Mityczny Karłów,
czyli świadome błądzenie między skałami
Część II: Błędne Skały i Szczeliniec Wielki
Pomimo tego, że Góry Stołowe nie są jakoś specjalnie wysokie, to jednak można się w nich porządnie zasapać. Słyną ze stromych podejść, ale za to później wędruje się po nich całkiem przyjemnie. Trochę jak w innym świecie.
Ciąg dalszy spaceru obejmował Błędne Skały.
Ta tajemnicza nazwa dla skalnych bloków, zlokalizowanych na wysokości 853 m n.p.m. i porozrzucanych tak, że tworzą labirynt, nie wzięła się znikąd. Tak, dobrze się domyślacie. Wzięła się od błądzenia. Zdarzało się, że w skały uciekali przestępcy (także z Czech), a kiedy już znaleźli tam schronienie, nie potrafili z nich wyjść.
Dziś przez teren Błędnych Skał poprowadzona jest ścieżka, więc i zabłądzić trudno, chyba, że... ktoś bardzo chce i nieprzepisowo schodzi z wytyczonego szlaku. Ale nie polecam!
Skalne miasto leży sobie na wysokości 853 m n.p.m. i zajmuje obszar 21 hektarów, które wcześniej były rezerwatem przyrody. Obecnie stanowią Park Narodowy Gór Stołowych. I jak to było w przypadku Skalnych Grzybów, również i tu nasza wyobraźnia ma szerokie pole do działania. Formy skalne przybierają niekiedy fantastyczne kształty, dzięki czemu niektóre z nich mają już swoje stałe nazwy. I tak mamy tu "Kurzą Stopkę" czy "Okręt", "Kuchnię" czy "Tunel". Jedno jest pewne - zabawa jest tu przednia.

Oczywiście skały to piaskowce, które przez wieki ulegały procesom zwietrzenia, erozji. Wcześniej było tu morze, a to, po czym stąpamy to jego dno. Trudno to sobie wyobrazić, ale jest to udowodnione naukowo ;) Czas i warunki atmosferyczne dokonały dzieła, tworząc szczeliny, przejścia, niekiedy tak ciasne, że trzeba iść na wciągniętym brzuchu i z plecakiem w ręku a nie na plecach. Dzięki temu jest więcej śmiechu. I oczywiście łatwiej i zabawniej jest wierzyć legendom, według których jakoby Błędne Skały utworzył sam Liczyrzepa.
Przez kilka lat po wojnie, Błędne Skały były nazywane Wilczymi Dołami. Taką nazwą posługiwali się żołnierze WOP, także dziennikarze czy też autorzy przewodników górskich. Ale nazwa ta nie przyjęła się wśród mieszkańców okolic i turystów.


Mniej więcej, w połowie dnia, kiedy słońce stało w zenicie i żar lał się z nieba, wszyscy myśleli tylko o jednym... Nie, nie o dotarciu do mitycznego Karłowa. O zimnym piwie lub coli. I dlatego zrobiliśmy sobie przerwę w schronisku PTTK Pasterka. Przede wszystkim, słynie ono z symbolicznego grobu serca pozostawionego w Pasterce, co czyni go bardziej intrygującym. Sam obiekt powstał w latach 60. XX w. w dawnym budynku strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza. Budowla powstała w 1926 r. Podobno tu właśnie jest Koniec Świata. Bo tylko tu dochodzi droga. Stąd już tylko piesze szlaki w różne strony, w tym oczywiście do tego naszego mitycznego Karłowa. Sama nazwa schroniska wzięła się od nazwy miejscowości, także Pasterki. A ta, wcale nie od pasterstwa i wypasu owiec na tych terenach, tylko od słowa "pasza", czyli karma dla zwierząt hodowlanych, co w późniejszych latach wzięto za teren wypasu tychże zwierząt. Jedno jest pewne, należy zrobić przystanek w schronisku. Choćby dla zimnego piwa Stolove lub zimnej coli.
I chociaż czas w Pasterce był bardzo przyjemny, to przyszła pora na dalsze atrakcje. A tymi była wędrówka pośród skał Szczelińca Wielkiego. Dla niektórych była to pierwsza wizyta w tym miejscu, dla mnie już druga. Ale odwiedziłam to miejsce dawno temu, więc cieszyłam się na myśl ponownego stanięcia przed schroniskiem na Szczelińcu.

Szczeliniec Wielki to najwyższy szczyt Gór Stołowych, ma 922 m n.p.m. Jak już wspomniałam na początku, zalicza się do Korony Gór Polskich. Dodatkowo ma tę zaletę, że można z niego podziwiać wspaniałą panoramę Sudetów.
Najwyższym punktem Szczelińca Wielkiego jest skała zwana "Fotelem Pradziada", gdyż w swym kształcie przypomina wielki fotel. Niektórzy twierdzą, że to tron samego Liczyrzepy, bo kto go tam wie.
Sam Szczeliniec, którego nazwa nawiązuje do licznych spękań piaskowców, z których jest złożony i tworzących przeróżnej szerokości szczeliny, jest wierzchołkiem rozpoznawalnym. Z wyglądu przypomina trapez porośnięty lasem z wystającymi na czubku skałami, które przybierają rozmaite kształty. Te najlepiej podziwiać z bliska i znów puścić wodze wyobraźni. Tu już, co prawda, skały są wyraźniejsze w swych budowach, przez co skojarzenia są oczywiste. Nie umniejsza to jednak zabawy.
Do tego dochodzi kładka, która wiedzie nas przez skalne labirynty i korytarze, czasem tak ciasne lub małe, że przeciskać się trzeba w kucki. Panuje tam swoisty mikroklimat, a do lipca w najgłębszych miejscach, jak "Piekiełko", zalega zazwyczaj śnieg.
I podobnie jak Błędne Skały dawały schronienie uciekinierom, także przestępcom chcącym uniknąć kary, również i Szczeliniec był ucieczką dla prześladowanych protestantów. Zdarzało się, że odnajdywano ludzkie szczątki pośród skał. To jednak zbyt mroczna strona gór, które dają tyle frajdy.
Od końca XVIII w. szczyt stawał się coraz bardziej popularny, a w dobie romantyzmu, skały przypominające ruiny ogromnego zamczyska, dodawały tylko smaczku. W czeluści Szczelińca Wielkiego zapuścili się m.in. król pruski, Fryderyk Wilhelm II von Hohenzollern, poeta niemiecki Johann Wolfgang von Goethe oraz szósty prezydent Stanów Zjednoczonych, John Quincy Adams. No i oczywiście ja ;) Ale o mnie żadnej wzmianki nie ma... :) :) :)
Kręty szlak turystyczny, który biegnie na Szczelińcu, w sezonie jest płatny. I warto mu poświęcić cały dzień, robiąc sobie przerwę w schronisku PTTK "Na Szczelińcu", które to schronisko wybudowano w 1846 w stylu tyrolskim. Panorama z tarasu widokowego jest piękna zarówno latem jak i zimą. A nad wszystkim czuwa "Małpolud", czyli skała do złudzenia przypominająca King Konga.

My ze Szczelińca schodziliśmy do Karłowa. Ale, żeby nie było... Nie tak prosto! Najpierw musieliśmy pokonać 665 schodów, które w 1814 r. ułożył sołtys Karłowa - Franz Pabel. Był on pierwszym przewodnikiem po Szczelińcu i autorem broszurki o tej górze. Po pierwszej dziesiątce schodów przestałam je liczyć :)
Wreszcie zeszliśmy do mitycznego Karłowa. Jednak istnieje on naprawdę ;) Przywitała nas aleja z kramami, rodem jak z zakopiańskich Krupówek. Co prawda kramiki już się zwijały, jednak zdążyłam zakupić sobie miody, po których już zostało mi tylko wspomnienie. Reszta pobiegła po zakup lokalnego piwa i wszyscy udaliśmy się na obiad.
Myślałam, że wtedy rzuciłam okiem po raz ostatni na masyw Szczelińca. Po godzinie okazało się, że widok na góry będziemy mieć przed sobą jeszcze długo. Utknęliśmy w tym malutkim Karłowie na dobre, bowiem... zepsuł się nasz transport. Czekaliśmy na nowy, który już do nas jechał z... Warszawy! Tym samym złapaliśmy spore opóźnienie w drodze do domu. Do tego, w pośpiechu przerzucane bagaże nie objęły rzeczy, które pozostawiliśmy na siedzeniach. W skutek tego moje okulary do pracy i książka, którą czytałam podczas jazdy autokarem, zostały w zepsutym wozie. Tu ukłon w stronę organizatorów, że następnego dnia wszystkie pozostałe rzeczy były porozsyłane ludziom przez kuriera. Niestety moje oczy w pracy przed komputerem męczyły się przez półtora dnia. Ale lepiej było wrócić w nocy do domu i postawić bezpieczeństwo na miejscu pierwszym, niż jechać przez Polskę wadliwym autokarem. Cóż, takie rzeczy się zdarzają i przyjęliśmy to ze spokojem. Najwidoczniej, Karłów, jak już nas objął swym ramieniem, to na dłużej...

To był weekend między skałami i weekend pełen wrażeń. Nie tylko tych związanych z krajobrazami. W drodze ku górom, kiedy zatrzymaliśmy się na toaletę, okazało się, że jest zamknięta, bo właśnie komuś się tam zmarło. Niefortunne miejsce na zgon, ale kto ma na to wpływ, kiedy go kostucha zawezwie?
Mimo tych smutnych akcentów, całe dwa dni zaliczam do bardzo udanych. Było pełno śmiechu, pięknej pogody i fantastycznych ćwiczeń wyobraźni. Nasze mózgi bardzo się napracowały, nogi zresztą też. Jeśli więc, jesteście jeszcze przed urlopem - rozważcie Góry Stołowe, jako cel Waszej wakacyjnej przygody. Sukces murowany!
Koniec
Ja Góry Stołowe wolę jesienną porą :)
OdpowiedzUsuńDojazd i powrót widzę z przygodami. Grunt, że udało się bezpiecznie wrócić do domu.
W zasadzie to ja góry lubię o każdej porze roku, zawsze mają urok :)
UsuńA wycieczka rzeczywiście była z przygodami. I to takimi nieplanowanymi. Ale teraz jest co wspominać :) No i mimo wszystko wszyscy zadowoleni. I takie wyjazdy z domu to ja szanuję... :) :) :)
A Błędne jeszcze na nas czekają. Za rok postaramy się wrócić.
OdpowiedzUsuńte otwory to nie bańki powietrza - ale faktycznie inkluzje np. wapienne. które na drodze reakcji fizykochemicznych 'wypłynęły" ze swoich gniazd już podczas procesu wypiętrzania się gór.
O tym, że to bańki powietrza, to mówił nam przewodnik po tych terenach, którego mieliśmy (byłam z grupą) i ja mu wierzę. Bo niby po co miałby nas okłamywać? W sumie to i tak nieważne, ważniejsze są przeżycia jakie nam towarzyszą zarówno w Szczelińcu jak i w Błędnych Skałach. Polecam :)
Usuń