NORWEGIA PO RAZ PIĘTNASTY,
CZYLI FIORDY TO NAM Z RĘKI JADŁY,
A TROLLE TYLKO SIĘ ŚMIAŁY
Termin: 19 - 26 lipca 2026 r.
Uczestnicy: Kasia, Magda, Marcin, Tomek i Duśka
Trasa opisana w poście:
20 lipca: Ålesund - wyspa Runde
Nocleg: Goksøyr Camping na wyspie Runde
Pokonana trasa 20 lipca: ok. 82 km samochodem (w tym ok. 8 km promem)
Dziennik podróży, dzień 2:
Pierwsza noc w namiotach przespana, jakby nam odcięło prąd. Chyba zmęczenie i podniecenie podróżą, ale też wysiłkiem po zdobyciu pierwszej góry zaraz po przyjeździe i ogólna euforia bycia w Norwegii, dały efekt totalnej padziochy. I dobrze, bo całkiem wyspani mogliśmy zacząć dobrze dzień. A ten zaczął się oczywiście od kawy i śniadania (w moim przypadku, oczywiście od herbaty z sokiem malinowym z cytryną). Zaraz po zwinięciu namiotów wybraliśmy się na małe zwiedzanie Ålesund.I na dzień dobry zaczęły się schody na parkingu :) Tomek z Magdą zdążyli zapłacić za pozostawienie samochodu. Przed Marcinem, który miał płacić za nasze auto, weszło dwóch innych turystów z Niemiec, którzy... zablokowali nam z trzy razy parkometr... No zaczęliśmy pomału tracić cierpliwość, aż w końcu chyba panowie się kapnęli, że blokują kolejkę do zapłaty i marnują nasz czas. Chcieliśmy im pomóc, ale na nic się to zdało. Albo mieli nieważną kartę, albo nie wiem co. W końcu po jakimś czasie udało się nam dostać upragniony paragonik, który powędrował za szybę samochodu. Mogliśmy wyruszyć na zwiedzanie.
Herb miasta - łódź rybacka i trzy srebrne ryby, jako nawiązanie do miasta portowego, żyjącego z rybołóstwaO samym mieście już pisałam przy okazji mojej wizyty w nim dwa lata wcześniej, nic się nie zmieniło, nadal zachwycam się tym secesyjnym miastem. Przypomnę tylko, że Ålesund podniosło się po wielkim pożarze na początku XX w. i zostało odbudowane w stylu secesji, więc sporo domów ma dekoracje zwieńczone falistymi liniami i kwiecistymi wzorami. I uchodzi za jedno z najładniejszych miast Norwegii. Przeszliśmy sobie po nadbrzeżu, a także najbardziej dekoracyjną ulicą miasta. Nasze serca skradły... pomyślicie, że wystawione trolle, ale nie... grube, mięsiste i fajne bluzy z napisem NORWAY :) Dwie, w kolorze błękitu i zieleni militarnej powędrowały do Madzi i Duśki. I dumnie je potem prezentowałyśmy na zdjęciach. Okazało się, że mamy też jednakowe spodnie, więc radości ciąg dalszy. Przypomniało mi się, że w dzieciństwie nie znosiłam, jak mama ubierała nas z siostrą w jednakowe sukienki czy sweterki. Wyglądałyśmy jak królowa Elżbieta i jej siostra Małgorzata, kiedy były małymi dziewczynkami. Jak bardzo silne było wówczas u mnie, poczucie wyjątkowości i unikalnego wyglądu. Co w chwili obecnej, nie robi mi żadnej różnicy, a wręcz umawiałyśmy się z Magdą na tą samą garderobę danego dnia ;)
Mam sentyment do tej kamienicy - pokazałam grupie moje mieszkanie narożne na parterze, gdzie mieszkałam w czasie mojego pierwszego pobytu w mieście
