O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi. Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

środa, 25 marca 2026

Stavanger - Lysefjord z poziomu wody


Carpe diem,

czyli jak wkręciłam parę osób,

że wyjechałam do pracy sezonowej w czasie urlopu


Przełom sierpnia i września 2024 roku. Czekam na urlop, który mam spędzić niedaleko Stavanger u pewnego kolegi, który tuż przed wylotem zmienia zdanie i blokuje mnie w telefonie. Cóż, bywa. Jak się domyślacie, facet przestał być z automatu moim kolegą. Ale bilet na samolot do Norwegii kupiony, a spać nie ma gdzie. Szybkie rozeznanie tematu. Najtańszy hostel, który dwa lata wcześniej pozwolił mi spędzić w Stavanger cztery dni, tym razem jest zajęty, a i tak cena za 10 dni zwaliła mnie z nóg. Nie pozwoliłam jednak, by nerwy popsuły mi urlop, na który czeka się cały rok. Napisałam do recepcji kempingu, który jest w mieście, dostałam odpowiedź, że w moim terminie jest wolna chatka, ale bez bieżącej wody i łazienki, za to w dobrej cenie. Zarezerwowałam pobyt. I jak się okazało, to był bardzo dobry wybór, ponieważ większość czasu padał deszcz. 


Moja prymitywna, ale jakże miła hytta



"Salon" w chatce



"Sypialnia" w chatce


Zmieniłam więc walizkę na plecak, w duchu gratulując sobie przezorności spania w suchej hyttcie a nie w namiocie. Sprawy higieny załatwiałam w ogólnodostępnej łazience z prysznicami, a wodę nabierałam w bukłak i składany bidon. Mając także swój składany silikonowy czajniczek, miałam możliwość zagotowania wody do liofilizatów czy herbaty w swoim domku. Warunki iście spartańskie, ale jak zawsze powtarzam: mniej wygody, więcej przygody.
Jak nie padało, wybierałam się na spacery po okolicy, nawet zdecydowałam się na przejazd do innego miasta, by odbyć jedną górską wędrówkę. Wreszcie miałam czas na czytanie książki i nadrabianie zaległości językowych. Mając ze sobą laptopa, obejrzałam jeden dokument o Saamach zawinięta w kołdrę, bo jednak w domku było dosyć zimno. Współczułam tym, którzy przyjechali na kemping z namiotami. Zimno i mokro, to zdecydowanie niefajny urlop.
Pewnego dnia stwierdziłam, chwilo trwaj! I przestałam szczypać się z wydaniem koron na wycieczkę zorganizowaną. Nie byle jaką. Bo łodzią pontonową po Lysefjordzie. Dwa lata wcześniej kusiło mnie bardzo, ale jednak cena skutecznie mnie odstraszała. Tym razem zamówiłam bilet on-line i czekałam na swój dzień.
Kiedy nadszedł, niebo było zasnute chmurami, z których obawiałam się jednego: ulewy. No tak, ja to mam szczęście, pomyślałam. Ale bilet opłacony, cóż robić, carpe diem. I powiedziała to ta, która boi się wody, szybkości, nie potrafiąca pływać. Postanowiłam jednak chwycić byka za rogi, bez względu na pogodę.
 

Gotowa na przygodę...


O wyznaczonej godzinie stawiłam się na miejscu zbiórki. Na dzień dobry dostałam przydziałowy czerwony kombinezon wypornościowy. Nie mieli dziecięcego, więc musiałam godnie poruszać się w nieco za dużym i ciężkim wdzianku. Naprawdę ciężkim. I w tym momencie, jeszcze na lądzie, mając za sobą Muzeum Ropy Naftowej oraz wodę i inne łódki, zrobiłam sobie zdjęcie. Wrzuciłam je na facebooka z tekstem, że my tu gadu-gadu, a robota sama się nie zrobi. Heh, posypały się komentarze, że wyjechałam pracować na platformie wiertniczej, że te wakacje w Norwegii to tylko taka ściemka, bo już tu praca na mnie czekała, wreszcie, że zatrudniłam się do połowu ryb. Miałam nawet zapytanie o zarobki, ile to można wyciągnąć w ciągu dwóch tygodni pracy w krainie trolli. Tymczasem zamiast zarabiać, ja wydałam :) Ale ubaw miałam wielki.


Praca na platformie wiertniczej czy zatrudniona do połowu ryb? :) Ten kombinezon wypornościowy naprawdę do lekkich nie należał...



Muzeum Ropy Naftowej w Stavanger


Celem wycieczki był rejs po Lysefjordzie i dopłynięcie pod skalną półkę Preikestolen. Dwa lata wcześniej płakałam ze wzruszenia, że całkowicie samodzielnie zdobyłam ten szlak, a nagrodą był piękny widok na fjord. Tym razem miałam zobaczyć sławną platformę od strony wody.


Pamiętajcie, nie siadajcie w pierwszym rzędzie! Wiatr ewentualnie deszcz przy prędkości łodzią nie daje widoków, a łzy w oczach :) Dobrze jednak siedzieć za kimś szerokim w barach :)


Łódź, zapakowana turystami na wszystkich miejscach, pruła przez szerokie wody Høgsfjordu. Było szybko, a ja cieszyłam się, że przezornie zabrałam czapkę na głowę i rękawiczki, a telefon wisiał na szyi w plastikowej torebce, specjalnie na ten cel zakupionej u Polaków, pracujących w sklepie z pamiątkami. I jakoś mimo wszystko nie czułam strachu. Dodatkowo cieszył fakt, że nie siedziałam w pierwszym rzędzie, mając przed sobą dość szerokie plecy mężczyzny siedzącego przede mną, ratowało mnie to od ochlapania wodą i łez w oczach z powodu wiatru.


Most miejski łączący centrum miasta z wyspą Grasholmen



Zabudowa wyspy Grasholmen



Wyspy wokół Stavanger


Mijaliśmy najpierw zabudowania na obrzeżach Stavanger, potem wysepki, małe domki położone na stokach okalających wodę, wreszcie wpłynęliśmy na wody Lysefjordu, przepływając pod sporym mostem, rozciągniętym na 640 metrów i wiszącym na 102 metry nad taflą wody. I tu już zwolniliśmy, ponieważ po drodze jest tyle fajnych miejsc, o których zaczął opowiadać nam przewodnik. Potwierdziła się reguła, że Norwegia słynie z fantastycznej Natury i tu można jej było doświadczyć.


Stare silosy posłużyły jako tło do największego w Norwegii muralu norweskiego artysty ulicznego zwanego Pøbel, który w 2023 roku namalował siedzącego po turecku rolnika, trzymającego w ręku kartkę z wymownym napisem: "Will work for food"("Będziemy pracować na jedzenie")



Szaro i buro, ale w sercu radość







Na szczęście wody fiordu były spokojne, choć niebo mocno się kotłowało



Góry nawet niewysokie zawsze będą przyciągać mój wzrok








Lysefjordbrua, czyli wiszący most nad Lysefjordem, który jest jakby bramą wjazdową do fiordu


Patrząc na wysokie, skaliste brzegi fiordu jedna myśl mi krążyła po głowie: jestem szczęściarą. Jestem szczęściarą, że mogę tego doświadczyć. Dziś, z perspektywy czasu nie pamiętam, ile wydałam na tą atrakcję, ale opisuję co wówczas czułam. W zasadzie tego nie da się opisać. To trzeba przeżyć. I to nie jest pusty slogan.


Pionowo schodzące do fiordu skały robią niesamowite wrażenie



Czasem pędzimy, innym razem zwalniamy lub całkowicie stajemy, by zanurzyć się w to dzieło Natury








Za tymi skałami wiedzie gdzieś szlak na Preikestolen, który dwa lata wcześniej przemierzałam



Być może właśnie w takiej pochmurnej scenerii, skały robią jeszcze większe wrażenie








Fantahålå (The Vagabond's Cave), czyli inaczej Jaskinia Włóczęgów



Nazwa jaskini wiąże się z od wszelkiego rodzaju oszustów ulicznych, podatkowych, złodziei i małych rzezimieszków, którzy w tej jaskini szukali schronienia przed sądem lub wymierzeniem kary



Jestem taka trochę wagabunda, tylko bez wyroków ;) Chociaż nie... dawno temu zostałam skazana na zachwycanie się przyrodą i było to dożywocie ;)



Fantahålå (The Vagabond's Cave)









