O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi. Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

środa, 5 lipca 2023

Słodki post ;)

 

Miejsce o zapachu i smaku czekolady,

czyli co robiłam w słodkiej manufakturze


Czekolada... Już na sam dźwięk tego słowa, moje ślinianki prężą się i czekają na moment, kiedy już zasmakują tego przysmaku. Od dziecka lubię ją prawie w każdej postaci, no może poza gorzką i niektórą deserową. W moim dzieciństwie czekolada nie była powszechnie dostępna, za to wciągało się wyroby czekoladopodobne. Buzie brudziły się tak samo. A endorfiny zawarte w produkcie, zwiększały chęć do robienia kolejnych głupot, za które, za karę, nie można było zjeść kolejnego kawałka przysmaku.


Zachowaj spokój i zjedz czekoladę :)


W ogóle historia słodkiego napoju jest dość ciekawa. Ten wyrób cukierniczy, powstały z nasion kakaowca, początkowo wykorzystywany był jako napój już przez Majów i Azteków. I podobnie, jak wieki później, przeznaczony był dla najbogatszych ludzi. Stosowany jako napój rytualny i jako element modlitw. Zawierał różne dodatki jak wanilię, chili czy też miód.
Przyjmuje się, że nasiona kakaowca pojawiły się w Europie na statku Krzysztofa Kolumba, który w XV w. teoretycznie odkrył Amerykę. Ale, ponieważ na dworze hiszpańskim, nie wiedziano jak obchodzić się z tą rośliną, zaniechano eksperymentów. Dopiero w XVII w. odkryto, że roztarte ziarna kakaowca można zalać gorącą wodą, dodać odrobiny cukru i voila! mamy czekoladę do picia :) W 1828 r. Casparus van Houten Senior opatentował metodę proszkowania nasion kakaowca. Następnie Francis Fry połączył kakao, cukier i rozpuszczony tłuszcz kakaowy, wylał to do foremki i tak powstała pierwsza tabliczka czekolady. A wiecie kto wynalazł konszowanie, czyli mieszanie czekolady? Rudolph Lindt, ten sam, którego wyroby reklamowane są co święta.


Dziś nie jest dla mnie dobrze jeść wiśnie. Czekolada idzie! ;)



Zadzwoń po kawałek - Halo, Czekolada? ;)


Na przestrzeni lat powstawały ekskluzywne pijalnie czekolady - w Polsce znana marka Wedel - jako miejsca spotkań towarzyskich. Czekolada pitna była towarem drogim, ale pożądanym w każdym szanującym się domu. Również pięknie pakowane czekoladki były i są zawsze mile widzianym prezentem (no chyba, że ktoś się wiecznie odchudza, wtedy taki prezent może być uznany za złośliwość).

Generalnie mamy kilka rodzajów czekolady: gorzką, która zawiera co najmniej 70% produktów z miazgi kakaowej, deserową, która ma ich co najmniej 50%, moją ulubioną mleczną, która ma zawartość składników nie przekraczających 50%, do której dodaje się mleko. Dzieci uwielbiają czekoladę białą, która powstała w 1930 r. i nie zawiera proszku kakaowego a masła kakaowego ma nie więcej niż 33%. Ostatnimi czasy do rodzajów czekolad możemy też dodać czekoladę różową, wynalezioną w 2017 r., powstałą ze sproszkowanych nasion kakaowca rubinowego. Ma ona lekko kwaśny owocowy smak i nie dodaje się do niej żadnych barwników sztucznych ani substancji zapachowo - smakowych. Za to do innych można dodać całą masę "dodatków" w postaci bakalii, przypraw, suszonych owoców itp. Każda ma swój smak, konsystencję i wygląd. Każda cieszy ;)


Zajączki wielkanocne - formy tylnie



Zajączki wielkanocne - formy przednie



Formy piłkarzy



Formy ptaszków, w tle stoliki kawiarni w Manufakturze Czekolady


Tyle o historii, pora zajrzeć do pewnej manufaktury czekolady, którą odwiedziłam 10 czerwca 2023 r. 
Hornow - kiedyś osobne miasto, teraz dzielnica miasta Spremberg w niemieckim kraju związkowym Brandemburgii. Tu osiadło małżeństwo Belgów (Goedele Matthyssen i Peter Bienstman), które stworzyło w Hornow czekoladowy raj.


Przed wejściem do świata o zapachu i smaku czekolady...


31 lat temu wrócili oni z Nigerii po czterech i pół roku pobytu tam. Przyzwyczajeni do słynnej belgijskiej czekolady odkryli, że w tym regionie Brandemburskich Łużyc nie ma żadnej fabryki, która produkowałaby ten przysmak. Goedele Matthyssen odbyła praktykę u znanego mistrza czekolady Goossensa w Antwerpii. W 1992 r. zostało przeszkolonych na cukierniczki 50 kobiet z okolic. Z roku na rok, ciężką pracą, firma się rozwijała i dziś ma swoje oddziały w Poczdamie i Dreźnie. Sercem Confiserie Felicitas, bo tak nazywa się manufaktura, pozostał Hornow. To tu mieszczą się wszystkie urządzenia do wyrobu czekolady, całe zaplecze gospodarcze, sklep firmowy oraz kawiarnia. 


Warsztat produkcyjny - miło było patrzeć, jak spod rąk cukierników wychodzą te smaczne cudeńka



Ten napis mnie rozbroił :) :) :) Czekolada jest przeproszeniem Boga za brokuły :) :) :) 




Na terenie fabryczki mieszkają też właściciele, którzy nie spoczęli na laurach, wprost przeciwnie, cały czas ciężko pracują. Dawać radość, to motto małżeństwa. Felicitas znaczy szczęście. A nic tak nie wprawia człowieka w euforię, jak czekolada. Proste, prawda?


Felicitas znaczy szczęście - dawać je ludziom to motto małżeństwa Belgów


Maskotka sklepu - wesoła dziewczynka - to parodia czekoladowej dziewczyny ze słynnego obrazu Jeana - Etienne'a Liotarda "Czekoladziarka". Maskotkę zilustrował Kris Van Alphen.


"Czekoladziarka" Foto: Facebook Muzeum Narodowego w Warszawie



Mini tabliczki z pełnego koziego mleka - batonik z kozą, z pełnego oślego mleka - batonik z osiołkiem, z pełnotłustego mleka króliczego - batonik z królikiem. A na jednej mini tabliczce reprodukcja dziewczynki, maskotki Manufaktury.


Dziewczynka jest też uwieczniona na kubeczkach. A niżej lot balonem - zjesz kawałek i poczujesz się jak w chmurach ;)

O całej historii manufaktury można dowiedzieć się z 15 minutowego filmu w czekoladowym kinie. A czemu to się nazywa manufaktura? Bo wszystkie produkty są wyrabiane, formowane i dekorowane  ręcznie. Każda tabliczka czekolady, każda pralinka czy fikuśna figurka mają swój niepowtarzalny smak. I robione są z sercem. Bloki surowej czekolady przywożone są tu z Belgii i na miejscu wytwarza się różne i smaczne cudowności. Składniki, które dodaje się do wyrobów, pochodzą z regionu Brandenburgii. Nie muszę chyba dodawać, że patrząc na te misterne kształty, żal zjeść takie wspaniałości cukiernicze ;)


Czekolady, czekoladki, pastylki...



Smarowidła do chleba czyli czekolada z truskawkami w słoiczkach oraz tabliczki białej czekolady z solą



Czekolada biała czy gorzka? Wybór należy do Ciebie ;)



Czekoladowe różności


Można je zakupić w dowolnej ilości i z różnych okazji. Jest coś dla smakoszy "na słodko" i "na słono", dla wielbicieli psów i kotów, sportowców, fanów smarowania czekolady na kanapce oraz tych, co gustują w pralinkach o fikuśnych kształtach. A, że Szprewald niedaleko, to i czekoladowych ogórków nie mogło zabraknąć. Słowem, smakowy raj ;) Przygotujcie się na wydatki ;) Nie sposób przejść obojętnie przez ten słodki sklep.




Coś dla fanów piłki nożnej



Czekoladowe ogórki, jak to w Szprewaldzie ;) Powiem Wam, że pyszne!



Dla wegetarian są czekoladowe pieczarki i szparagi :)



Coś dla wielbicieli zwierząt ;)



Jedzenie oczami... :)



Czekolada na prezent, czemu nie? ;)



Pieski, kotki - jak to ugryźć? :)



Dla wielbicieli dzikiej zwierzyny także coś się znajdzie



Podziękowania w formie czekoladowej kartki czy obrazka - jestem na TAK! :)



Podkowa na szczęście - ta czekoladowa liczy się podwójnie



Całkiem pojemne filiżanki, wystarczy dodać ciepłe mleko i mamy czekoladę do picia. Zjeść także można, bo kto łasuchowi zabroni ;)



Połączenie czekolady i ogórka... tak, w Hornow to możliwe :) A jak smakuje!



Tak elegancko i walentynkowo :)



Komuś kukurydzę, albo może orzeszka?



Coś dla osób myślących jedynie o pizzy ;)


Zakupy w sklepie firmowym to nie wszystko. W manufakturze można uczestniczyć w warsztatach dekorowania lub wręcz robienia czekolady. Ja po raz pierwszy doświadczyłam "prawie" profesjonalnego dekorowania medalu z czekolady. Pojęcia nie macie jakie to jest super! Jak to wciąga i wycisza. Kobiety zabrały się do malowania z uśmiechem. Początkowo sceptycznie nastawieni mężczyźni, z uwagą i skupieniem robili własne wariacje na temat. Niesamowite! Ja miałam radochę. Zapach czekolady był bardzo silny, a i kubki smakowe zostały połechtane, ponieważ na początku warsztatów otrzymałam filiżankę czekolady do picia. Na początku troszkę się skrzywiłam, że będzie to czekolada deserowa, ale w smaku była wyśmienita! 


Zaplecze kuchenne w stodole, gdzie odbywają się warsztaty



Medal z czekolady jako baza pod naszą wyobraźnię



Czekolada do picia na początek, co by rozjaśnić myśli i złapać energię do dekorowania ;)



Pierwszy raz, kiedy wykonuję napis z czekolady - taka mała rzecz, a cieszy :)



Kolejna faza zdobienia medalu ;)



Tadaam! Mój pierwszy czekoladowy medal, ozdobiony białą czekoladą, której nadmiar został wessany w mój otwór gębowy ;) Oczywiście motywem przewodnim była róża wiatrów jako logo Cudownego Świata ;)



Prace wrą, pachnie czekoladą 


Po warsztatach, które odbywają się w dużej stodole i są mega profesjonalnie przygotowane, można zajrzeć do małego zoo. Małżeństwo Belgów hoduje tu kozy, króliki, osiołki i daniele. Tego dnia zwierzęta się pochowały, natomiast zobaczyłam dwa osiołki, Felicitasa i Augusta :) 


Felicitas i August zajęci skubaniem przysmaków

I kiedy już zasłodziłam się na dobre, tuż przed opuszczeniem fabryki, spotkałam właścicielkę. Pani Goedele Matthyssen jest niesamowicie energiczną kobietą. Napotkana w trakcie pchania taczki z trawą dla królików, w roboczym ubraniu i z dwoma kapeluszami na głowie, przystanęła i pogawędziła chwilę. Cały czas uśmiechnięta, wyraziła nadzieję na ponowne odwiedziny w jej pachnącym czekoladą świecie. Dla mnie to jest Cudowny Świat, więc jeśli kiedyś nadarzy się okazja, nie powiem jej "nie". Pani Goedele zdradziła swój sekret, że codziennie je do 10 pralinek. To wprost niewiarygodne, że można mieć taką szczupłą figurę! Ale nadmiar czekolady spala przy ciężkiej, fizycznej pracy. Bo choć ma od tego ludzi, nadal sama wykonuje pewne czynności, m.in. takie, jak karmienie zwierząt.
Cudna, pozytywna kobieta. Było mi niezmiernie miło Ją spotkać. 
Jest zatem dla mnie cień szansy, że od czekoladek szlachetne miejsce, gdzie plecy się kończą, nie rozepchnie się do rozmiarów XXL. Tylko skąd ja kozy wezmę? I osiołki moje kochane? :) :) :) 


Właścicielka czekoladowego raju - Pani Goedele Matthyssen - swojska, uśmiechnięta kobieta, dla każdego z życzliwym słowem - tu złapana kiedy pchała taczkę z paszą dla zwierząt, co potwierdza Jej pracowitość, a nie tylko umiejętność zarządzania personelem



Wspaniale jest czuć pozytywną energię od Pani Goedele :)


Jeśli więc całkiem przypadkiem, albo całkiem celowo, wybierzecie się w rejon Spreewaldu, koniecznie wpiszcie sobie w GPS adres manufaktury czekolady w Hornow. To będzie niezapomniany dzień, gwarantuję. Podaję też trochę praktycznych rzeczy:

Adres do dojazdu:
Felicitas Chocolatier 
Schokoladenweg 1, 03130 Stremberg, Niemcy

strona internetowa:  https://www.felicitas-schokolade.de/

Manufaktura czynna jest zazwyczaj od poniedziałku do soboty w godz. 8.00 - 18.00, a w niedziele od 14.00 do 18.00. 

W sklepie firmowym można płacić gotówką lub kartą płatniczą. Na prośbę można też zakupić torbę termiczną, aby zakupiony towar nie rozpuścił się w bardzo ciepłe dni.

Film w Schoko-Kino trwa 15 minut i jest także po polsku. Bardzo ciekawy.

Po terenie mogą przemieszczać się osoby niepełnosprawne ruchowo, także uczestniczenie w warsztatach nie powinno sprawić problemu osobom na wózkach. 

Dla wegan stworzono w manufakturze specjalną czekoladę wegańską. A wegetarianie mogą zjeść czekoladowe szparagi :) 

Czekolady mają krótki termin do spożycia, ze względu na brak wszystkich E-ileś tam, to produkty na naturalnych składnikach, więc najlepsze i świeże są od razu zjedzone. Także po to, by zrobić miejsce na kolejne pyszności :)


Chwila odpoczynku po słodkich zakupach 



Moje "pamiątki" z wizyty w Manufakturze Czekolady. Z prawej strony stoi tabliczka czekolady różowej z kakaowca rubinowego, odkrytego w 2017 r.


Tymczasem idę zjeść kawałek czekolady, a Wy sprawdźcie czy też ją macie, by zapewnić sobie odrobinę szczęścia ;) Słodkiego, miłego życia Kochani!


środa, 28 czerwca 2023

Tatry - Orla Perć: odcinek Kozia Dolinka - Żleb Kulczyńskiego - Granaty

 

Nie tylko dla orłów,

czyli wędrówka 

trzecim odcinkiem Orlej Perci

05.09.2021 r. 


Granaty... Prześladowały mnie od dawna. Kiedy już zebrałam się w sobie, żeby w końcu móc wpisać sobie ich zdobycie w poczet osiągnięć górskich, nieoczekiwanie wyprawa w 2016 r. skończyła się, zanim się zaczęła. No cóż, chęci były, ale z pogodą nie wygrasz. Ta postanowiła uraczyć mnie burzą. A jak się błyska i groźnie mruczy, to rozum nakazuje schować się pod dachem, a nie łapać za żelastwo na szlaku.
Minęło trochę czasu. Rok temu przeszłam drugi odcinek Orlej Perci, który opisałam już na blogu w dwóch wpisach. Tym razem aura zapowiadała się pogodna. Na podorędziu nie miałam żadnych wymówek, które pozwoliłyby mi pozostać w ciepłej pościeli, w zaciszu mojego pokoju u moich podhalańskich przyjaciół. I choć łóżko kusiło i siła grawitacji, jak zawsze o tak wczesnej godzinie, przyciągała nieziemsko, to jednak zwlokłam się z wyrka i zarzuciwszy swój całodniowy dobytek na plecy, powędrowałam ku przygodzie. 


Wychodzę z ciepłego wyrka, księżyc jeszcze świeci, ale nad Rowem Nowotarskim już wstaje nowy dzień...

Granit pod ręką i stopą zawsze cieszy. W dobrym nastroju dojechałam pierwszym busem do Kuźnic, a stamtąd, jak zwykle Doliną Jaworzynki poczłapałam ku ulubionej Dolinie Gąsienicowej. Szłam tamtędy setki razy, ale o jakiej porze bym tam nie była, ukazujący się widok Betlejemki, szałasów i dymu z komina ze schroniska, zawsze wlewa ciepło w moje serce. Oczywiście w porze kwitnienia wierzbówki kiprzycy jest chyba najpiękniejszy. Kiedy wokół wszystko jawi się w odcieniach różu i fioletu. 


Grań Kościelców, okno, które widzę zawsze jako pierwsze



Pierwsze promienie słońca nad budzącą się Doliną Gąsienicową



Wstaje nowy dzień, cienie jeszcze walczą o posiadanie gór


Szybkim krokiem pokonywałam odległość do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Zmierzałam do miejsca, w którym rok wcześniej skończyłam wędrówkę po drugim odcinku Orlej Perci. W tym samym punkcie chciałam rozpocząć kolejny jej odcinek. Rzuciłam okiem, jak zawsze, ku pomnikowi Mieczysława Karłowicza, który stoi w miejscu, gdzie ten wybitny kompozytor spadł z lawiną z Małego Kościelca. I jak zwykle pokonanie progu, za którym znajduje się staw, nie dość, że się dłużyło, to jeszcze wymagało nieco wysiłku. Popędzałam własną kondycję. Chwila przerwy nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, w końcu śniadanie trzeba kiedyś zjeść. Siedziałam pośród innych ludzi, którzy szli w tylko sobie znanym, kierunku. Mój wzrok ślizgał się po stoku Kościelca, patrzyłam jak wędrowcy wspinają się na Karb. Wokół panował spokój. Wczesna godzina i majestat gór wokół onieśmielały turystów. Nawet kaczki, stałe rezydentki stawu, siedziały cicho. 


Przełęcz Karb i Kościelec - widok z poziomu Czarnego Stawu Gąsienicowego


Wreszcie ruszyłam dalej. Minęłam wejście na szlak na Skrajny Granat. Tym chciałam schodzić. Zresztą szlak ten był mi już znany z poprzednich wędrówek, zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Teraz zmierzałam do Żlebu Kulczyńskiego. Wcześniej zatrzymała mnie u jego wylotu niespodziewana burza. Mimo pięknego, niebieskiego nieba. Tym razem jednak nic nie wskazywało na to, żeby miała być powtórka z rozrywki. Stanęłam po tabliczką kierującą mnie ku Granatom. 


Potok przy szlaku w kierunku Zawratu i Koziej Dolinki



Szlak z Doliny Gąsienicowej, widok zza pleców



Nad Zmarzłym Stawem



Szlak na Zawrat



Zmarzły Staw ze szlaku do Koziej Doliny



Za progiem Dolina Gąsienicowa



Dolina Kozia - atramentowa plama Czarnego Stawu Gąsienicowego



Kozia Dolina, Żleb Kulczyńskiego i Rysa Zaruskiego



Rozejście szlaków - zielony na Zadni Granat, czarny do Żlebu Kulczyńskiego



No to Żleb Kulczyńskiego, podejście drugie


Nie do końca wiedziałam jakie warunki są w Żlebie Kulczyńskiego, ale wiedziałam, że najtrudniejszy fragment na tym odcinku Orlej Perci to niemal pionowy Kominek pod Czarnym Mniszkiem. Rok wcześniej pokonałam go, schodząc za nim z Orlej Perci, z drugiego jej odcinka. No cóż, do odważnych świat należy. Chwyciłam za łańcuch...
Pokonywanie Żlebu Kulczyńskiego nie przysporzyło mi żadnych trudności. Żleb został nazwany tak na cześć przyrodnika Władysława Kulczyńskiego, który w 1893 r. wraz z górskim przewodnikiem Szymonem Tatarem Młodszym, przeszedł go jako pierwszy turysta. Mariusz Zaruski, twórca TOPR w 1910 r. uhonorował ten odcinek imieniem Kulczyńskiego. Szlak oznakowany jest jako czarny, ale choć jest to trasa wymagająca, to kolor szlaku nie oznacza skali trudności. Tym kolorem oznacza się krótkie szlaki dojściowe, łącznikowe z innymi szlakami. Ten łączy Dolinkę Kozią, którą przyszłam pod żleb z Przełączką nad Dolinką Buczynową. 
Żleb Kulczyńskiego jest cały zasłany większymi i mniejszymi głazami i kamieniami. Czasem ścieka nim woda, co potęguje ewentualne ryzyko niebezpiecznych wypadków. Rumowisko jest też luźne, więc czasem zdarza się, że stajemy na chybotliwym kamieniu, lub też turyści idący wyżej, mogą nam go  strącić na głowę. 


Droga do Żlebu Kulczyńskiego



I tak przez dobrych kilka minut ;)


Pomimo trudności, mnie osobiście wchodziło się całkiem dobrze i nawet kondycja mnie dogoniła. (Miło z jej strony.) Doszłam wnet do pewnego symbolu w żlebie. A jest nim narysowana na skale czaszka z piszczelami i napisem STOP! Ma ona chronić wspinaczy przed niechybną śmiercią. Pomimo tego, że szlak skręca w lewo pod Kominek pod Czarnym Mniszkiem, to często turyści przerażeni widokiem pionowych i ciemnych ścian, szli prosto, bo wydawało im się, że to właściwa droga. Błądzenie wyprowadzało ich w trudny teren, który dobrze, jeśli kończyło się jedynie wołaniem o pomoc. Gorzej, jeśli takich turystów zastawała śmierć. 


Stop! Mimo, że łagodne wejście zaprasza, by iść prosto...



Symbol czaszki z piszczelami nie jest tam przypadkowo



Kozia Dolina i droga do Żlebu Kulczyńskiego, a nad nią Kościelec - stąd widać jak jest ostry na podejściu


I wreszcie przed oczami miałam pokryte cieniem, ostre ściany Czarnego Mniszka a w nim wąski i niemalże pionowy komin do pokonania. Już nie przerażał, jak za pierwszym razem. Rok wcześniej byłam już zmęczona, chciałam jak najszybciej schodzić, bo czas upływał zbyt szybko, ale skoro chciałam zejść zielonym szlakiem przed Zadnim Granatem, musiałam pokonać ten przerażający komin. Ale strach ma wielkie oczy. Kiedy już zaczęłam wspinać się na tzw. "pająka", okazało się, że da się pokonać ten trudny odcinek bez większego problemu. I tym razem tak było. Sprawnie, raz za razem pokonywałam kolejne przeszkody, by wreszcie stanąć na szczycie i spojrzeć na Granaty z perspektywy ich początku (lub końca, jeśli szłoby się z przeciwnej strony).


W Żlebie Kulczyńskiego



Majestat gór...



Komin Czarnego Mniszka



Ta szara kropeczka z niebieskimi elementami - to ja ;)



Początek wspinaczki w kominie



Czasem trzeba zaczekać, w myśl zasady: jedna osoba na jedno przęsło łańcucha



Chwila dla reportera ;)



W kominie Czarnego Mniszka



Raz przy ścianie, raz "na pająka", czyli okrakiem, raz z nogami pod brodą, a raz prawie w szpagacie... Ważne, że do przodu, a raczej w górę.



Jeszcze tylko kilka chwytów i parę podciągnięć i będę na grani


Hura! Wlazłam tędy po raz drugi. Ale czy ostatni? Tego nie jestem pewna.



Kozia Dolina i widoczne rozdroże szlaków zielonego z czarnym. Na dalszym planie grań Kościelców, a za nimi widoczny Giewont.



Czarne Ściany Mniszkowe


Granaty to grań składająca się z trzech wierzchołków: Zadniego (2240 m n.p.m.), Pośredniego (2234 m n.p.m.) i Skrajnego (2225 m n.p.m.). Widoki z nich są oszałamiające. 
Najpierw Zadni Granat. Stanęłam na nim i szeroki uśmiech od razu pojawił się na mojej twarzy. Mam Cię! Na chwilę usiadłam, by nacieszyć oczy panoramą wokół. Orla Perć jest długa, ale można pokonać ją w jeden dzień. Tylko po co, skoro można podzielić ją na odcinki i mieć co najmniej cztery świetne spacery i tyleż samo zachwytów. Takie myśli pojawiły się w mojej głowie, gdy obok "przemknęli" śmiałkowie, chcący pokonać Orlą właśnie tak na raz.


W stronę Zadniego Granatu - widoki w stronę Kościelca i Giewontu



Zadni Granat 2240 m n.p.m.



Stąd dobrze widać trójwierzchołkowy szczyt Świnicy



Granaty to masa głazów i luźnych kamieni, ale też fantastycznych skalnych form - widzicie tu górskiego trolla? To może zdjęcie niżej Wam go pokaże ;)



Zapatrzony w masyw Granatów troll górski



Na Zadnim Granacie



Czarny Staw Gąsienicowy z Zadniego Granatu


Zadni Granat sprawia wrażenie stożka dość stromego. Może dlatego jest dobrym miejscem do uprawiania taternictwa, ze względu na wytyczonych kilka dróg wspinaczkowych o umiarkowanych trudnościach. W ogóle w rejonie Granatów można często usłyszeć szkolących się taterników.
Pierwszym udokumentowanym wejściem na Granaty była wyprawa księdza Eugeniusza Janoty, taternika i przyrodnika, polskiego animatora ruchu turystycznego i Bronisława Gustawicza, polskiego nauczyciela, krajoznawcy oraz przyrodnika i taternika. 19 września 1867 r. wybrali się oni na Granaty w towarzystwie słynnego przewodnika tatrzańskiego II połowy XIX w. - Macieja Gąsienicy Sieczki. Okazało się jednak, że nie byli pierwszymi na szczycie, bowiem na Skrajnym Granacie odkryli ślady bytności człowieka. Ale czy człowiek ów był także na Zadnim czy Pośrednim Granacie? Nie wiem. Wiadomo natomiast, że Zadni Granat oraz pozostałe, padły łupem zimowego wejścia i stało się to w 1908 r. za sprawą Henryka Bednarskiego, taternika, ratownika TOPR oraz instruktora narciarskiego a także Stanisława Zdyba, taternika, członka TOPR oraz pierwszego producenta nart w Zakopanem.
Czas naglił i pora była do przemieszczenia się wąską ścieżką ku Pośredniemu Granatowi. 


Na Orlej Perci panuje spory ruch



Widok na Buczynową Dolinkę i dalej na Pięcistawy



Skrajny Granat - widok z Pośredniego Granatu



Zadni Granat - widok z Pośredniego Granatu


W zasadzie po drodze widoki takie same. Wzrok na przystankach biegał od Świnicy, Kościelca, przez grań Koziego Wierchu aż do masywnych gór po stronie Doliny Pięciu Stawów Polskich. Gdzie człowiek nie spojrzał, tam zawsze widok radował. Z każdą minutą słońce inaczej padało na strome zbocza. I choć świeciło, to na grani wiatr skutecznie próbował przewiać głowę i uszy. Czapeczka okazała się koniecznością. 
Pośredni Granat oddzielony jest od Zadniego Pośrednią Sieczkową Przełączką, dość szeroką przełęczą, na której można złapać oddech w czasie wędrówki. Również na tym wierzchołku i jego ścianach poprowadzone są drogi taternickie. Górą zaś przebiega oznakowany na czerwono szlak turystyczny na Orlej Perci. Będąc na tym wierzchołku nie ma innej drogi jak pójść dalej lub wrócić na Zadni Granat.
Z Granatów nie ma zejść turystycznych na obie strony masywu pomiędzy wierzchołkami. Można zdobyć sam Zadni lub sam Skrajny Granat lub od razu wszystkie trzy. To właśnie na zejściu w stronę Skrajnego Granatu kilku turystów przekonało się o zdradliwości terenu. Najsłynniejszymi pobłądzeniami w historii podbojów Granatów, były dwa wypadki tatrzańskie. 
Pierwszym był wypadek Jana Drège'a, 21-letniego studenta prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Wraz z dwiema siostrami wybrał się w góry. Był 22 sierpnia 1911 r. Jak to w górach bywa, ściemniło się szybko. Po ciemku łatwo zmylić drogę. Jan skierował się ku szerokiemu i z pozoru łagodnemu, trawiastemu żlebowi, patrząc w stronę, widocznego jak na dłoni, Czarnego Stawu Gąsienicowego. Gdy teren zaczął się zwężać Drège nakazał siostrom zaczekać i sam poszedł rozeznać drogę. Gdyby tylko wiedział, że zmierza ku śmierci... Żleb, który aż zaprasza, by nim podążyć, kończy się 180 m kominem. Nie sposób sforsować go bez specjalistycznego sprzętu. Toteż staje się śmiertelną pułapką. Bo w górę samemu też już nie ma jak wrócić. Prawdopodobnie Jan zsuwał się aż do urwiska i spadł 100 m w dół. Skończyło się to śmiercią. Siostry przenocowały w miejscu, gdzie brat kazał im pozostać. Rankiem zmarznięte wróciły na górę i odnalazłszy szlak, zeszły do Zakopanego i wezwały pomoc. Ekipa ratunkowa odnalazła ciało Jana Drège'a u podstawy komina. Od tamtego dnia zaczęto nazywać żleb nazwiskiem studenta.


Skok nad przepaścią - Żleb Drège'a



Żleb Drège'a - widok znad przepaści



Żleb mami swą szerokością i łagodnością, ale to pułapka



Wydawać by się mogło, że te żleby są takie proste, ale w tym przypadku góry nie biorą jeńców...


Drugi głośny wypadek miał miejsce zaledwie trzy lata później. 23 lipca 1914 r. na wycieczkę na Granaty wybrała się trójka młodych ludzi. Rodzeństwo Maria i Bronisław Bandrowscy oraz narzeczona Bronisława - Anna Hackbeilówna. I powtórzył się ten sam scenariusz. Młodzi ludzie po wejściu w trudny teren postanowili przeczekać noc w miejscu, skąd jeszcze można było wrócić. W panice żadne z nich o tym nie pomyślało. Następnego dnia Anna postanowiła poszukać drogi wyjścia z tej matni. Kiedy zniknęła rodzeństwu z oczu, nastąpił wypadek. Znów góry upomniały się o swą ofiarę. Anna zginęła na miejscu zaliczając 100 m lot w przepaść. Rodzeństwo spędziło w tym samym miejscu jeszcze trzy noce, łudząc się, że kobieta wezwała pomoc. Bronisław zaczął popadać w szaleństwo, siostra próbowała go odwieść od zamiaru popełnienia samobójstwa. Brat obwiniał się za całą sytuację. Oboje byli już zmarznięci, głodni i wycieńczeni. Kiedy próbowali wzywać pomoc, nikt nie nadszedł. Również w schronisku dość późno zorientowano się, że jednodniowa wycieczka stała się wyprawą już czterodniową, a nikt nie widział turystów. Bronisław i Maria zsuwali się w dół aż do urwiska, z którego zleciał Jan Drège oraz Anna Hackbeilówna. Piątego dnia od wejścia w żleb, Bronisław około 13.00 rzucił się w przepaść, zostawiając zrozpaczoną siostrę na skalnej półce. W tym samym czasie zorganizowano już ekipę poszukiwawczą. Ale szukanie małego człowieka w wielkich górach to jak szukanie igły w stogu siana. Zanim ustalono, że zaginieni mogą znajdować się na Granatach, Bronisław wybrał śmierć. Maria Bandrowska wieczorem chciała pójść w ślady brata, ale w porę zauważono ją przez lornetkę. Dano sygnał, by zaczekała. Ratownicy weszli na Granaty i na linach opuścili się do wycieńczonej Marii. Była uratowana. Do historii przeszły jej słowa, które wypowiedziała do Mariusza Zaruskiego: "Ostrożnie! Tam przepaść!" 
I choć zła sława tego miejsca na Granatach poszła już w świat, to Granaty znów upomniały się o kolejną ofiarę. Młodą, 18-letnią Joannę Stencównę, której ciało odnaleziono w 1954 r. u podnóża komina. Samotnie wybrała się na Orlą Perć, ale zbyt wolno pokonywała drogę. Zrobiło się późno, w miejscu gdzie mogła jeszcze bezpiecznie zejść, przeliczyła się z czasem, bo chciała pokonać zaplanowana trasę. Znów Żleb Drège'a omamił swoją ofiarę szerokim zejściem. Tego samego dnia w żlebie szkolili się taternicy. Gdyby Joanna dostała się tam wcześniej, pewnie by ją taternicy zawrócili. A tak nie było nikogo, kto by ochronił młodą dziewczynę. Anioł Stróż tego dnia miał wychodne...
Na przestrzeni lat pogotowie nie raz ruszało do akcji, by ratować w żlebie turystów. Dobrze, jeśli wyprawy kończyły się szczęśliwie.
Wypadki tatrzańskie nie mogą jednak przesłaniać radości korzystania ze szlaków i delektowania się widokami ze szczytów. Tak i ja pokonałam Żleb Drège'a, ale zanim zrobiłam to górą, najpierw musiałam chwilę rozkminić jak złapać za łańcuch i jak postawić nogę, by nie zlecieć ze skały. Krok nad przepaścią jest łatwiejszy w drugą stronę. Ale kiedy wreszcie przeskoczyłam przepaść, nastała radość, że znów strach mnie nie pokonał. Warto tu wspomnieć, że Żleb Drège'a można sforsować także dołem, obchodząc słynną przepaść. Tylko wtedy nie ma tego dreszczyku emocji. Ale da się. 


Lepiej tak, a może tyłem... Jak tu nogę przerzucić? Każdy ma tu rozkminę :) Niektórzy skaczą "na drugi brzeg" - nie polecam.



Uff... Udało się!



Druga noga też dała radę ;)


A potem jest już tylko Skrajny Granat. Choć z tych trzech wierzchołków jest najniższy, to przyjmuje się, że to szczyt główny grani. Położony jest nad trzema dolinami: Gąsienicową, Pańszczycy i Buczynową. Widoki z niego także są rozległe. Nawet wycieczka tylko na ten jeden szczyt daje dużą frajdę. 


Skrajny Granat 2225 m n.p.m.



Buczynowa Dolinka i widoczna Dolina Pięciu Stawów Polskich



Zasłużony odpoczynek na Skrajnym Granacie i radość wielka. W tle Zadni Granat.



Zadni Granat - widok ze Skrajnego Granatu



Orla Perć i Świnica



Dolina Gąsienicowa i Czarny Staw Gąsienicowy - widok ze Skrajnego Granatu



Żółta Turnia



Dolina Pańszczycy i grań Wołoszynów



Buczynowa Dolinka i dalej Pięcistawy



Chciałoby się jeszcze posiedzieć i napawać oczy widokami, ale pora już kierować się w dół...



Zejście ze Skrajnego Granatu w stronę Doliny Gąsienicowej


Ale mile spędzony czas na wierzchołku, prędzej, czy później wymusi na nas podjęcie decyzji co dalej, gdyż są dwie drogi, które można wybrać: albo schodzi się z jego szczytu ku Dolinie Gąsienicowej, albo obiera się dalszą drogę ku ostatniemu odcinkowi Orlej Perci, czyli nieco długiej trasie na Krzyżne. Ja wybrałam zejście, jako, że Orlą podzieliłam sobie na cztery części. 
Zejście żółtym szlakiem do Doliny Gąsienicowej opisywałam już, więc powtarzać się nie będę. Technicznie szlak jest łatwy, kluczy pomiędzy skałami, czasem po rumoszu, potem wśród kosodrzewiny i pyk, już jesteśmy nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Jak zawsze chwila oddechu, wzrokowy relaks nad wodą i ciąg dalszy do Murowańca i przez Kopy Królowe do Kuźnic.


Wierch pod Fajki



A posiedzę sobie...



Chwila odpoczynku dla kolan - widok na Czarny Staw Gąsienicowy, grań Kościelców i Świnicę, a na dalszym planie Kasprowy Wierch, Czerwone Wierchy i Giewont



Mała plamka po środku zdjęcia to Zmarzły Staw, a nad nim od lewej: Kościelce, Świnica, Zawrat, Kozie Czuby, Kozi Wierch



Wierch pod Fajki



Kościelec przeglądający się w wodach Czarnego Stawu Gąsienicowego. Na pierwszym planie ćwiczą się taternicy.



Granaty to dobre pole do ćwiczenia swych umiejętności we wspinaczce skalnej


Dzień ten zaliczyłam do bardzo udanych, wróciłam na kwaterę szczęśliwa, dumna z siebie, że dałam radę, że pogoda dopisała, wreszcie, że wyrównałam rachunki z Granatami. 


Dolina Gąsienicowa po południu



Szałasy w Dolinie Jaworzynki


W chwili obecnej, kiedy mam już całą Orlą przedreptaną, to jeśli mam być szczera, to właśnie Granaty są najłatwiejszym odcinkiem Orlej Perci. Nie trzeba oczywiście zdobywać ich Żlebem Kulczyńskiego, można wejść lub zejść łagodnym szlakiem zielonym ku lub ze Zmarzłego Stawu. Wówczas omija się Kominek pod Czarnym Mniszkiem i spacer po klamrach i łańcuchach. Jakiejkolwiek drogi nie wybierzemy, zawsze należy sprawdzać prognozę pogody i dostosowywać czas przejścia do naszej kondycji. 
W głowie już rodził się nowy pomysł na wędrówkę, ale najpierw trzeba było dokończyć zaczęty projekt przejścia całej Orlej Perci. W tym miejscu dodam, że tego dnia, w górach towarzyszył mi Znajomy, więc nie szłam tamtędy całkiem sama. I radzę, by na Orlą Perć nigdy nie wybierać się samemu, a już na pewno nie wychodzić o późnej godzinie. Lepiej wrócić do domu tylko z przyjemnymi wspomnieniami.


                               Hej!