodzą łaskawie na
zbocze. Z uśmiechem na ustach ląduję na Jarząbczym Wierchu, a tam kolejne
stadko. A może to to samo, tylko przodownicy poszli na zwiad? Największe ochy i
achy wzbudzają młode, które posłusznie trzymają się swoich mam. Mają takie
śliczne pyszczki. Dostają swoją porcję foto sesji.
Godzina
15.00 to czas najwyższy, by schodzić ze szlaku. Wszak do pokonania jest jeszcze
cała dolina niemalże. Powolutku schodzę wąską ścieżynką. Ponownie ostrożnie
stawiam kroki i…. na własnej skórze doświadczam działania grawitacji J.
Na skalnym rumoszu nogi rozjeżdżają mi się jak na lodowisku. Nie pomagają kijki,
które dziwnie lecą do góry, zamiast stawić opór lecącemu ciału. Intuicyjnie
robię przysiad i dopiero wtedy jeden z kijów wbija się w podłoże. No, to moje kontuzjowane
biodro na pewno powie mi wieczorem dzień dobry. A może nawet nie doczekam
wieczora i już zacznie krzyczeć. Auła! Na pomoc rusza mi znajomy z Jakubiny.
Szybko podnoszę się z ziemi, głośno mówiąc: nic mi nie jest! nic mi nie jest! J
Lekko utykając schodzę na Kończysty Wierch.
Bezpieczniejszy fragment po zejściu z Kończystego Wierchu. Szlak trawersuje Czubik i dalej widoczne zejście z boku Trzydniowiańskiego Wierchu
Tam
odpoczywam przez mały ułamek chwili i znów po piargu schodzę w kierunku
Trzydniowiańskiego Wierchu. Po drodze wspieramy się duchowo z panią, której
odpadła cała podeszwa z trekkingowego buta pewnej znanej firmy. W myślach
dziękuję moim butom, które nie są ocenione jako genialne ale genialnie się
spisują.
Znów
trawersuję bokiem Czubik i nie dochodząc do Trzydniowiańskiego Wierchu, schodzę
na czerwony szlak, prowadzący do Doliny Jarząbczej. Zanim dojdę do Doliny
Chochołowskiej, miną ze dwie godziny. I znów mam piarg pod nogami, a potem
jakby tego było mało, to szlakiem płynie sobie potoczek, a konkretnie Czerwony
Potok. Otuchę dają mi kwitnące połacie fioletowego wrzosu i wystające korzenie
ściany lasu. Reszta pozostanie milczeniem…
Dolina Jarząbcza - świątek, na połączonym szlaku czerwonym z żółtym Szlakiem Papieskim, zawiera drewnianą figurkę Matki Bożej Ludźmierskiej Królowej Podhala
Idę i idę,
pokonuję kolejne błotka, ścinkę drzew, czuję zmęczenie i biodro. Robię już małe
przystanki, gdyż czas nagli. Wreszcie słyszę więcej głosów. Znak to nieomylny,
że zbliżam się do Doliny Chochołowskiej. Wychodzę prosto na szałasy. Przy
drodze leżą ludzie i łapią ostatnie promienie słońca.
Jeszcze tylko fotka przy
milusiej tabliczce… Tak, czasem w obliczu chamstwa czy głupoty czuję, jak
rozdwaja mi się język.
Idąc rano
widziałam kartkę, że kolejka turystyczna Rakoń kursuje do 18.00. Jak się zbiorę
w sobie, to zdążę na ostatni kurs z Polany Huciska. Zaoszczędzę kolejną
godzinę.
Jakież jest
moje zdziwienie gdy docieram do polany… Kartka, na której ktoś odręcznie
napisał, że kolejka kursuje do…17.00. wprawia mnie w lekki nerw. Ale na
szczęście tylko chwilowy. Siadam na ławie, chwytam ostatni, zimny już łyk
herbaty. Zastanawiam się czy będę miała czym wrócić na kwaterę. Ostatnio mniej
busików jeździ dołem, większość leci górą, przez Kościelisko. Zagryzam rozterkę
czekoladą i z myślą, że pomartwię się potem, dziarsko ruszam w drogę, żegnana
nerwem innych osób, które doczłapały się do polany.
Na Siwej
Polanie melduję się koło 19.00. I wielkie yuppie!, bowiem jeszcze jeden,
ostatni busik pojedzie do Zakopanego dołem. Ale muszę na niego jeszcze
poczekać. Dogaduję się z kierowcą, żeby beze mnie nie ruszał, a ja pójdę obok do karczmy cosik zjeść na
ciepło. Kiedy siadam, czuję biodro. Czuję też nogi, które pulsują. Zmęczenie i
głód powodują, że trzęsą mi się ręce. Taka zapłata za dzisiejszy trud wędrówki.
Ale lubię to, bo właśnie wtedy, gdy zima dopada mnie w Warszawie, kiedy
tęsknota za kotką staje się nieznośna, uruchamiam swoje wspomnienia i mogę napatrzeć
się na te widoki, które nie tylko są w mojej głowie, ale i na licznych zdjęciach.
I magia gór trwa, mimo niesprzyjającej aury za oknem.
Na koniec
ponownie zacytuję fragment z artykułu o Štáflach. Tym razem będą to słowa
Vlasty:
„… Gdy sobie
teraz przypominam odczucia człowieka siedzącego gdzieś tam na wierzchołku, ze
wzrokiem zwróconym ku bezkresnemu łańcuchowi szczytów, oraz roziskrzone doliny,
chcę zamknąć oczy i odlecieć tam, gdzie znajdują się swoboda i wolność. To
dziwne, ale często nachodzą mnie takie myśli. Jest w tym wspaniała siła,
podobnie jak w ogóle w górach. Człowiek może się w nich nauczyć umiejętności
postawienia sobie celu, podążania za nim z absolutnym poświęceniem i
osiągnięcia go. Potem wystarczy tylko zamienić góry z życiem. Góry nauczą
człowieka wielu rzeczy. Również tego, jak intensywnie i z powagą przeżyć własne
życie…”( Hubert Jarzębowski, „Tatry” nr 57, lato 2016)
Zatem do
następnej wędrówki!
Hej!










































