Żeby dopłynąć do jaskini, trzeba wpłynąć w wąski przesmyk



Dlaczego Lysefjord nazywa się "jasny"? Właśnie dlatego, że jego wody się skrzą, a skały granitowe wzdłuż brzegów są jasne



Lysefjord przy Jaskini Włóczęgów



Malownicze pejzaże podczas rejsu


Płynęłam łodzią typu RIB ( z ang. Rigid Inflatable Boat), czyli czymś, co jest łodzią motorową, ma sztywne dno, ale burty napompowane powietrzem. Zwane są "morskimi terenówkami". I są ponoć bezpieczne. Ubrana w kombinezon, a nie tylko dwie szelki na krzyż czułam się bezpiecznie.


Jasne brzegi fiordu



Pogoda potęguje swój majestat do wysokiego poziomu...



Mam radość, że nie pada i że na głowie czapka zasłaniająca uszy ;)







Przystań Revså, skąd można udać się na górskie łaziorki








Czyżby zaklęty w kamień troll?



"Tu byłem", "Ja też", "Kocham Jolkę"... nawet i tu znaleźli się wandale, którzy umarliby nie pomazawszy wcześniej skały



Płynę, wciąż płynę...



Skały z poziomu wody są niesamowite, tego nie da się zobaczyć idąc górą



Niesamowite...



Podobna łódka mija nas po drodze


I wreszcie stanęliśmy pod skalną półką, na której zbiera się zazwyczaj tłum turystów. Szlak na Preikestolen opisałam TUTAJ. Teraz przypatrywałam się pionowej skale od dołu. A ta niczym gwiazda była fotografowana przez wszystkich. Ambona ma w sobie coś magicznego, a ja cieszyłam się, że dane mi było zobaczyć ją zarówno z wyżej położonych skał, jak i z poziomu fiordu, a także stanąć na niej i tym samym spełnić swoje norweskie marzenie.

Preikestolen od strony fiordu



I pomyśleć, że ten mały prostokącik w środku, to słynna skalna półka, która jest celem turystów przybywających do Stavanger



Tak wiem, palcem się nie pokazuje, ale to właśnie jest Preikestolen ;)







W tym wypadku zarówno z góry jak i z dołu widać jak wysoko jest położona skała, z której często skaczą skoczkowie uprawiający base jumping



Z dołu widoczne są także szczeliny, które otaczają teren Preikestolen








Lysefjord - widok spod Preikestolen w kierunku Stavanger



Preikestolen wygląda z tej perspektywy jak patrzący w dół orzeł z rozpostartymi skrzydłami



A to jest to, co znajduje się u stóp skalnej ambony









Trwam w zachwycie



Lysefjord w kierunku Lysebotn





I jeszcze jedno spojrzenie na Pulpit Rock


Przy większych "cudach" przyrody przewodnik zatrzymywał łódź i opowiadał o tym, na co właśnie patrzyliśmy. Oczywiście największe wrażenie robiły wodospady. Siła natury jest wielka, woda z hukiem wpadała do fiordu. Dzięki małej łódce mogliśmy być bardzo blisko, tak, że czuliśmy kropelki wody na twarzach. W przeciwieństwie do dużych statków wycieczkowych, które swoich gości trzymały w nieco większym oddaleniu, a to ze względu na płytsze dno.


Po drodze jest sporo wodospadów, które zachwycają albo swoją smukłością, albo szerokimi ramionami



Widok jak z bajki - skały po bokach są niczym śluzy w kanale



Gdzieś tam daleko jest Lysebotn, skąd można wybrać się na nie mniej słynny Kjeragbolten. 







Z daleka widać, że to dość duży wodospad. I taki był...




Coraz większe chmury nad nami




Hengjanefossen - 400 m wodospad, przy którym często zatrzymują się statki wycieczkowe, prywatne łódki czy jachty







Na tle Hengjanefossen


Hengjanefossen zwany jest też jako "Whisky Falls". A dlaczego akurat whisky w nazwie? Jest na ten temat pewna legenda. Otóż na początku XX w., w pobliżu wodospadu, Heinrich Fredrich Mohr, prowadził nielegalną gorzelnię. Wiecie, każdy orze jak może, nielegalny bimberek był sprzedawany w okolicznych miastach, m.in. w Stavanger czy Jørpeland. Oczywiście wzbudziło to podejrzenia lokalnych władz, które postanowiły sobie za cel usunąć nielegalną bimbrownię. W 1921 roku szeryf odwiedził farmę "po cywilnemu", a kiedy poprosił o trunek, został mu on podany. Wówczas szeryf odkrył swoją tożsamość, zarekwirował sprzęt i zamknął gorzelnię. Co dalej działo się z Heinrichem Fredrichem Mohrem nie mam pojęcia, ale zapewne został aresztowany lub musiał zapłacić wysoki mandat. Człowieka nie ma, gorzelni nie ma, a wodospad dalej huczy.


Krople wody rozbryzgiwały się na twarzach, ale i tak wszyscy z łodzi byli zachwyceni



Szum wody jest niesamowity, z pewnością wiosną, kiedy topnieją śniegi, wodospad jest jeszcze bardziej spektakularny



I jeszcze jedno spojrzenie na Hengjanefossen, zanim łódź postanowiła zawrócić



A za nami podążają większe statki z tłumem turystów



Hengjanefossen



Statek wycieczkowy - atrakcja ta sama, ale łodzią jakoś tak bardziej kameralnie ;)



Statek nie podpływa tak blisko wodospadu jak małe łodzie



Groza na fiordzie...


Niby tylko niecałe dwie godziny, a rejs tak szybko upływał. Trzeba było wracać do Stavanger. Znów płynęliśmy tą samą trasą i tym razem podziwiałam drugi brzeg Lysefjordu. Mieć taki domek na skalistym brzegu, w otoczeniu zieleni, to naprawdę bogactwo. 
Ponownie przepłynęliśmy pod zawieszonym mostem, a niebo coraz bardziej się chmurzyło.


Tym razem podziwiałam drugą stronę Lysefjordu



Z tej strony brzegi mniej strzeliste, bardziej zalesione



Wodospad Fossånå - zakątek jak sceneria filmowa






Wzrok biegł w kierunku Preikestolen



Lśniące skały w drodze powrotnej



Zostawiamy Lysefjord za sobą



Wioski nad wodą i chwila niebieskiego nieba - niestety tylko chwila



Coraz ciemniej wokół, ale wciąż zachwycająco



Mijamy po drodze małe wysepki z sygnalizacją dla łodzi



Rozstawione na wodzie siatki, czyli farmy łososi


Kiedy wypłynęliśmy na otwartą przestrzeń, niebo zasnuło się chmurami na dobre. Im bliżej było Stavanger, tym bardziej widoczna była ściana deszczu jaka na nas czekała. W duchu dziękowałam niebiosom za deszcz na koniec mojej szalonej wycieczki. Tym, co mieli odbyć rejs po mnie, szczerze współczułam. Ja myślami byłam już w mojej chatce na kempingu, z kubkiem ciepłej herbaty w dłoniach.



Nawigacja świetlna, wpływamy do portu w Stavanger



Zabudowa nad brzegiem - nowa obok starszych budynków



Nowoczesne bloki przy porcie



Nie wiem co to, ale podziwiam, że ktoś kiedyś to wymyślił i zapewne służy ludziom morza



Już widać terminal portowy



Następna grupa szykująca się na eskapadę, a tymczasem leje deszcz



Pogoda nie zachęca do wycieczek, ale to Norwegia: nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania ;)


Szczerze współczułam, że kolejna grupa ma taką brzydką pogodę


To była niezapomniana wyprawa. Choć trwała dość krótko, ale na stałe wpisała się w moją pamięć i norweskie przygody. Polecam wszystkim takie doświadczenie. 
Sprawdziłam też w mailach, z ciekawości, ile zapłaciłam za wycieczkę i porównałam ją z obecną ceną. Okazało się, że od dwóch lat cena nie uległa zmianie. (1390 NOK/2024) Warto jest wysupłać parę groszy i pozwolić sobie na ochlapanie wodą ;) Tu jest strona, z której zamawiałam wycieczkę: https://www.stavangerrib.no
Moje wspomnienia z norweskich wypraw mieszają się z planami na kolejne. Także, zostańcie ze mną, bo jeszcze sporo mam do opowiedzenia i pokazania. Tymczasem - carpe diem!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz