Polanicki
tryptyk,
czyli o szukaniu
czasu minionego
Tytułem wstępu...
Nadchodzi 1933 rok... Mała chwila i już jest styczeń.
20 stycznia 1933 roku przychodzi na świat Wiesław Marian. Nie wiem, czy wówczas była sroga zima, czy śniegi zasypały warszawską Ochotę, czy Stefania, matka Wiesława męczyła się przy porodzie i czy Stefan, ojciec był wtedy w domu... Faktem jest, że syn rodzi się w robotniczej (dawniej powiedzielibyśmy chłopskiej) rodzinie. Jeszcze nie wie, że nie jest wyczekanym, ani pożądanym dzieckiem, którym z resztą bardzo szybko przestanie być.
Tymczasem mijają miesiące, zima zmienia się w wiosnę, a potem wybucha pełnią lata. I właśnie w samym środku lata, 2 sierpnia 1933 roku, w szlacheckiej, herbowej rodzinie rodzi się mała dziewczynka. Jest czwartym potomkiem Kazimiery i Józefa, którzy od hrabiego Potockiego nabyli działkę w Legionowie i tam osiedli. Ponieważ, jak dotąd, jest jedyną córką (po Niej będzie jeszcze jeden syn), jest radością swoich Rodziców, a na chrzcie dostaje imiona Wiesława Danuta. (Tak po prawdzie miało być Wisława, ale kościelny nie dosłyszał, a resztę dopisał. I zamiast Wisi została Wiesia, na którą i tak wołano Danusia.)
Dwa życia, dwa różne światy, dwa zupełnie odmienne domy, dwa inne wychowania, dwa miejsca oddalone od siebie o kilometry... I te dwie planety znajdą się wspólnie obok siebie na orbicie, choć układ tych planet, przed wojną, raczej nigdy nie byłby możliwy. Ale przychodzi 1939 rok...
1 września Wiesia powinna szykować się do szkoły powszechnej w Legionowie, natomiast Wiesio powinien założyć mundurek do warszawskiej szkoły. A może był to jeszcze czas przedszkola? Oczywiście bieg historii chwilowo zatrzymał rutynę każdego obywatela Rzeczypospolitej. Z biegiem czasu jednak, tych dwoje kontynuowało naukę w szkołach. Wiesia całą II wojnę światową spędzi w Legionowie, które włączone jest oczywiście do Generalnej Guberni i tu chodzi też do szkoły, w której pozornie nie dzieje się nic złego, za wyjątkiem niedospania i niedojedzenia. Jak to podczas wojny.
Wiesio ma mniej szczęścia. Trafia do szkoły życia. Podczas wojny wychowuje go ulica. I z tej ulicy zostaje aresztowany w czasie Powstania Warszawskiego i trafia przez obóz przejściowy w Pruszkowie do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu-Brzezince, potem Oświęcimiu. Potem zostaje przetransportowany do obozu Mathausen-Gusen oraz Mathausen, gdzie doczekuje wyzwolenia. Przeżyje. Przed sobą będzie mieć jeszcze obozy przesiedleńcze w Regensburgu i Wartenbergu i Koźlu. Skrajnie chudy, w podartym ubraniu, wraca do Polski czym się da. Pieszo, bydlęcym wagonem, na furmance... Ma tylko 12 lat i musi podejmować odpowiedzialne decyzje, których normalnie nie podejmuje 12 latek. Staje się nad wyraz dorosły, ale wewnątrz wciąż tli się w nim dziecko, które stawia sobie za cel, by wrócić do matki. Jak wielka musiała być rozpacz Wiesława, gdy ujrzawszy dom, który ocalał, zastał w drzwiach matkę, a ta nie ucieszyła się z jego powrotu. Chłopak wrócił na ulicę...
Tytułem rozwinięcia...
I tak się składa, że w powojennej rzeczywistości, jedynym ratunkiem dla wojennych dzieci były szkoły z internatem, dające konkretne wykształcenie, nocleg pod dachem i ciepłe posiłki. A takie oferował niezbombardowany wówczas Śląsk. I huta szkła w Szczytnej Śląskiej, która dziś jest odrębnym miastem obok Polanicy-Zdroju.
To właśnie tam trafia Wiesio, choć nie wiem skąd i od kogo się o tym dowiaduje. Grunt, że przez kilka lat będzie mieć co jeść i gdzie spać, a i po latach zda egzamin na czeladnika.
