Norwegia po raz pierwszy,
czyli Velkommen
til Oslo!
Część II
c.d. DZIEŃ 5: Czwartek 31 sierpnia 2017r.
Kadłub stateczku,
takiej wodnej taksówki, tnie wody Oslofjordu. Mijam Twierdzę Akershus, ponownie
podziwiam zacumowany pod nią statek pasażerski „Korona Księżniczki”. Patrzę na
położoną niemalże po środku latarnię. Pogoda mi dziś nie sprzyja, niebo jest
zachmurzone i szare.
Wreszcie
pierwszy przystanek, na którym wysiadają ci, którzy zdecydowali się zwiedzić
muzea po środku półwyspu Bygdøy. Miałam na nie chęć, ale czasu niestety nie potrafię
wydłużyć, choć zdecydowanie byłaby to przydatna umiejętność. Ale nie ma tego
złego, co by na dobre nie wyszło, mam powód, by znów wrócić do Oslo i wcale się
nie nudzić.
Muzeum Morskie (z lewej), Muzeum "Fram" z prawej oraz Muzeum "Kon-Tiki" (w głębi) widziane z pokładu stateczku
Pierwszy przystanek, do muzeów w głębi półwyspu. Całkowicie z prawej strony Oscarshall - letnia rezydencja królewska z poł. XIX w.


Przychodzi
jednak pora na mój przystanek. Wysiadam i najpierw kieruję swoje kroki ku
dużemu monumentowi. To pomnik wojowników, żeglarzy, który upamiętnia ich bohaterskie
działania podczas II wojny światowej. Tablica, nieco wytarta i trudna do
przetłumaczenia, głosi, że w owym czasie ponad tysiąc norweskich statków brało
udział w niezliczonych misjach wojskowych i przetransportowały 145 milionów ton
ładunków, mających znaczenie dla zwycięstwa aliantów.
Potem idę w
stronę muzeum, które ogłasza się, że jest najlepszym muzeum w Norwegii. Jeszcze
nie wiem, że będę w tym miejscu zachwycona. No ale skoro się tak reklamują…
Idę.
Najpierw obchodzę postacie z brązu. To ekipa Roalda Amundsena, która zdobywała biegun południowy. Mam mały przedsmak tego, co zaraz zobaczę.
Najpierw obchodzę postacie z brązu. To ekipa Roalda Amundsena, która zdobywała biegun południowy. Mam mały przedsmak tego, co zaraz zobaczę.
Wchodzę do
trójkątnego budynku, który skrywa w sobie wielki statek. Po przejściu bramek i
okazaniu Oslo Pass, wchodzę w zupełnie inny świat. Nie słyszę muzyki, a jedynie
wiatr, który śpiewa na pustkowiu bieguna. Słyszę ruch kry lodowej, kiedy stawia
czemuś opór. Wszystko widzę w niebieskiej poświacie. Frammuseet poświęcone jest
„najsilniejszemu statkowi świata” – „Fram”. Mimowolnie staję się uczestnikiem
wyprawy polarnej…
Dzięki puszczanym w oknach czarno-białym filmom, nawet spożywanie kanapki czy wypicie kawy, jest bardzo przyjemne :)

Pisałam
wcześniej, przy okazji relacji z Larvik, że to właśnie tam powstał ten statek. Jego
architektem był, mieszkający w mieście, Colin Archer. Ten nowoczesny statek
robi wrażenie. Jego konstrukcja i wyposażenie wyprzedzały swoją epokę. Ten
norweski szkuner wybudowany został w 1892r. i jego celem miały być od początku,
ekspedycje polarne.
Obchodzę go
wkoło i zupełnie niechcący dochodzę do wyjścia J Chwila, wracam się, bo przecież muzeum to, nie
składa się jedynie z parteru.
To
niesamowite ile ten statek przeszedł. Najpierw jego gospodarzem był Fridtjof
Nansen, który podróżował nim na biegun północny w latach 1893 – 1896. Dopłynął
nim do Wysp Nowosybirskich, a ponieważ planował dopłynąć do bieguna z prądem
morskim, nie przewidział, że 35 m, dębowy statek, pokryty miedzią, chroniącą go
przed naporem lodu, utknie poniżej linii wody, tuż przy syberyjskim wybrzeżu.
Dlatego Nansen z towarzyszami i zaprzęgiem psów, udał się dalej pieszo. 7 kwietnia
1895 r. osiągnęli najdalej na północ wysunięty punkt, do którego dotarł wówczas
człowiek. Niestety na biegun nie dotarli.
Ale za to, ten podróżnik, nauczony sposobów przetrwania w surowym klimacie od Inuitów (Eskimosów), przeprowadził liczne badania oceanograficzne. W 1896 r. przyszły profesor Uniwersytetu w Chrystianii, powrócił statkiem „Fram” do Oslo. Po powrocie, kiedy zakończył swą karierę podróżniczą, zajął się działalnością społeczną i polityczną. Za pomoc uchodźcom politycznym w opuszczeniu Rosji i wydając im tzw. paszporty nansenowskie, w 1922 r. został uhonorowany Pokojową Nagrodą Nobla.
Ale za to, ten podróżnik, nauczony sposobów przetrwania w surowym klimacie od Inuitów (Eskimosów), przeprowadził liczne badania oceanograficzne. W 1896 r. przyszły profesor Uniwersytetu w Chrystianii, powrócił statkiem „Fram” do Oslo. Po powrocie, kiedy zakończył swą karierę podróżniczą, zajął się działalnością społeczną i polityczną. Za pomoc uchodźcom politycznym w opuszczeniu Rosji i wydając im tzw. paszporty nansenowskie, w 1922 r. został uhonorowany Pokojową Nagrodą Nobla.
W latach
1898-1902 „Fram’em” dowodził Otto Sverdrup. Opłynął on od południa i zachodu Grenlandię
i dotarł do wysuniętej daleko na północ kanadyjskiej wyspy Ellesmere.
Jeśli dziś
myślimy, że jesteśmy mądrzy, bo tak wiele wiemy z geografii czy innych nauk, to
zawdzięczamy to takim odkrywcom jak Nansen, Sverdrup czy Amundsen.
Ten ostatni
podjął się wyzwania zdobycia bieguna południowego. I zamierzał tego dokonać,
właśnie na statku „Fram”.
W latach 1910 – 1912 dopłynął nim do wybrzeży Antarktydy, skąd już na piechotę wyruszył w morderczy wyścig z innym podróżnikiem – Anglikiem, Robertem Scottem. Los chciał, że Amundsen zdobył go jako pierwszy, 14 grudnia 1911 r., a Scott, zdobywszy go miesiąc później, w drodze powrotnej zginął. Wcześniej Amundsen zamierzał dokonać pierwszego zdobycia bieguna północnego, ale uprzedził go Robert Edwin Peary. Dlatego w 1926 r. zorganizował ekspedycję, której celem był przelot nad biegunem północnym. 11 maja z Ny Ålesund, wyruszył sterowiec „Norge N-1”, by po 42h wylądować na Alasce. Do dziś wiele osób uznaje to dokonanie za pierwsze, udokumentowane zdobycie bieguna północnego, unieważniając tym samym, wyczyn Peary’ego. Los bywa przewrotny. Bywa też okrutny. Raz pozwala pławić się w glorii chwały, a raz jedną decyzją ucina szczęście. W 1928 r. Amundsen wyruszył z Tromsø na pomoc przyjacielowi, Umberto Nobile, który zorganizował włoską wyprawę na biegun. Sterowiec uległ awarii i rozbił się o zwały lodu. I choć Nobile oraz siedmiu członków załogi ( a także ukochanemu psu Nobile, terierkowi Titinie) udało się uratować, to samolot, którym leciał Amundsen, nigdy nie dotarł do przyjaciela. Prawdopodobnie uległ on katastrofie w pobliżu wyspy Bjørnøya, choć ani wraku, ani załogi nigdy nie odnaleziono.
W latach 1910 – 1912 dopłynął nim do wybrzeży Antarktydy, skąd już na piechotę wyruszył w morderczy wyścig z innym podróżnikiem – Anglikiem, Robertem Scottem. Los chciał, że Amundsen zdobył go jako pierwszy, 14 grudnia 1911 r., a Scott, zdobywszy go miesiąc później, w drodze powrotnej zginął. Wcześniej Amundsen zamierzał dokonać pierwszego zdobycia bieguna północnego, ale uprzedził go Robert Edwin Peary. Dlatego w 1926 r. zorganizował ekspedycję, której celem był przelot nad biegunem północnym. 11 maja z Ny Ålesund, wyruszył sterowiec „Norge N-1”, by po 42h wylądować na Alasce. Do dziś wiele osób uznaje to dokonanie za pierwsze, udokumentowane zdobycie bieguna północnego, unieważniając tym samym, wyczyn Peary’ego. Los bywa przewrotny. Bywa też okrutny. Raz pozwala pławić się w glorii chwały, a raz jedną decyzją ucina szczęście. W 1928 r. Amundsen wyruszył z Tromsø na pomoc przyjacielowi, Umberto Nobile, który zorganizował włoską wyprawę na biegun. Sterowiec uległ awarii i rozbił się o zwały lodu. I choć Nobile oraz siedmiu członków załogi ( a także ukochanemu psu Nobile, terierkowi Titinie) udało się uratować, to samolot, którym leciał Amundsen, nigdy nie dotarł do przyjaciela. Prawdopodobnie uległ on katastrofie w pobliżu wyspy Bjørnøya, choć ani wraku, ani załogi nigdy nie odnaleziono.
Z takimi
ciekawymi historiami można się zapoznać w tym ekscytującym muzeum. Ponadto na
piętrach, które są jednocześnie galeriami, biegnącymi wokół statku, w fajnie
zaaranżowanych polach, przypominających kry lodowe, prezentowane są fotografie,
mapy, zapiski z podróży polarnych, wyposażenie załogi, rzeczy prywatne,
osobiste itp.
Wyposażenie kajuty. Aż trudno sobie wyobrazić w jak spartańskich warunkach żyli polarnicy, wystarczy spojrzeć na szerokość łóżek piętrowych...
Sprzęty medyczne. Aż ciarki przechodzą, jak się na to patrzy. Co robili podróżnicy jak bolał ich ząb albo mieli zapalenie wyrostka?


Oczywiście
największy podziw i zachwyt budzi sam statek, który po 100 latach odpoczywa na
emeryturze. Można go w całości zwiedzić, wędrując od ładowni, przez kajuty
marynarzy, polarników, aż po górny pokład. A jak zadrze się do góry głowę,
można dostrzec bocianie gniazdo.
Adolf Henrik Lindstrøm urodził się w Hammerfest, na północy Norwegii. Brał udział w trzech najsłynniejszych wyprawach polarnych w Norwegii: wyprawie „Gjøa” oraz 2 i 3 ekspedycji "Fram", najczęściej jako kucharz. Na Antarktydzie był częścią zimowej grupy na lądzie, a na "Framie" był przez dłuższe okresy sam, gdy inni byli na saniach. Jego reputacja i sława wynikają z jego niemal stałego dobrego humoru i doskonałego jedzenia, które robił. Stał się znany jako najlepszy ze wszystkich polarnych kucharzy. Był także pierwszym, który żeglował po całym kontynencie amerykańskim.

Prosto z
głównej sali jest przejście do hali bocznej, nieco mniejszej, gdzie
zaprezentowana jest replika statku „Gjøa”, którym Amundsen w latach 1903 –
1906, jako pierwszy zdobył Przejście Północno – Zachodnie.
Samo muzeum
to nie tylko statki i przedmioty należące do załóg wypraw polarnych. To także
film, ukazujący życie polarników i ciekawostki z nimi związane, prezentowany w
mini kinie.
Jeśli znajdziecie się kiedyś w Oslo, koniecznie odwiedźcie muzeum „Fram”. Nie będziecie żałować, polecam z całego serca. A samo słowo „fram” po norwesku znaczy „naprzód”, więc do dzieła!
Jeśli znajdziecie się kiedyś w Oslo, koniecznie odwiedźcie muzeum „Fram”. Nie będziecie żałować, polecam z całego serca. A samo słowo „fram” po norwesku znaczy „naprzód”, więc do dzieła!
Jedyne,
czego ja żałuję, to tego, że w tym fantastycznym miejscu, nie mogę dłużej
zabawić, by przyjrzeć się lepiej wystawom. Patrzę na zegarek i mam wrażenie, że
wskazówki na nim biegną jak szalone. Idę znów do wyjścia, po drodze przytulając
się do pluszowego łosia i śmiejąc do zabawnych trolli. Wychodzę na świeże
powietrze wyspy Bygdøy.
Daleko nie
idę, bo tuż obok są dwa muzea. Do tego, które chciałam zobaczyć, już nie zdążę
obrócić, bo położone jest po środku półwyspu. Daruję sobie Muzeum Morskie i
wybieram małe, ale bardzo ciekawe muzeum „Kon – Tiki”. A więc, pozostanę w
świecie podróżników i odkrywców.
Muzeum to
poświęcone jest słynnemu, norweskiemu podróżnikowi, Thorowi Heyerdahlowi i jego
ekspedycjom. I tu znów przypomnę, że napomknęłam o nim, przy okazji mojej wizyty
w Larvik, ponieważ tam właśnie urodził się ten podróżnik.
" Granice? Nie widziałem żadnej. Ale słyszałem, że istnieją w umysłach niektórych ludzi" - Thor Heyerdahl. Ten eksplorator udowadniał, że granice są tylko w naszych głowach

We wnętrzu
muzeum zainstalowano tratwę zbudowaną z drewna balsowego, bez użycia gwoździ –
„Kon – Tiki”, na której ten słynny antropolog wraz z pięcioma towarzyszami w
1947 r. w ciągu 101 dni, przepłynął z Peru do Polinezji. Ekspedycja miała na
celu udowodnienie, że dawni mieszkańcy Peru, już w czasach starożytnych,
krążyli po Oceanie Spokojnym. I że to oni, a nie, jak wcześniej sądzono,
emigranci z Azji, zaludnili Polinezję.
W 1969 r.
Heyerdahl zbudował papirusową łódź „Ra”, aby pokazać, że już starożytni
Egipcjanie mogli dotrzeć do Ameryki przez Atlantyk. Wyprawa jednak została
przerwana 500 mil od wybrzeży Barbadosu, z powodu błędu konstrukcyjnego, łódź
traciła stabilność. Jednak podróżnik się nie poddał i zbudował kolejną łódź „Ra
II” (kopia jej znajduje się w muzeum). W 1970 r., po 57 dniach, wyprawa
osiągnęła swój cel i ekspedycja dotarła do Barbadosu.
Także
wyprawa trzcinową łodzią „Tygrys”, w 1977 r. miała za zadanie pokazać, że
możliwa była komunikacja między cywilizacją doliny Indusu a Mezopotamią. Jednak
podróżnicze zapędy eksploratora zostały przerwane przez politykę. Po pięciu miesiącach
żeglugi „Tygrys” został spalony przez Heyerdahla w geście protestu przeciwko
toczącym się konfliktom na Bliskim Wschodzie.
Ten
niestrudzony odkrywca prowadził badania piramid na Teneryfie, organizował
wyprawy badawcze na Galapagos i Wyspę Wielkanocną. Poza tym odbywał jeszcze
wiele wypraw. Opowiadają o nich liczne zdjęcia, eksponaty i multimedialne
prezentacje. Całość dopełniają kamienne rzeźby z Wyspy Wielkanocnej, a także
liczne przedmioty codziennego użytku z Ameryki Południowej i Polinezji.
Archiwum Thora Heyerdahla zawiera kolekcję fotografii, listy prywatne, dzienniki podróży oraz plany i mapy. Archiwum wpisane zostało na listę UNESCO Pamięć Świata, czyli w projekt zajmujący się zachowaniem dokumentów o światowym znaczeniu. Za biurkiem postać wielkiego etnografa i podróżnika Thora Heyerdahla.

Początkowo
nie miałam w planie tego muzeum. Ale wcale nie żałuję, że plany uległy zmianie.
Dzięki temu odkryłam fascynujący świat, który mógł oglądać Thor Heyerdahl. I
pewnie długo bym jeszcze zgłębiała tajemnice Polinezji, gdyby nie mój wewnętrzny
budzik, dzwoniący na alarm, że pora wrócić na przystań i złapać znów stateczek
płynący do City Hall. Z pewną niechęcią wychodzę więc, na pochmurną i deszczową
wyspę muzeów. Jeszcze raz rzucam okiem na muzeum „Fram” i pędzę na przystań.
Droga powrotna przez Oslofjord. Z lewej strony zdjęcia widoczna wieżyczka Oscarshall - letniej rezydencji królewskiej z poł. XIX w
Podpływa ten sam statek z tą samą przesympatyczną panią. Wracam do miasta. Po drodze konsumuję kanapkę i wypijam ostatni łyk herbaty. Deszcz staje się nieznośny. Ufam, że ta moja eskapada nie skończy się katarem.

Podpływa ten sam statek z tą samą przesympatyczną panią. Wracam do miasta. Po drodze konsumuję kanapkę i wypijam ostatni łyk herbaty. Deszcz staje się nieznośny. Ufam, że ta moja eskapada nie skończy się katarem.
Biegnę
niemalże, znów na Karl Johans Gate.
Gdybym znała norweski, mogłabym szybko przetłumaczyć sobie, umieszczone na chodniku, 69 znanych cytatów z dzieł Henrika Ibsena (muszę odwiedzić jego muzeum, jeśli będę jeszcze kiedyś w Oslo). Projekt ten nosi nazwę „Kultura z wyższej półki na poziomie ulicy”. Idąc śladem tekstów można dotrzeć do muzeum Ibsena.
Ja jednak pędzę przez park Studenterlunden na tyłach Teatru Narodowego, by zdążyć na audiencję do króla Norwegii.
Pomnik gwiazdy teatru Wenche Foss, która była także działaczką społeczną i matką prezydenta Oslo. Otwarcie mówiła o nowotworze piersi, na który także chorowała a także wspierała czynnie osoby dotknięte zespołem Down'a
Biegnę na zielone tereny Slottsparken, ze wzniesionym w 1848 r. klasycystycznym, trójskrzydłowym Kongelige Slott, czyli Zamkiem Królewskim, a właściwie pałacem, który jest oficjalną siedzibą króla Norwegii. Jednocześnie budynek zamyka reprezentacyjną ulicę miasta. No co za pech! Nikt mnie nie wita… Żadnego dywanu, kwiatów, orkiestry? Halo! Królowa przyjechała! J Oczywiście samego zamku nie można zwiedzić w całości. Latem, z przewodnikiem można zwiedzić jedynie udostępnionych 15 reprezentacyjnych pomieszczeń. No to jednak nie tym razem… Robię kilka zdjęć. Jestem tu w zasadzie sama. Łapię jakiegoś biegacza, by zrobił mi pamiątkową fotkę. Nie mam już czasu, by okrążyć królewską posiadłość. Nie podchodzę też bliżej, by nie drażnić królewskiej straży.
Przed pałacem stoi konny pomnik Karola III Jana (w Szwecji Karola XIV Jana) Bernadotte, który od 1818 aż do śmierci w 1844, był królem Szwecji i Norwegii
Królewska rezydencja nie jest z zewnątrz jakoś specjalnie okazała, jednak w środku mieści wiele pomieszczeń, z których tylko 15, można zwiedzić z przewodnikiem
Gdybym znała norweski, mogłabym szybko przetłumaczyć sobie, umieszczone na chodniku, 69 znanych cytatów z dzieł Henrika Ibsena (muszę odwiedzić jego muzeum, jeśli będę jeszcze kiedyś w Oslo). Projekt ten nosi nazwę „Kultura z wyższej półki na poziomie ulicy”. Idąc śladem tekstów można dotrzeć do muzeum Ibsena.
Ja jednak pędzę przez park Studenterlunden na tyłach Teatru Narodowego, by zdążyć na audiencję do króla Norwegii.

Biegnę na zielone tereny Slottsparken, ze wzniesionym w 1848 r. klasycystycznym, trójskrzydłowym Kongelige Slott, czyli Zamkiem Królewskim, a właściwie pałacem, który jest oficjalną siedzibą króla Norwegii. Jednocześnie budynek zamyka reprezentacyjną ulicę miasta. No co za pech! Nikt mnie nie wita… Żadnego dywanu, kwiatów, orkiestry? Halo! Królowa przyjechała! J Oczywiście samego zamku nie można zwiedzić w całości. Latem, z przewodnikiem można zwiedzić jedynie udostępnionych 15 reprezentacyjnych pomieszczeń. No to jednak nie tym razem… Robię kilka zdjęć. Jestem tu w zasadzie sama. Łapię jakiegoś biegacza, by zrobił mi pamiątkową fotkę. Nie mam już czasu, by okrążyć królewską posiadłość. Nie podchodzę też bliżej, by nie drażnić królewskiej straży.


Pora wracać
prosto na dworzec. Ale prosto, to za prosto dla mnie.
Najpierw podchodzę
blisko pod budynek Uniwersytetu w Oslo, który został założony w 1811 r. i jest
największym i najstarszym uniwersytetem w Norwegii. W budynku, do którego
wchodzę, mieści się dziś Wydział Prawa.
Posąg Petera Andreasa Muncha, historyka, tłumacza norweskich sag, wujka słynnego malarza Edvarda Muncha

Skręcam w
Universitatsgata. Dochodzę do placu Świętego Olava. Rozglądam się wokół i
wracam to samą ulicą. Po prawej stronie mam duży, XIX w., neorenesansowy budynek.
To Galeria Narodowa. I choć nie lubuję się w malarstwie, to wchodzę na sekundę
do środka. Przynajmniej nie muszę moknąć.
Poraża mnie tłum ludzi. I nie są to wycieczki szkolne, ani z biurem
podróży. Spotykam znów Polaków. Uśmiechamy się, jak to na kulturalnych ludzi
przystało. Nie mogę jednak pozwolić sobie na dłuższe obcowanie z kulturą,
ponieważ pociąg na mnie nie zaczeka.
Idę szybkim
krokiem znów w stronę Jernbanetorget, czyli kolejowego rynku. Tym samym przeskakuję ponownie w
nowoczesność.
Posąg tygrysa. Ten 4,5 metrowy zwierz stoi tu od 2000 r. a postawiono go dla uczczenia 1000 rocznicy dawnej Krystianii, czyli Oslo. Przydomek miasta to "miasto-tygrys" (Tigerstanden) od wiersza Bjørnstjerne Bjørnsona, który opisał walkę konia z tygrysem, gdzie tygrys był symbolem niebezpieczeństw, jakie czają się w wielkim mieście, a koń symbolem spokojnego i bezpiecznego życia na norweskiej wsi.
Melduję się na dworcu na chwilę przed przybyciem pociągu. Zmęczona, ale szczęśliwa. Czekają mnie znów dwie godziny jazdy.
Im bardziej oddalam się od Oslo, tym bardziej przestaje padać. A spektakl na wieczornym niebie, jest godny pędzla najlepszych malarzy.
Jak zwiedzić Oslo w 6h? Szybko, to pewne. Podróż mija mi szybko, po 20.00, odbiera mnie w Larvik, Grażka. W tym miejscu Grażuś, bardzo Ci dziękuję za przygotowanie dla mnie ciepłej zupy i wiedz, że wyjęcie z niej grzybów, za którymi nie przepadam (ślimaki-maślaki), rozczuliło mnie bardzo.

Melduję się na dworcu na chwilę przed przybyciem pociągu. Zmęczona, ale szczęśliwa. Czekają mnie znów dwie godziny jazdy.
Im bardziej oddalam się od Oslo, tym bardziej przestaje padać. A spektakl na wieczornym niebie, jest godny pędzla najlepszych malarzy.
Jak zwiedzić Oslo w 6h? Szybko, to pewne. Podróż mija mi szybko, po 20.00, odbiera mnie w Larvik, Grażka. W tym miejscu Grażuś, bardzo Ci dziękuję za przygotowanie dla mnie ciepłej zupy i wiedz, że wyjęcie z niej grzybów, za którymi nie przepadam (ślimaki-maślaki), rozczuliło mnie bardzo.
I tak minął
kolejny dzień. Wiem, co będę robić następnego, ale teraz pozwólcie, że jeszcze
podelektuję się obecnym. Zatem, do zobaczenia!
C.d.n. …
Pięknie!
OdpowiedzUsuńPolecam książkę Amundsena o wyprawie na biegun. Czysta rewelacja logistyczna, nie będę spojlerował ale oni tam spędzili całá zimę w domku zasypanym śniegiem, z dokladnie odmierzoną ilością żywnosci, alko holu, cygar i opału!).
Tylko Norwegowie byli w stanie przetrwać taki okres (rejs, ciasne kajuty, "zimowisko") bez uszczerbku dla psychiki. To chyba kwestia wielu pokoleń ludzi żyjących przez wiele tygodni w stosunkowo małych norewskich domkach i skazanych na tolerowanie obecności innych w sytuacji w której każdy " południowiec" poszedł by sobie w czorty. Tam ze względów klimatycznych było to bardzo trudne.
Heyerdahl zrobił Kon-Tiki z drewna balsowego nie balsamowego.
Czytałam dużo artykułów o wyprawach polarnych, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że kiedyś się tam pojawię. Dlatego mnie tak to miejsce ucieszyło :) To prawda, że Norwegowie to lud Północy, więc i przystosowanie do ciężkich, zimowych warunków, mają większe i przekazywane w genach :)
UsuńCo do drewna - dzięki piękne! - poprawiłam w tekście. Mea culpa :)
Pozdrawiam serdecznie.
To chyba najlepiej spędzone 6 godzin. Niewiarygodne, ile w tym czasie zobaczyłaś i na jak dużym terenie. Jesteś świętna organizatorką, a zegarek faktycznie masz w sobie. Znów dużo się dowiedziałem nowych faktów, tym razem o odkrywcach bieguna północnego.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Dziękuję ślicznie :) To prawda, to było bardzo intensywne 6h. W dodatku przy deszczowej pogodzie. I choć nigdy Oslo nie było na mojej liście podróżniczej pt. "absolutnie do zobaczenia", to jednak jestem zadowolona, że tam dotarłam i powiem więcej, chciałabym jeszcze tam wrócić. Serdeczności! :)
UsuńZ chęcią odwiedziłabym tego typu muzea. Interesujący post ;)
OdpowiedzUsuńWitaj☺ To do dzieła. Mam wrażenie, że świat pełen jest interesujących muzeów. Tylko trzeba otworzyć szerzej oczy. Wesołych Świąt!😁
UsuńBardzo fajna wyprawa. Ciekawe zdjęcia. Pojechałabym tam. :) Pozdrawiam serdecznie. :)
OdpowiedzUsuńAgnieszko, nawet nie wiesz, co jeszcze może się przydarzyć w życiu :) Może właśnie Oslo? Albo Skandynawia w szerokim ujęciu? Będzie ciąg dalszy opowieści, ale norweską sagę przeplatam innymi wpisami, żeby się nikomu nie znudziło ;) Serdeczności :)
Usuń