Pomnik Pera Bolstada (1875 - 1967), norweskiego muzyka i kompozytora, pierwszego skrzypka, który propagował muzykę ludową z regionu Sunnmøre. Kiedy w 1928 roku oślepł, muzykę pomagała mu pisać jego siostrzenica, nadal jednak jego zespół był bardzo popularny w kraju, grał także w radiu.W Ålesund nie tylko bluzy zostały zakupione. Pobuszowaliśmy sobie w sklepach z pamiątkami. Bo przecież magnesy z trollami to zawsze miła rzecz, gdy się zimą wspomina wakacje i beztroski czas urlopu. A te z nas się tylko śmiały z każdego miejsca, czy był to kubek, magnes, czy choćby otwieracz do piwa ;)
Jak zwykle uśmiechnięty jegomość ;) A kurtki w barwach flagi norweskiej pojawiły się wraz z falą popularności norweskich piłkarzy, którzy wrócili w czerwcu na Mundial po 28 latach przerwy.Skoro poprzedniego dnia zdobyliśmy Cukierka, to tym razem wspięliśmy się na Akslę, która dumnie wypina się nad miastem. Po pokonaniu ponad 400 schodów (dokładnie 418 i dobrze, że o tym po drodze informują, bo przestaliśmy liczyć w połowie), licznych przystankach na rampach widokowych, łapaniu oddechów, bo widoki dech zapierały (no przecież, że nie nasza kondycja! ;) ), osiągnęliśmy szczyt góry z punktem widokowym przy kawiarni Fjellstua. Po drodze spotkaliśmy rodaków i okazało się, że to prawie sąsiedzi Tomka z czasów, kiedy 1 września obowiązkowo szedł do szkoły, czyli jakby w zeszłym roku ;) Od nich dowiedzieliśmy się, że w kawiarni pracuje Polka, a jak zamówimy kawkę, to mamy taras widokowy za darmo. Oczywiście, że na stół wjechała kawa, cynamonki i coś, co było jakimś zawijańcem z makiem, podobno bardzo dobre, ale jak może być dobre coś, co ma mak... ;) Grupa twierdziła, że było lepsze, niż cynamonki... Nie dam się nabrać ;)
W parku pod Akslą rośnie piękny okaz araukarii. Inny jej okaz widziałam w Stavanger na prywatnej posesji.
Proszę Pani, On mnie ciągnie! Nie ciągnę, zabezpieczam. Nasi duzi chłopcy... dobrze, że z poczuciem humoru :)Chwilę posiedzieliśmy na górze, porozmawialiśmy z naszą rodaczką, podelektowaliśmy się miejscem, w którym gościła także królowa Sonja (od 28 sierpnia 2026 roku, po śmierci króla Haralda V - Królowa Wdowa) i poszliśmy na taras restauracji. Stamtąd rozpościera się przepiękny widok na całe miasto. Jest wręcz pocztówkowy. Oczywiście obowiązkowo poszły w ruch aparaty, no bo jak tu nie robić zdjęć, gdy pogoda jest idealna, a co w tej części Norwegii nie jest takie oczywiste. Z całej grupy tylko ja byłam w Ålesund wcześniej, więc patrzyłam na uśmiechy na twarzach pozostałych uczestników. I wciąż zastanawiałam się, co stało się z tymi puzzlami, które miałam z tym właśnie obrazkiem na 1000 elementów... :)
Jak się weszło na szczyt, to trzeba też z niego zejść. A to już trochę obciąża kolana. Powolutku jednak zeszliśmy do parku miejskiego, by podejść pod jedyny ocalały z pożaru dom, który jest najstarszym budynkiem w mieście. Przemieszczając się w kierunku samochodów, które pozostawiliśmy na parkingu obok urzędu miasta, wstąpiliśmy jeszcze do sklepu spożywczego, poczynić zapasy na kolejne dni. I ruszyliśmy dalej, ku przygodzie.
Rzeźba "kotki, którą było tak okropnie trudno zjeść", autorstwa Skule Waksvika, pochodzi z bajki ludowejJedyny, ocalały z pożaru dom w mieście. Dziś mieści się w nim muzeum.
Naszym celem wyjazdu do tego kawałka Norwegii, było zobaczenie maskonurów, które w tym czasie przylatują na lęgi na stałym lądzie. Wszyscy jeżdżą zobaczyć je głównie na Islandii, skalistych wybrzeżach Irlandii, Anglii, Szkocji lub Kanady, Svalbardzie czy Wyspach Owczych. Ale mało kto wie, że także upodobały sobie jedno miejsce w Norwegii.
Zrobiłam to zdjęcie z fotografii na planszy, na wypadek, gdybyśmy jednak nie zobaczyli żadnego maskonura :)Wyspa Runde to ptasi azyl. Na stromych klifach gniazdują nie tylko sympatyczne i pocieszne maskonury, ale także inne gatunki ptaków jak mewy, alki, kormorany, głuptaki, itp. Liczba ich przekracza 500 tysięcy gatunków, z czego maskonury stanowią pary w liczbie ponad 100 tysięcy. Patrząc na te latające stworki, ma się wrażenie, że jest ich strasznie dużo, przy czym trudno ustalić, ile to dużo wynosi :) Dla porównania wyspę Runde zamieszkuje około 120 mieszkańców.
Po drodze czekała na nas przeprawa promowa w Sulesund. Prom do Hereid kursuje co pół godziny, ale nam się udało dostać na niego praktycznie od razu. I co najważniejsze oba nasze auta były na jednym promie ;)
Po drodze czekała na nas przeprawa promowa w Sulesund. Prom do Hereid kursuje co pół godziny, ale nam się udało dostać na niego praktycznie od razu. I co najważniejsze oba nasze auta były na jednym promie ;)
Po dotarciu do miejsca, gdzie znajduje się jedyny kemping na wyspie, martwiłam się, czy uda się nam dostać gdzieś kawałek trawy do rozbicia namiotów. Dzięki temu, że dojechaliśmy około 16.00. i dookoła byli raczej sami kamperowcy, a także dzięki właścicielowi kempingu, który stara się upchnąć wszędzie, gdzie się da, wszystkich, którzy przyjeżdżają na wyspę, rozbiliśmy nasze domki obok siebie i innych namiotów. I tu uwaga: ponieważ Goksøyr Camping, to jedyny kemping na wyspie, będącej rezerwatem przyrody, warto w sezonie wybrać się wczesnym popołudniem. To nic, że potem trzeba zaczekać na spektakl natury, ale przynajmniej ma się miejsce do spania. Ja miałam wrażenie, że właściciel magicznie rozciąga teren pod namioty i kampery.
Przygotowaliśmy sobie miejsce pod nocleg i jakoś tak wyszło, że zrobił się wieczór (oczywiście w teorii, bo jasno było). Ubraliśmy się ciepło i ruszyliśmy zapolować z aparatem na maskonury.
Najpierw mieliśmy do przejścia kawałek drogi przez puste pola, na których powiewała jedynie trawa i bielące się wełnianki. Przez wąskie kładki szliśmy gęsiego ku krańcom lądu, spodziewając się, że będzie sukces, jak zobaczymy chociaż jednego maskonura :)
Bramka na szlaku, którą należy za sobą zamykać, aby pasące się owce nie wychodziły poza miejsce wypasuPrzy pierwszych klifach wpadliśmy w zachwyt, który nam towarzyszył w przeciągu kolejnej doby, a nawet i później. Dało się odczuć obecność tych pięknych ptaków, ale w sumie...nie wiele można było zobaczyć. Stworki tak szybko latały, że nie można ich było uchwycić w obiektyw, a na tle morza wyglądały jak małe, czarne kropeczki. Gołym okiem ledwie można było wypatrzeć je na skałach. A kiedy już je zobaczyliśmy, to wszystkie zoomy poszły w jedno miejsce ;)
O i orzeł, znaczy się maskonur wylądował ;) Na znak pokoju wysunął swoje nóżki do przodu, bo tak mają w zwyczaju ;)Przyjmowane przez Tomka pozy przy robieniu zdjęć wywoływały salwy śmiechu. Otóż Tomek zakupił sobie w Ålesund, żółtą kurtkę softshellową. Nosił ją z dumą (nic dziwnego, bo to fajna kurtałka), także na wyspie. I właśnie w niej leżał na ziemi, by lepiej uchwycić cudowne ptaszki. Robił zdjęcia z poświęceniem, można rzec. A takie dwie, czyli Madzia i Duśka, stały nad Nim i śmiały się, że jaki piękny okaz maskonura nam się trafił :) Do tego Magda stwierdziła: a jaki ma żółty brzuszek! Duśka dodała: a jakie żółte plecki! :) :) :) I w tym momencie przechodząca obok nas Pani, zasłyszawszy język polski, odparła: co Panie mówią, przecież maskonury mają białe brzuszki i czarne plecki! Nie zawsze trzeba wszystko brać tak dosłownie... A my mieliśmy jeszcze lepszy nastrój.
W tym samym czasie Kasia z Marcinem podglądali ptaki przez lornetkę. Samo namierzanie zwierząt było fascynujące, a gdy się je zobaczyło, zachwyt gonił zachwyt, choć czasem zwierzaki zlewały się ze skałami. Do tego sceneria i teoretycznie zachodzące słońce. Nic więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy. A jednak... potrzebowaliśmy informacji od innych Polaków, schodzących z wyższych partii wzgórza ;) Tak, Polacy są wszędzie, nawet na krańcu świata ;) I to od nich właśnie dowiedzieliśmy się, że wyżej są barierki (byliśmy w końcu w ptasim azylu), a maskonury leżą bardzo blisko. Obraliśmy zatem kierunek na wzgórze...
W tamtym momencie nic mi do szczęścia nie było potrzebne. Radość w sercu, jaką czułam, jest nie do opisania...W tym miejscu warto powiedzieć ze dwa słowa na temat samych ptaków. Puffiny, czyli maskonury, to średniej wielkości ptaki wodne z rodziny alk. Żyją głównie na wodach arktycznych i północnego Atlantyku. Mimo tego, że patrząc na nie, wydaje się, że jest ich milion w kadrze, to jednak jest to gatunek zagrożony wyginięciem. No cóż, ptaki nie mają co liczyć na 800 +. Jedynie na naszą uwagę i troskę o środowisko.
Sam ptaszek jest zabawnym stworkiem, wyglądającym, jakby wiecznie był czymś zmartwiony. Na pierwszy rzut oka, widzi się jego upierzenie. Z wyglądu podobny jest do pingwina, którego ktoś uparcie wpychał pod szafę. Jest czarno-biały, krępy i ma pomarańczowe nóżki. Do tego ma silny, krótki i garbaty dziób.
I tu kilka ciekawostek na temat tego dzioba i samych puffinów. Kiedy widzimy jego kolorowy, spłaszczony dzióbek, to znaczy, że jest to ptak w okresie zalotów i lęgów. Poprzeczne szaro, żółto, pomarańczowe pasy, zwane karbami, służą do pokazania się zalotnikom z jak najlepszej strony. Przy czym nie można stwierdzić jednoznacznie, czy osobnik, na którego patrzymy, to ON czy ONA ;) Maskonury mają specjalne wyżłobienia na dziobie, a w gardle dodatkową kość, a wszystko to po to, by móc za jednym zamachem, przytachać na chatę do dziesięciu ryb w poprzek dzioba i stwierdzić "kochanie, załatwiłem nam obiad!" :) Dziób na tyle zainteresował naukowców, że wzięli go pod lupę i stwierdzili, że dziób jest fluorescencyjny. Pewnie dlatego, że w oceanach oszczędza się na prądzie i mają tam kiepsko z oświetleniem, a człowiek, tfu, puffin, jakoś pokarm zdobyć musi. I może właśnie dlatego te jego czarne kreski przy oczach są oznaką zmartwienia.
Kiedy już maskonur płci męskiej upoluje sobie maskonura płci żeńskiej (lub odwrotnie, bo kto ich tam wie), wówczas zasłonka opada i zaczyna się szare życie. Dosłownie. Bo dzioby szarzeją, upierzenie też, a nóżki stają się ledwo żółte. Jest to tzw. szata spoczynkowa. A jak amor strzeli w dwa maskonury, to już są ze sobą na zawsze, póki śmierć ich nie rozłączy, bo rozwodów chyba nie przewiduje ich prawo, ustanowione przez kolonijną starszyznę.
Puffiny mają na ogonie gruczoł z wydzieliną, którą tym swoim, spłaszczonym po bokach, dziobem rozsmarowują po całym ciele, jakby nożem rozsmarowywały masło, tworząc w ten sposób wodoodporny płaszcz. Dlatego często można je zobaczyć jak tam gmerają sobie przy ogonie. I z tego kolorowego dzioba, tylko na lądzie da się słyszeć "gruchanie" . Oczywiście, jeśli w pobliżu nie znajdują się mewy, które jak wiemy kradną jedzenie nie tylko ludziom i zagłuszają nawet sygnalizację dźwiękową na przejściu dla pieszych.
Puffiny mają na ogonie gruczoł z wydzieliną, którą tym swoim, spłaszczonym po bokach, dziobem rozsmarowują po całym ciele, jakby nożem rozsmarowywały masło, tworząc w ten sposób wodoodporny płaszcz. Dlatego często można je zobaczyć jak tam gmerają sobie przy ogonie. I z tego kolorowego dzioba, tylko na lądzie da się słyszeć "gruchanie" . Oczywiście, jeśli w pobliżu nie znajdują się mewy, które jak wiemy kradną jedzenie nie tylko ludziom i zagłuszają nawet sygnalizację dźwiękową na przejściu dla pieszych.
Część na klifie, na której ptaki odpoczywają najbliżej ścieżki, odgrodzona jest sznurkiem. Zresztą ludzie starają się tam mówić szeptem i nie wykonują gwałtownych ruchów, aby nie płoszyć i nie stresować sezonowych mieszkańców wyspy. Foto: MagdaCzy wiecie, że maskonury to jedynie ptaki morskie, które potrafią podrapać się po plecach znalezionym patykiem? Spryciarze. Kiedy lecą do gniazda, to lądując, szeroko ustawiają skrzydła i wysuwają nóżkę do przodu, żeby pokazać, że nie chowają pod piórami szabli ni miecza. Bo to w ogóle są nastawione pokojowo do świata ptaszki. Wolą schować na piersi główkę, żeby przypadkiem sąsiad czegoś nie chciał. A kiedy taki jest namolny, to tupią i atakują dziobem i skrzydłami. Albo po cichu z jego norki robią sobie wychodek. Nie to, żeby były złośliwie, ale po co zawracał gitarę? :)
O, temu to na pewno w zeszłym roku zajęli chatę... :) :) :) (Co prawda sprawa była na Islandii, ale i na Runde to się zdarza :) Autor filmu Alessio Mesiano)
Puffiny uprawiają dwa sporty: nurkowanie i lotnictwo. W wodzie zanurkują do 60 m i potrafią w niej wytrzymać przez 20-30 sekund. Ja nie wytrzymałabym pod wodą nawet sekundy z otwartymi oczami i tym bardziej z otwartym dziobem, znaczy się ustami. A te małe stworki potrafią. Do tego zrobiły licencję na pilotaż i potrafią machać skrzydełkami 400 razy na minutę. A w czasie lotu rozpędzają się do 90 km na godzinę. Dlatego trudno je złapać w obiektyw, gdy latają jak szalone. Tylko radar to potrafi. Ale nie montują ich na oceanach ani w powietrzu.
Maskonury z wyglądu są milusie, ale mają nieco okrutny system opiekuńczy. W lęgu, począwszy od maja, ptasia rodzina posiada jedno jajo. Niby opiekują się razem, jak w normalnej rodzinie. Siedzą jednak obok jajka, okrywając je skrzydłem. Nie siadają na nim jak kura na grzędzie. Jajo z dzieckiem w środku wykluwa się w głębokiej norze wyściełanej trawą i morskim dywanem po 38 do 49 dniach oczekiwania. I jeśli myślicie, że rodzice szykują się na baby shower i fajerwerki z okazji pierwszego dnia szkoły - nope... Rodzice karmią noworodka rybami przez około 40 dni, a potem ustawowo przestają mieć jakiekolwiek zobowiązania wobec dzieci i znikają z gniazda. Malec kilka dni czeka z tęsknotą na rodziców i żarcie, a kiedy wypłacze już swoje ptasie łzy, wylatuje z gniazda sam i decyduje się na skok do wody w poszukiwaniu ryb. Okrutne, co nie? Rodzice fundują Ci od razu skok na głęboką wodę, połączony z obchodami 18, po której uznają, że skoro potrafisz łowić ryby, jesteś już dorosły. I tak mogą dożyć w tej dorosłości do 30 lat. O studia i licencję na pilotaż muszą się martwić już same.
To przypomina grupę młodzieży na szkolnym korytarzu, obgadującą kolegów i nauczycieli :) Siedzą, główki latają w każdą stronę i wydają z siebie te "gruchnięcia".
Umiesz tak? Podrapać się dziobem po plecach? Maskonury tak często zasypiają, wtulając w pióra swój dzióbek.Ech, miały być dwa zdania, a wyszedł z tego wykład. Ale sami przyznajcie, czyż nie są to fascynujące ptasiorki? W każdym razie, my byliśmy nimi zauroczeni.
Kiedy podeszliśmy bliżej, całe mrowie ludzi w ciszy obserwowało ptaki. Każdy mówił szeptem, żeby nie budzić śpiących blisko nas ptaków. A te, które nie odpoczywały, latały w te i we w te, wydając te swoje "gruchnięcia". Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani, wydawało się w tej ciszy, że nawet migawki aparatów były za głośne. A puffiny przyzwyczajone do ludzi, tylko czujnie obserwowały, ale bez atakowania gawiedzi. Być może to my byliśmy dla nich atrakcją, ze względu na kolorowe ubrania.
Kiedy podeszliśmy bliżej, całe mrowie ludzi w ciszy obserwowało ptaki. Każdy mówił szeptem, żeby nie budzić śpiących blisko nas ptaków. A te, które nie odpoczywały, latały w te i we w te, wydając te swoje "gruchnięcia". Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani, wydawało się w tej ciszy, że nawet migawki aparatów były za głośne. A puffiny przyzwyczajone do ludzi, tylko czujnie obserwowały, ale bez atakowania gawiedzi. Być może to my byliśmy dla nich atrakcją, ze względu na kolorowe ubrania.
Patrzyłam na te latające cuda świata i w głębi duszy cieszyłam się, że udało się nam je zobaczyć. Organizując wyprawę, wiedziałam w jakim terminie jechać (najlepiej czerwiec, lipiec) i o której wyjść na klify (około godz. 20.00 maskonury wracają z morza na swoje legowiska), ale przecież nie dawało to żadnej gwarancji, że je zobaczymy. Dwa tygodnie po naszym powrocie do Polski, ptaki opuściły wyspę Runde. Dlatego tym bardziej cieszyłam się, że byliśmy świadkami ujrzenia tych zjawiskowych stworzeń. Wstrzeliliśmy się w odpowiedni moment.
Schodząc ze wzgórza zastanawialiśmy się, czy mamy jeszcze siłę iść do wyspowej latarni, ale zgodnie stwierdziliśmy, że latarnię mieliśmy wczoraj, dochodzi 23.00 i trzeba wreszcie zjeść obiad. Zeszliśmy zatem do naszego obozowiska, a w kempingowej kuchni usiedliśmy do wspólnego posiłku. Kuchnia zapełniła się ludźmi, jakby w ogóle noc miała nie nadejść. Część jadła, część grała w gry planszowe, wszyscy rozmawiali. My wymienialiśmy się wrażeniami ze spotkania z maskonurami.
W końcu zlokalizowaliśmy toalety oraz prysznice i najedzeni i umyci, grzecznie powiedzieliśmy sobie dobranoc. Kolejny dzień, to kolejne zachwyty, ale to w następnym poście.
Ciąg dalszy nastąpi...


















































































