O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi. Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

niedziela, 18 maja 2014

Lublin majówka 2014r cz.I: Skansen Wsi Lubelskiej


LUBLIN – MAJÓWKA 2014r

CZ. I : SKANSEN WSI LUBELSKIEJ

 

Czy Lublin da się lubić? Wraz z Tusią postanowiłyśmy to sprawdzić. Wczesnym rankiem wyruszyłyśmy w kierunku tego miasta. Marta dzielnie walczyła z sennością, ja wracałam wspomnieniami do pierwszej mojej wizyty w Lublinie. Wtedy tylko wpadłam „na chwilę”, zjadłam pyszną pizzę i już wracałam do Warszawy. Wracałam z wesela, więc raczej zwiedzaniem nie zawracałam sobie głowy. Tym razem miałyśmy niecałe 7 godzin, by choć w małym stopniu poczuć atmosferę miasta.

Oczywiście los bywa albo ślepy, albo złośliwy. Zeszła majówka upłynęła nam pod znakiem deszczu, w tym roku dołożyłyśmy jeszcze wiatr. Zmarznięte poszłyśmy na przystanek autobusowy, by dostać się na obrzeża Lublina. Na pierwszy rzut wzięłyśmy pod lupę SKANSEN WSI LUBELSKIEJ. Choć w nazwie występuje słowo „wieś”, to skansen kryje w sobie również miasteczko. Ale o tym potem.


W skansenie. Foto: Marta
 
 
***
 

Jakieś 40 lat temu powstało Muzeum Wsi Lubelskiej, jako jedno z największych w Polsce muzeów na otwartym powietrzu. Jego zadaniem było ukazanie budownictwa charakterystycznego dla Lubelszczyzny a także nawiązania do tradycji, ludzi i ich życia.
 
 
Herby Lubelszczyzny
 
 
By zrealizować pomysł stworzenia takiego skansenu, wielu ludzi musiało odbyć niezliczoną ilość wycieczek, by zebrać dokumentację archeologiczną, etnograficzną i historyczną. Potem zaczęto gromadzenie eksponatów. Część z nich to obiekty przeniesione z terenu, część to rekonstrukcja na podstawie zdjęć archiwalnych oraz tych, które nadal stają tam, gdzie je postawiono. Przedstawiają one przekrój przez różnorodność zarówno w konstrukcji budynków, materiałów, z których zostały zrobione, jak też funkcji, jakie pełniły.

 
***


Weszłyśmy z Martą na teren skansenu. Wejście i kasy znajdują się w nieistniejącym naprawdę, lecz w swej architekturze, wzorowanym na stylowym, budynku z Kazimierza Dolnego. Prawdopodobnie wybudowano go na przełomie XVII i XVIIIw.
 
 
Wejście do muzeum


Ścieżka między drzewami wyprowadziła nas na Wyżynę Lubelską. Wśród zielonego jeszcze zboża, pierwszy obiekt z jakim się zapoznałyśmy to WIATRAK Z ZYGMUNTOWA. To wiatrak typu holenderskiego i jest to pierwszy obiekt przeniesiony do muzeum i udostępniony do zwiedzania turystom. Tu mielono mąkę żytnią oraz śrutę jęczmienną i owsianą na paszę. Produkowano też kaszę. Wiatrak działał na pełnych obrotach przez cały rok.
 
 
Wiatrak z Zygmuntowa
 
 
 
 Wnętrze wiatraka



 Wnętrze wiatraka



 Wiatrak Holender
 

Kolejnym obiektem, do którego zajrzałyśmy była KUŹNIA Z URZĘDOWA. Została ona zbudowana w 1915r. To drewniany budynek o konstrukcji węglowej z dachem pokrytym dartymi deskami osikowymi, tzw. „dranicami”. Jako budulec posłużyły deski pochodzące z umocnień okopów żołnierskich jeszcze z I wojny światowej. W podcieniu kuźni, która to była elementem charakterystycznym dla kuźni z XIXw. i początku XXw., podkuwano konie. Oprócz tego wykonywano tu naprawy sprzętu rolniczego, ozdobne okucia, cmentarne krzyże itp.
 
 
Wnętrze kuźni
 

Tuż przed kuźnią przeszłyśmy obok KAPLICZKI Z KOLANÓWKI z 1979r. To kopia wykonanej na początku XXw. Z kapliczki wygląda figura Chrystusa Frasobliwego, będąca również kopią figury, pochodzącej z 1900r.