Skąd panienka z dobrego domu dowie się o Gimnazjum Zdobienia Szkła, także nie wiem. Ale w tamtym czasie Kazimierę i Józefa stać było tylko na wykształcenie najstarszego syna Bogdana. Wiesia, zwana Danusią, jako dziewczynka mogła jedynie kształcić się na krawcową, co wykorzysta i ukończy kursy kroju lekkiego. Po latach jej młodsza córka będzie z rozrzewnieniem wspominać płaszczyki i stroje krakowskie szyte jej przez Wiesię po nocach. Póki co, młoda dziewczyna, w dodatku z nazwiskiem herbowym nie ma co liczyć na kogokolwiek. Zresztą pochodzenie szlacheckie w Polsce komunistycznej nie ma żadnego znaczenia. Wręcz nie jest w ogóle chciane.
Dwa odrębne życia los styka pod koniec lat 40. XX w. w śląskim miasteczku na południu Polski.
Do tych powojennych nieszczęść dołączy młody, nieco starszy od Wiesi i Wiesia, chłopak z płową głową, pochodzący z Poznania, Jurek. Przyjeżdża po wojnie do Warszawy, a cały jego majątek stanowi siedem kamizelek. Skąd Poznaniak dowiaduje się o szkole, w której mają kształcić czeladników? Nie wiem. Ale tych troje połączą nie tylko wojenne przejścia, lecz także życie w szkole i internacie z dala od bliskich. Jeszcze nie wiedzą, że będą dla siebie najlepszymi przyjaciółmi aż do śmierci, która oboje Wieśków zabierze zbyt szybko...
Lata szkolne w Szczytnej to podobno najlepsze ich lata, ale powiedzmy sobie szczerze - kto mając lat "naście" nie uważał, że to najlepsze i najbardziej beztroskie lata? Prawdą jest, że przyjaźnie wówczas zawarte okazały się trwałe, choć życie później nie rozpieszczało. A poniżej przykład wpisów z lat 40. XX w. Wpisy pochodzą z pamiętnika Wiesi.
Wpisów o Ojczyźnie cierpiącej w kontekście przeżytej dopiero co wojny światowej, jest sporo w pamiętnikuTak się złożyło, że gdzieś około 1954 roku, Gimnazjum Zdobienia Szkła organizuje zjazd absolwentów, na który oczywiście jadą Wiesia i Wiesio. Przez całe lata łączyła ich nauka, grupowe wypady do Polanicy, spacery i wspólne wygłupy z koleżankami i kolegami.
Absolwenci Gimnazjum Przemysłowego Zdobienia Szkła. W drugim rzędzie od góry (nie licząc dyrektora czy tam wychowawcy), druga z lewej blondyneczka w białej koszuli z kołnierzykiem to Wiesia, czyli moja Mamusia. Wiesio to najprawdopodobniej osoba szósta od lewej w przedostatnim rzędzie (drugim od dołu), ale tu też nie mam pewności. Źródło: https://zbioryspoleczne.pl/
Świadectwo Wiesi z pierwszej klasy. Co ciekawe w ciągu roku szkolnego były wydawane dwa świadectwa, jedno na półrocze a drugie z promocją do kolejnej klasy.
Świadectwo z pierwszej klasy Wiesi ma na odwrocie stempel z Gimnazjum Przemysłowego Zdobienia Szkła w... Polanicy Zdroju.
W klasie drugiej Wiesia uczęszczała na wydział kuglerski w Gimnazjum Przemysłowym Zdobienia Szkła w... Szczytnej Śląskiej
Świadectwo ukończenia gimnazjum przez Wiesię, która od tej pory posiadała kwalifikacje zawodowe I stopnia w szlifowaniu szkła i projektowaniu wzorów - nigdy nie pracowała w zawodzie
Grunt, że w klasie drugiej miał ocenę dobrą z higieny i dostał promocję do klasy trzeciej ;) Świadectwo wystawione ze Szczytnej Śląskiej.Podczas tego zjazdu jednak coś się zmienia. Amor wówczas wypuścił swoją strzałę i ugodził nią tych dwoje, mając za nic przedwojenne konwenanse i dopuszczając, by dokonał się mezalians społeczny. Tak oto 9 grudnia 1955 roku panienka poślubia robotnika i chyba nikomu to nie przeszkadza. Najmniej Wieśkom, którzy świata poza sobą nie widzą, a w powojennej rzeczywistości nie mają poza sobą niczego. Zaczynają wspólne życie pod Warszawą, potem już w samej stolicy. Wiesia zajmuje się krawiectwem, Wiesiek natomiast kończy wieczorowe liceum i technikum i po zdanej maturze awansuje do klasy inteligenckiej.
Na każdym świadectwie język rosyjski miał się w tym czasie całkiem nieźle. U mnie skończyło się na podstawówce...
Najważniejsza była promocja do kolejnej klasy. Ciekawe, gdzie to tak podziewał się Wiesiek, skoro opuścił 220 godz. lekcyjnych i miał aż 140 godz. nieusprawiedliwionych... Że też nie ma się jak o to zapytać...
Księgowość była chyba przeznaczeniem Wieśka. Do końca życia pracował jako główny księgowy i bardzo dobry planista w jednej z warszawskich elektrociepłowni
Jak na faceta, utrzymującego rodzinę, posiadającego niewiele, ciężko pracującego, to świadectwo miał Wiesiek zaskakująco idealne... To także świadectwo, że nigdy nie jest za późno na podnoszenie poziomu edukacji, jak bardzo człowiekowi zależy...No i oczywiście pracuje, by zarobić na rodzinę, która w listopadzie 1956 roku powiększa się o pierworodną córkę Annę Jolantę. Rodzice chrzczą dziecko bardzo szybko, ponieważ Ania choruje na zapalenie opon mózgowych. Nie ma czasu na wybór chrzestnych. Matką chrzestną zostaje ciocia, która akurat przyjeżdża z wizytą, ojcem chrzestnym zaś zostaje przypadkowy mężczyzna, przechodzący akurat drogą i nie odmawiający tej posługi. Czy to głęboka wiara, czy boskie plany, nie ważne. Ania zdrowieje. Jedyną pamiątką na całe życie, po tych dramatycznych wydarzeniach, będzie utrata słuchu w prawym uchu. Dla Anny los pisał inne zadanie, które miało wypełnić się w latach 80. XX w.
Z zachowanego listu Jerzego do przyjaciółki z Gimnazjum wiadomo, że pomimo życia w Warszawie, zakładania rodzin, wychowywania dzieci itd., wciąż tliła się tęsknota za latami polanickimi i chęć powrotu do miejsc, w których zadziało się tyle dobrego. Niestety życie pisało dla nich wszystkich zupełnie inny scenariusz...
Po kilku latach od narodzin Anny, Wiesia znów jest w ciąży i cieszy się na myśl o synu, który ma się narodzić. Los bywa jednak okrutny. Syn nigdy nie pojawi się w tej rodzinie. Żadne z obojga rodziców nie wiedziało, że to nie koniec niespodzianek w ich krótkim życiu.
Po 18 latach od narodzin Ani, w bardzo mroźnym lutym 1975 roku, w środku nocy, dość szybko i bez zbędnych ceregieli przychodzi na świat druga córka Wiesi i Wiesia, w jednym z warszawskich szpitali. Wiesio jest zachwycony, do tego stopnia, że drogę spod szpitalnego okna do domu pokonuje piechotą i ryzykując przeziębienie lub odmrożenie, dociera dopiero nad ranem. Chyba dopiero po otrzeźwieniu dociera do niego, że przekazano mu wiadomość o narodzinach córki, a przecież badanie wykazywało ponownie chłopca!
W tym samym czasie, Wiesia dochodzi do siebie i nie ma czasu na zbędne pytania. Ma większy kłopot. Właśnie urodziła córkę, którą stale trzeba budzić, żeby chociaż trochę pociumkała pokarmu. No i przestawić się w myślach na tryb dziewczynki i nie mówić do niej wybranym imieniem, czyli Michałem. Właśnie! Dziecko nie może być bezimienne, a przecież nie było wybrane imię, gdyż miał być Michał i tyle. Naturalną koleją rzeczy było nazwać dziewczynkę Michaliną, ale tu znów los pomieszał szyki i mała śpiąca królewna na wiosnę została ochrzczona jako Wanda Maria, choć w rodzinie wszyscy wołają do niej Dusia (skrótem od Wandusia)...
Po 18 latach od narodzin Ani, w bardzo mroźnym lutym 1975 roku, w środku nocy, dość szybko i bez zbędnych ceregieli przychodzi na świat druga córka Wiesi i Wiesia, w jednym z warszawskich szpitali. Wiesio jest zachwycony, do tego stopnia, że drogę spod szpitalnego okna do domu pokonuje piechotą i ryzykując przeziębienie lub odmrożenie, dociera dopiero nad ranem. Chyba dopiero po otrzeźwieniu dociera do niego, że przekazano mu wiadomość o narodzinach córki, a przecież badanie wykazywało ponownie chłopca!
W tym samym czasie, Wiesia dochodzi do siebie i nie ma czasu na zbędne pytania. Ma większy kłopot. Właśnie urodziła córkę, którą stale trzeba budzić, żeby chociaż trochę pociumkała pokarmu. No i przestawić się w myślach na tryb dziewczynki i nie mówić do niej wybranym imieniem, czyli Michałem. Właśnie! Dziecko nie może być bezimienne, a przecież nie było wybrane imię, gdyż miał być Michał i tyle. Naturalną koleją rzeczy było nazwać dziewczynkę Michaliną, ale tu znów los pomieszał szyki i mała śpiąca królewna na wiosnę została ochrzczona jako Wanda Maria, choć w rodzinie wszyscy wołają do niej Dusia (skrótem od Wandusia)...
Szczęśliwy Jurek, trzymający w dniu Chrztu Św. na rękach Dusię, którą całe życie nazywał swoim "kwiatuszkiem"...Tytułem zakończenia...
Jak już się domyślacie, to opowieść o moich Rodzicach i o mnie, która po wielu latach, od śmierci Wiesi, Wiesia oraz mojego Ojca Chrzestnego Jurka, postanowiłam odwiedzić Polanicę-Zdrój i pochodzić po śladach mych Bliskich. W Polanicy spędzałam kilka dni z mojego urlopu w 2025 roku, szukając duchów przeszłości.
Jak już się domyślacie, to opowieść o moich Rodzicach i o mnie, która po wielu latach, od śmierci Wiesi, Wiesia oraz mojego Ojca Chrzestnego Jurka, postanowiłam odwiedzić Polanicę-Zdrój i pochodzić po śladach mych Bliskich. W Polanicy spędzałam kilka dni z mojego urlopu w 2025 roku, szukając duchów przeszłości.
W poszukiwaniach bardzo pomocni byli mi mieszkańcy Polanicy oraz Szczytnej. Wiadomość o Warszawiance, która szuka przeszłości, rozeszła się lotem błyskawicy.
W tym miejscu bardzo dziękuję wszystkim, którzy zaangażowali się osobiście w poszukiwania okruchów przeszłości moich Bliskich: Pani ze sklepu, która uruchomiła swoje znajomości, Pani z Zamku w Szczytnej, która wykonała telefony i kierowała dalej w poszukiwaniach tych, co mogą znać przeszłość tych terenów, trzem Panom, miłośnikom historii Polanicy, którzy sami z siebie skrzyknęli się i wspólnie pochylali nad archiwalnymi zdjęciami, którymi dysponuję i pokazali miejsca, w których dawno temu Wiesia, Wiesiek i Jurek spędzali najpiękniejsze lata życia... Zalał mnie ogrom wdzięczności, choć nie dowiedziałam się zbyt wiele. Miejska Biblioteka była zamknięta, ludzie coraz bardziej przyjezdni, nie znający tutejszej przeszłości, szkoła ani internat już nie istnieją, z dawnej huty pozostał komin i kawałek kotłowni... Ale i tak dla mnie była to mega sentymentalna podróż. I zastanawiałam się, czy moi Rodzice oraz mój najukochańszy Ojciec Chrzestny patrzą na mnie z góry i uśmiechają się na moje poczynania. Jestem pewna, że tak.
Pomnik pamięci Jana Franczuka (1944-1971), himalaisty, alpinisty, uczestnika wyprawy w Karakorum oraz Stanisława Frausa (1929-2011), taternika, alpinisty, przewodnika górskiego i goprowca. Obok znajduje się ścianka wspinaczkowa (w 2025 roku niestety nieczynna)
Kaczkomat - czyli jadłodajnia dla kaczek - coś, co wzbudziło mój uśmiech :) Nad rzeką można kupić ziarna i karmić nimi kaczki, zamiast rzucania kawałków chleba. Bardzo mi się ta inicjatywa podoba.
Polanica podniosła się z wielkiej powodzi i wypiękniała. Na górze z prawej strony widać fragment budynku należącego do Specjalnego Ośrodka Szkolno Wychowawczego. Na dole źródełko, lecz wody w nim na próżno szukać.W części drugiej pokażę Wam w jakich miejscach byłam w Polanicy, bo to były fantastyczne dni i warto coś więcej napisać o samej miejscowości. Zatem zostańcie ze mną...
c.d.n. ...

































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz