O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi.Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

poniedziałek, 13 listopada 2017

Norwegia cz. III : Verdens Ende i Tønsberg

Norwegia po raz pierwszy,
czyli  Duśka na końcu świata

DZIEŃ 4: Środa 30 sierpnia 2017 r.

Kolejny poranek na norweskiej ziemi przyniósł sporo błękitu na niebo. Wobec takiego prezentu nie można przejść obojętnie. Wstaję i po śniadaniu wyruszam z Grażką do jednego z najstarszych miast w Norwegii. Tu się rozstajemy. Graża pędzi na szkolenie, a ja mam tylko półtorej godziny, by spenetrować zakątki tego miasta.
Jestem w Tønsberg, w mieście leżącym w norweskiej gminie Vestfold.


Jedno z najstarszych miast w Norwegii...


Pierwsze wzmianki o tym miejscu pochodzą z końca IX w n.e. a przekazywane były przez sagi wikingów o królu Heraldzie Pięknowłosym. Jednak oficjalnie za początek miasta przyjmuje się 871 rok. Przez wieki była to siedziba królów. Postanawiam zacząć zwiedzanie miasta od korzeni.
Zaczynam od Slottsfjellsmuseet, muzeum historii miasta w przedziale czasowym, głównie dotyczącym średniowiecza. Zawiera także wystawę ze szkieletami złapanych wielorybów. Zostało założone w 1939 r.


Slottsfjellsmuseet u podnórza zamkowego wzgórza


Niestety muzeum czynne jest dopiero od 11.00, więc muszę zadowolić się jedynie widokiem kopii rufy ze statku Oseberg, którego oryginał, znaleziony w 1903 r. stoi w muzeum Vikingskipshuset w Oslo. Jest to statek wikingów, prawie cały zbudowany z dębu.  I stoi przed wejściem do muzeum.


Kopia rufy ze statku wikingów "Oseberg"



Misternie rzeźbiony ślimaczek


Kieruję się zatem w stronę sterczącej samotnie wieży, dziś wizytówki miasta, a dawniej wchodzącej w skład warownego zamku Castrum Tunsbergis, położonego na wzgórzu, a wzniesionego w XIII w. przez króla Haakona IV Starego.


Wizytówka Tønsberg



Pozostałość po zamku Castrum Tunsbergis


Aż trudno uwierzyć, ale była to swego czasu największa tego typu budowla w Norwegii. A potem, o niespodzianko! W 1503 r. przyszli Szwedzi i ją spalili. Czyli nie tylko my zawdzięczamy Szwedom malownicze ruinki.


Tak dawniej wyglądało wzgórze zamkowe


Do dnia dzisiejszego pozostała jedynie wieża, fundamenty murów, zarys kościoła św. Michała z ok. 1109 r. , wielkiej sali króla Haakona IV oraz XIII w. kasztelu obronnego króla Magnusa Prawodawcy.


Pozostałości po zamku



Zarys kościoła św. Michała



Mury zamkowe i panorama ze wzgórza na miasto


Wdrapuję się na wzgórze. Po drodze otwiera mi się łady widoczek na Byfjorden. Siadam na chwilę pod drzewem i moje myśli krążą wokół średniowiecznych wikingów. Łapię łyk herbaty z termosu. Tym samym wracam do rzeczywistości.


W drodze na wzgórze...



... spotkać można pomieszczenia z darnią na dachu



Widok na Byfjorden



Schodki do twierdzy



Wzgórze zamkowe



Byfjorden


Wieża niestety nieczynna. Dopiero od 11.00 a ja wtedy będę już gdzie indziej… Spędzam na wzgórzu kilka miłych chwil. Wokół mnie krążą młodzi ludzie. Obok ruin stoi w kółku grupa ludzi o międzynarodowych rysach twarzy i dyskutuje o religii. Chyba próbują zrozumieć islam. Rozmawiają grzecznie, bez krzyków, fukań i głupich docinków. Z prawdziwą przyjemnością patrzę na tę grupę. Wierzę, że rozmawiają, by zrozumieć to, co dzieje się na świecie. Uśmiechają się, jeden pyta, drugi odpowiada.


Wieża zamkowa



Podpisy królów Norwegii - widać królom przystoi składać autografy na murach



Wieża na tle zamku z brązu



Przy symbolu miasta


Wreszcie schodzę w dół, ku miastu. Wzrok przyciąga strzelista wieża katedry.


Katedra w Tønsberg


Po drodze mijam pomnik księżniczki Kristiny (1234-1262). Była to córka Haakona IV i jego żony Margete Skuledotter. W ramach sojuszu zaręczono ją z Filipem Kastylijskim. Młoda narzeczona opuściła Tønsberg w 1257 r. i popłynęła do Hiszpanii. Cztery lata później, w wieku 28 lat zmarła i została pochowana w kościele należącym do opactwa Cavarrubias w Hiszpanii.


Książniczka Kristina


Zaraz obok, po prawej stronie mijam pomnik Pielgrzyma. Ludzie udawali się z pielgrzymką do kościoła św. Michała, którego zarys jest na wzgórzu.


Pomnik Pielgrzyma


Schodzę w dół do katedry. Niestety, jak większość kościołów w Norwegii, jest ona zamknięta. Odbijam się od drzwi świątyni.


Jeden z drewnianych domów w mieście



Model z brązu dawnej katedry 



Katedra w Tønsberg - widok od strony prezbiterium



Katedra w Tønsberg - widok od frontu



Drzwi do świątyni


W niedalekiej odległości natykam się na pomnik Svena Foyna. Tabliczka przy pomniku głosi, że przybrzeżne polowania na foki mają długą tradycję i zawsze były ważne dla populacji zamieszkującej Norwegię. Foki zostały wkrótce wypędzone z pobliskich łowisk daleko na północ do morza. W ślad za nimi podążyli łowcy.  W 1847 r. Sven Foyn przypłynął statkiem polarnym „Haabet (Hope)” przez lodowiec na wschodnim wybrzeżu Grenlandii, chwytając liczne sztuki. Wkrótce 11 statków, polujących na foki, wyszło z Tønsberg ku północy, na Ocean Arktyczny. Około 700 mężczyzn brało udział w polowaniu. W latach 60. XIX w. Sven Foyn uprzemysłowił wielorybnictwo, udoskonalając prymitywne narzędzia połowu, wykorzystując współczesne wynalazki techniczne jak parowiec czy wybuchowy harpun. Tym samym wprowadził coś nowego w historii wielorybnictwa. Największe wieloryby, do tej pory nieosiągalne, teraz były w zasięgu, co dało początek nowej gałęzi przemysłu.
Z tego, co wiem, Norwegowie wytłukli sporą populację wielorybów, co nie stanowi w ich historii chlubnego zapisu.


Pomnik Svena Foyna


Jakoś tak smutno się zrobiło. Zerkam na zegarek. Mam kilka minut by podejść na nadbrzeże.


Fontanna miejska



Scenka rodzajowa, jedna z wielu, jakie zaobserwowałam w Norwegii


Pierwsze co widzę, to statek DS. Kysten.
Zbudowano go w 1909 r. przez warsztat mechaniczny w Trondheim. Mógł przewozić ładunki i do 150 pasażerów w trzech klasach. Był to nowoczesny statek, z najlepszymi urządzeniami, wyposażony w elektryczne oświetlenie, zasilane z agregatu. W 1951 r. został przebudowny i opalany olejem. W 1964 r. statek został sprzedany i był wykorzystywany jako statek czarterowy do szkolenia marynarzy dla marynarki handlowej. Nazywał się wtedy Askaas. W 1970 r. został zakupiony w związku z nadchodzącą 1100 rocznicą miasta Tønsberg i otrzymał nazwę Kysten 1. Teraz trwają starania, by przywrócić ten statek znów do świetności.


D.S. Kysten



Marynistyczne akcenty na jednym z budynków nadbrzeża


Stoję i patrzę chwilę na to cudo techniki. Jak bardzo świat poszedł do przodu…
Łapię się na tym, że już czas najwyższy, bym przemieściła się w stronę przystanku autobusowego, skąd będę jechać dalej.


Pachnie mi to Vigelandem, ale głowy nie dam sobie uciąć...


Po drodze wpadam na rynek miasta, ale znów nie wzbudza on mojego zachwytu. Co, jak co, ale rynki w polskich miastach, biją na głowę te norweskie. Przemierzam uliczki i pędzę na dworzec autobusowy.


Rynek w Tønsberg



Norweskie stroje ludowe w jednym ze sklepów



Altana w środku miasta


Pouczona przez Grażynę, w co i gdzie mam wsiadać, melduję się w autobusie numer 2, punktualnie o 11.00. Po drodze łapczywie zbieram obrazki do mojej głowy. Jestem chyba jedyną osobą w autobusie miejskim, która robi przez szybę zdjęcia. Tym sposobem docieram na wyspę Tjøme.



W drodze na koniec świata



Życie nad wodą...



Witamy ponownie! To będę czytać wracając z końca świata, tymczasem...



... witamy w Tjøme!



H.L. Bache - bojownik o most wojskowy?



Kościół w Tjøme



Tjøme


Na przystanku Sundene mam wysiąść i zaczekać na drugi autobus. Problem w tym, że wyświetlacz w autobusie nie działa, a kierowca zapomina powiedzieć mi, że to już. Całe szczęście, że w ostatniej chwili wyskakuję z autobusu. I zauważam, że ten był spóźniony, więc z pewnością kolejny mój autobus już sobie odjechał. Drepczę w te i we wte, myśląc, że następny transport jest za godzinę. W moim przypadku godzina to dużo. A na piechotę się przecież nie da! Ku mojemu zaskoczeniu nadjeżdża autobus. I to mój! Wsiadam więc, w 22, który zawiezie mnie do celu. Jak miło! Wysiadam na ostatnim przystanku.
Jestem w Verdens Ende.


Verdens Ende - na skraju oceanu


To punkt na mapie, najbardziej wysunięty na południe w norweskiej gminie Tjøme. Nazwa oznacza dokładnie koniec świata. W snach nawet nie przypuszczałam, że znajdę się na końcu świata! Przez głowę przemyka mi stado przyjemnych myśli. Nie mogę przestać się uśmiechać.


Tam nie da się zabłądzić ;)


Przez chwilę patrzę na stadninę koni. Poza tym ośrodkiem nie ma tu nic większego. Przepiękne zwierzęta właśnie są ujeżdżane.


Stadnina koni na końcu świata



Stadnina koni


A potem idę asfaltową drogą, gdzie według Norwegów już dalej nic nie ma… Ależ przecież jest!


Iść na koniec świata...



Widok na cieśninę Skagerrak


Z tego miejsca rozciąga się panorama na cieśninę Skagerrak z malowniczymi skałkami wystającymi z wody.
Verdens Ende na początku nosiło nazwę Helgerødtangen, zaś obecną nazwę nadali letnicy, przybywający na wyspę, na początku XX w.
Jestem oczarowana. Widok mnie powala całkowicie. Mieszają się we mnie dwa odczucia: spokoju i ukojenia oraz obezwładniającej radości i poczucia mocy. Wieje lekki wiatr. Jest środek roboczego tygodnia, więc ludzi nie jest zbyt wiele.


Skały końca świata...



... z widokiem na cieśninę Skagerrak



Zatoka w Verdens Ende


Niewątpliwie symbolem Verdens Ende jest replika latarni morskiej, wzniesionej tu w 1932 r. Mały, kamienny domek z żurawiem, zakończonym koszem z żelaza, w którym rozpalany był ogień z wrzucanych tam węgli, wskazywał drogę kutrom i łodziom.


Replika latarni morskiej z początku XX w.



Duśka na końcu świata ;)



Przy dawnej latarni morskiej



Widok na zatokę z okienka latarni



Latarnia morska - widok ze skałek



Koniec świata...


Wyspa Tjøme to była głównie wyspa rybaków i marynarzy. To, co dla nas jest malownicze, wciąż stanowi zagrożenie dla statków i kutrów. W pobliżu wyspy spoczywa na dnie wiele zatopionych łodzi. Skala dramatów ludzkich, kiedy ginęli mężowie i ojcowie, była wielka. Stąd też pomnik „Żona marynarza”, który upamiętnia kobiety, które wyczekiwały swych bliskich, wypływających w morze i nie rzadko nie wracających. Mimowolnie skojarzam sceny z filmu „Gniew Oceanu”. Nasila się to, kiedy widzę przepływające łodzie. Siadam na ławce i wpatruję się w horyzont. Co czuły te kobiety?


Pomnik "Żona marynarza"



Przy pomniku łączę się myślami z kobietami wyczekującymi swych bliskich



Cywilizacja na końcu świata ;)



Duśka na końcu świata



Skały Verdens Ende



Pomost z basenem dla niepełnosprawnych



Skały Verdens Ende



Replika latarni morskiej oraz budynek restauracyjny widziane ze skał


Ciepła herbata z termosu i kanapki owiane morską bryzą, przepędzają smutne myśli o marynarzach. Jest tak błogo…
Patrzę na skały, które ukształtował lodowiec ponad 10 tysięcy lat temu. Dziś wchodzą one w skład parku narodowego Færder Nasjonalpark. Wstaję i idę, by przejść się po nich. Z bliska widać, jak fantastyczne przybrały kształty i kolory. Czuję bijący od nich spokój. Tak cierpliwie przyjmują na siebie wodę, którą rozbija ocean. Zdecydowanie miejsce to na zawsze zostanie w mej pamięci.


Pomost między skałami



Skały Verdens Ende



Skały Verdens Ende



Odpoczynek na skałach



Skały mienią się różnymi kolorami



Między skałami tworzą się mini zatoczki



Skały Verdens Ende nadal są niebezpieczne dla łodzi



Gdzieś tam, het, het za horyzontem jest też i Polska



Skały Verdens Ende



Wyrzeźbione przez lodowiec i wodę skały



Większe jednostki pływające pilotowane są nadal przez mniejsze, które nawigują te duże między skałami



Odpoczynek na skałach



Odpoczynek na skałach



Koniec świata



Skały z końca świata a na horyzoncie większy statek



Verdens Ende



Verdens Ende - część jachtowa


Siedziałabym jeszcze długo, gdyby nie fakt, że byłam umówiona na konkretny autobus z powrotem do Tønsberg. Wzrokiem odprowadziłam Verdens Ende. Już wiedziałam, że od tego dnia, mogę w życiu wszystko. Skoro udało mi się dotrzeć samej na koniec świata, to wszędzie dam radę! I tego będę się trzymać.


Mogę wszystko! :)



Marina na Verdens Ende



Pomosty i miejsca dla jachtów



A jeśli przyszło się z psem, można go tu wykąpać :)



Droga na skróty do stadniny koni i przystanku - widok od strony morza



Droga na skróty do skał Verdens Ende - widok od strony stadniny i przystanku


W autobusie są tylko trzy osoby, wliczając w to mnie. Wracam tę samą trasą, wiem, że mam się przesiąść znów na przystanku Sundene. Bo tu autobusy rozdzielają się. Jeden jedzie do Verdens Ende, drugi do Hvasser, na sąsiedniej wyspie.


Mapa gminy Tjøme



Mapa w zbliżeniu: lewy cypel to Verdens Ende, prawy cypel to Hvasser


Dojeżdżamy do jakiegoś przystanku i kierowca każe opuścić pojazd. Co takiego? Nie ma mowy, ja muszę do Sundene! Młoda dziewczyna tłumaczy mi, że na tym samym przystanku zatrzyma się autobus, który już stąd dowiezie nas do Tønsberg. Okazuje się, że ten autobus zjeżdża już do domu, a dzięki przesiadce, nie będziemy objeżdżać wyspy, tylko pojedziemy już prosto. Chwilowy spokój z końca świata ulotnił się. Wraca, kiedy rozmawiam z dziewczyną, moim aniołem w podróży. Na całe szczęście podjeżdża autobus, w którym dojeżdżam o czasie do dworca autobusowego w Tønsberg.


Zabudowa Tjøme



Domki na wyspie



Przykład większego drewnianego domu



Przykład malutkiego drewnianego domku, który z chęcią przeniosłabym na swoją nieistniejącą działkę ;)



Zabudowa szeregowa Tjøme



Podróż do Tønsberg



Tu zdecydowanie życie splecione jest z wodą...



... albo na wodzie



Kościół z cmentarzem na wyspie Tjøme



I znów w Tønsberg


Tam spotykam się ponownie z Grażką.
Tym razem idziemy razem na nadbrzeże miasta. Mamy cudowne nastroje, które wkrótce zaczynają przybierać formę głupawki.
Przy brzegu zacumowano łodzie wikingów. Typowe, charakterystycznie wydłużone, zwieńczone na końcach ślimaczkami misternie rzeźbionymi.


W mieście



Na nadbrzeżu



Łodzie wikingów



Nadbrzeże Tønsberg



Sesja foto obowiązkowa :)



Łodzie wikingów



Ja to bym się bała, że z tej łodzi bym wypadła



Głupawka nadchodzi! :)



Zwieńczenie łodzi wikingów


Uiszczamy kilka koron i bezceremonialnie wchodzimy na pokład, czyli mówiąc krótko, dokonujemy abordażu. A na pokładzie… a hoj kapitanie! Bawimy się na całego. Najpierw penetrujemy wnętrze statku „Saga Osenberg” a potem tego mniejszego „Kristina av Tønsberg”.


Na pokładzie "Sagi Osenberg"



Na pokładzie "Sagi Osenberg"




Na pokładzie "Sagi Osenberg"




Misterne wykończenie "ślimaczka"


Ten drugi statek, został zbudowany na część księżniczki Kristiny, wcześniej wspomnianej, która w 1257 r. podróżowała do Hiszpanii na dużym statku „Snekkje”. Celem jej podróży było małżeństwo z jednym z braci króla Alfonsa X. Statek został zbudowany z dębu, sosny i świerku. Statek ten datowany był na 1260 r.



„Kristina av Tønsberg”




"Ślimaczek" wykończony w innym stylu



Na pokładzie łodzi „Kristina av Tønsberg”



Wikingowie kojarzą się z Norwegią. Zazwyczaj utożsamiani są z rozbójnikami, którzy palili, gwałcili i niszczyli wszystko po drodze. Jednakże byli to waleczni żeglarze, którzy rozwijali handel ( m.in. przywozili jedwab i przyprawy) i kolonizowali nowe tereny. Norwescy wikingowie w większości pochodzili z południowych i zachodnich obszarów kraju. Na potrzeby licznych wypraw, budowali szybkie i łatwe w manewrowaniu łodzie, wśród których, największy strach wzbudzały bojowe łodzie, liczące do 60 wioseł. Ci żeglarze świetnie odnajdywali się na morzu, do nawigacji służył im kompas słoneczny. W walce często stosowali zwartą formację, zwaną murem tarcz. Ich oręż składał się z mieczy, włóczni, toporów i okrągłych, drewnianych tarcz. Używali też hełmów, które chroniły także nos. Przyjęło się, że wikingowie na hełmach mają rogi, choć nie jest to do końca zgodne z prawdą.


Budowa i wymiary łodzi wikingów



Wiking przy budowanej łodzi


Tuż obok łodzi, na wolnym powietrzu jest warsztat, gdzie współcześni wikingowie robią łodzie. Idziemy tam z Grażką.


Gdzie wikingowe bawią się drewnem, tam wióry lecą...:)


Potem chwilę spacerujemy po placyku, gdzie ustawiono dwie rzeźby z brązu.
Jedna z nich to figura wściekłego klauna, wystawiona z okazji jubileuszu 1125 rocznicy powstania miasta.


Figura wściekłego klauna


Druga to postać Jana Teigena, norweskiego śpiewaka, autora tekstów i artysty, który urodził się 27.09.1949r w Tønsberg.


Pomnik Jana Teigena


Tym samym dzień prawdziwego szaleństwa dobiega nam do końca. Jeszcze tylko robimy zakupy i pędzimy do autobusu, który dowiezie nas do domu. W głowie tysiące myśli o skałach z końca świata. O dzielnych wikingach. I o tym, że jutro w planie Oslo. Ciekawe jak będzie…


C.d.n. …

8 komentarzy:

  1. A więc tak wygląda koniec świata. Całkiem przyjemne miejsce. Ładna wycieczka, szkoda tylko, że drzwi do katedry zastałaś zamknięte. Jak widać to nie tylko zmora polskich kościołów.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, że to, całkiem miły oku, kąt na świecie? :) A jeśli chodzi o kościoły w Norwegii, te wciąż zastawałam zamknięte. W Polsce przynajmniej czasami są otwarte kruchty i przez kraty czy drzwi można zajrzeć do środka. Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  2. Ładnie tam na tym końcu świata. A kobiety czekające na mężów i ojców musiały pewnie często żyć w niepewności przez dłuższy czas, bo telefonów nie było i nie wiadomo co działo się na morzu. Jak wiadomo, niepewność jest najgorsza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie właśnie myśli nachodziły mnie, kiedy patrzyłam na horyzont :) A miejsce mnie zauroczyło bardzo... Pozdrawiam cieplutko :)

      Usuń
  3. Cicho i spokojnie z Twojej relacji wynika że jest to idealne miejsce na wypoczynek bez południowego zgiełku który ja wybrałem w tym roku.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak. Było cicho i spokojnie, ale to tylko dlatego, że był środek tygodnia i normalni ludzie wtedy siedzą w pracy. W weekend przyjeżdża tam mnóstwo turystów i samych Norwegów. Myślę, że wtedy magia tego miejsca ulatnia się wraz z morską bryzą. Ściskam! :)

      Usuń
  4. Norwegia jest piękna surwością przyrody, ale miasta rozczarowują. Dla ludzi przyzwyczajonych do zdobień, sztukaterii, gzymsów, portali i malowniczej zabudowy wręcz męczące. Cywilizacyjnie nic miastom norweskim zarzucić nie sposób, ale turysta szybko się zniechęca.
    Godziny otwarcia często są ukladane pod szczyt aktywności turystycznej, a ten w przeciwieństwie do południa Europy, przypada włsnie na godziny późniejsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że Norwegia cała mogłaby być rezerwatem przyrody, tak tam ładnie. Zabudowa miast nie przeszkadza mi tak bardzo, jestem zachwycona drewnianymi domami. Choć przyznaję, rynki rozczarowały bardzo (inne przyzwyczajenia, jak piszesz) a i murowane budynki jakby tak od czapy stawiane. Najczęściej mniejsze sklepy czynne są do 16.00, potem Norwegowie poświęcają czas rodzinie, co może i nawet im się chwali. Ale faktycznie, jakoś na turystów nie są do końca otworzeni, w mniejszych miastach nawet pocztówki nie sposób było kupić. Cóż, pozostaje jedynie uzbroić się w cierpliwość i nie oczekiwać oczekiwanego, a wtedy będzie dobrze ;) Serdeczności! :)

      Usuń