Kapliczka z Kolanówki. Foto: Marta
 
 
 
Żwirowa alejka w skansenie
 

Już z daleka Tusia dojrzała zdjęcie króliczka na ogrodzeniu. Idąc wzdłuż parkanu, doszłyśmy do ZAGRODY Z URZĘDOWA. Chałupa została zbudowana w 1784r dla pradziadka ostatniego właściciela obiektu i reprezentuje przykład zamożnego mieszkania.
 
 
Zagroda z Urzędowa
 
 
Składa się z dużej izby, komory, sieni i… drugiej izby, zwanej izdebką. W dużej izbie znajduje się kuchnia z paleniskiem zamkniętym blachą z fajerkami oraz piec chlebowy. W izdebce palono na otwartym palenisku.
 
 
Wnętrze izdebki
 
 
 
 Otwarte palenisko w izdebce



 Izba duża. Pod sufitem ustawione do suszenia garnki, świadczą o zajęciu gospodarzy. Charakterystycznym elementem każdego domu są święte obrazki na ścianach.
 
Do chałupy przylega mały okólnik, gdzie trzymano trzodę chlewną, drewno na opał oraz narzędzia. To tu wyjaśniło się zdjęcie królika na płocie, bowiem w małym okólniku mieszkały urocze króliki.
 
 
Mały okólnik
 
 
 
 Jeden z króliczków
 
 
Zagroda posiada też duży okólnik, a więc stodoły, stajnie, chlewy, obory a także wozownię. Rzecz, która absolutnie rzuca się w oczy, to fakt, że wszystkie obiekty w tej zagrodzie kryte są słomą.
 
 
Tablica informacyjna Zagrody z Urzędowa
 

Pora była pójść dalej. Zajrzałyśmy ,więc do następnego domostwa, a była to ZAGRODA Z ŻABNA. Płotek z żerdzi, biało kwitnące na wiosnę drzewko oraz ogródek kwiatowo-warzywny, tworzyły sielski obrazek.
 
 
Tablica informacyjna Zagrody z Żabna
 
 
 
 Zagroda z Żabna
 
 
Sama chałupa została zbudowana w 1895r. Posiada ganek, element charakterystyczny z końcem XIXw., który był budowany na wzór dworski i małomiasteczkowy. Wewnątrz znajduje się izba i komora przedzielone sienią. W izbie dominuje warsztat tkacki, co wskazuje na zajęcie gospodarzy.
 
 
 Wnętrze Zagrody z Żabna. Główny mebel to warsztat tkacki.
 
 
 
 Krosna i wrzeciona w komorze
 
 
Do zagrody przylega także okólnik, a wiec obora, stajnia itp. Tym razem stanowi miejsce do wyeksponowania narzędzi i maszyn przydatnych w gospodarstwie.
 
 
 Okólnik Zagrody z Żabna
 
 
 
 Drewno na opał w okólniku



 Widok na budynki gospodarcze w części miasteczka - ulicy Stodolnej
 

Przeszłyśmy obok STUDNI Z BŁAŻKA, gdzie urzędował kogut ze swym haremem. Studnia zbudowana została ok. 1870-1890r i reprezentuje typ studni kołowrotowej z kołem „deptanym”. Służyła wielu rodzinom zarówno jako wodopój do potrzeb domowych, jak i w celu pojenia zwierząt.
 
 
Studnia z Błażka


Od studni już tylko dwa kroki dzieliły nas od ZAGRODY Z NIEMIEC, czyli zespołu chałupy z murowaną piwnicą, budynkami gospodarczymi i kurnikiem. Nazwa miejscowości nie wiąże się z naszym zachodnim sąsiadem, państwem niemieckim, lecz ze wsią Niemce, gdzie zbudowano w 1890r chałupę.
 
 
 Tablica informacyjna Zagrody z Niemiec
 
 
Domostwo składa się z izby, alkierza, sieni i komory. Stanowi przykład czterownętrznego, drewnianego domu, konstrukcji węgłowej z dachem krytym słomą. W izbie znajduje się kuchnia z krytym paleniskiem, od której przewodami leciało ciepłe powietrze, ogrzewające alkierz. W chałupie tej ciekawostką jest to, że piec chlebowy znajduje się w komorze z dostępem od sieni i nie jest połączony z kuchnią. Atrakcją były tu też ciekawe gęsi oraz prześliczne kózki.
 
 
 Wnętrze Zagrody z Niemiec
 
 
 
 Część garderobiana



 Gęsi



 Urocze kózki i koziołki

 

Tuż obok zajrzałyśmy też z Martą do ZAGRODY Z ŻUKOWA, typowej zagrody występującej na Wyżynie Lubelskiej.
 
 
 Tablica informacyjna Zagrody z Żukowa
 
 
Tu chałupa, zbudowana w końcu XVIIIw. mieści izbę i komorę z sienią po środku. Przy kuchni jest piec chlebowy a sienia pełni funkcję wędzarni. W izbie rzucają się w oczy bibułkowe ozdoby, a także dekoracje ze słomy. O tym, że gospodarze mieli artystyczne dusze, może świadczyć fakt, że zgromadzili sprzęty muzyczne. A przed domem ogródek kwiatowo-warzywny. Wsi spokojna, wsi wesoła…
 
 
 Wnętrze Zagrody z Żukowa. W izbie bibułkowe ozdoby
 
 
 
 Izba Zagrody z Żukowa. Kołyska świadczy o maleńkim potomstwie gospodarzy



 Izba Zagrody z Żukowa. Obok łóżka stoi mniejsze, które zajmowało nieco starsze dziecko
 

Będąc w skansenie, nie sposób pominąć najstarszego obiektu w sektorze Wyżyny Lubelskiej. To CHAŁUPA Z TARNOGÓRY.
 
 
 Tablica informacyjna Chałupy z Tarnogóry
 
 
 
 Większość dachów jest kryta słomą
 
 
Na siestrzanie, czyli głównej belce sufitowej, widnieje wyryty rok 1773.
 
 
 Belka sufitowa z datą
 
 
I jak większość chałup w skansenie, ta również posiada izbę, sień, komorę z kurnikiem, a w latach późniejszych również alkierz. Ważnym elementem we wnętrzu jest warsztat szewski.
 
 
 Warsztat szewski w izbie Chałupy z Tarnogóry
 
 
 Torebusia :)
 
 
Obie z Tusią zachwycałyśmy się kołyskami w chałupach. Każda inna…
 
 
 Kołyska z wiklinowego koszyka, od małego bliżej natury :)

 
Przed chałupą...


***
 

Ze spokojnej, sielankowej wsi lubelskiej przeniosłyśmy się do… PROWINCJONALNEGO MIASTECZKA z lat 30. XXw. Tym samym wkroczyłyśmy w projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. To dopiero I etap, ale już teraz budzi spore zainteresowanie. Muzeum dysponuje ok. 40 obiektami, które będą dodawane w kolejnych etapach.

Na Lubelszczyźnie istnieje ok. 120 miejscowości, które niegdyś były miastami. Większość z nich funkcjonowało w oparciu o prawo magdeburskie. Nakazywało ono sposób zabudowy, lokalizacji budynków, zasady handlu itp. Ta część skansenu jest pieczołowicie odtwarzana na podstawie archiwalnych fotografii bądź budynków istniejących, pozostałych po wojnie w rękach potomków właścicieli.


***


Swą wędrówkę po miasteczku rozpoczęłyśmy od REMIZY STRAŻACKIEJ Z WILKOWA.


Widok na ulicę Stodolną. Budynek z prawej strony: Remiza Strażacka z Wilkowa, budynek z lewej: Stodoła z Kamionki

Została ona założona w 1888r i należała do najstarszych w powiecie puławskim. Bycie strażakiem, podobnie jak dziś, wiązało się z szacunkiem i było przywilejem. W budynku remizy z Wilkowa urządzona jest ekspozycja pomieszczenia dla strażaków i rekwizyty sprzętu bojowego z lat 30. XXw.


Budynek Straży Ogniowej


Niestety tego dnia remiza była zamknięta i nie dane nam było tego zobaczyć.


Przed drzwiami, którymi wyjeżdżano do pożaru


Podobnie nie można było zajrzeć do RATUSZA Z GŁUSKA. Głusk, małe, prywatne miasteczko pod Lublinem było założone przez ród Głuskich. W 1869r utracił prawa miejskie. W ratuszu w skansenie, inspirowanym tym z Głuska, umieszczono ekspozycję sali posiedzeń Rady Miejskiej, gabinet burmistrza i posterunek policji, który w II Rzeczypospolitej reprezentował władzę państwową. Interwencje nie dotyczyły raczej spraw kryminalnych, lecz tych, związanych z obyczajowością i tych typowo administracyjnych.


Ratusz z Głuska
 

Tuż za remizą znajduje się ARESZT Z SAMOKLĘSK, z dwoma celami dla kobiet i mężczyzn. Był to budynek, w którym odbywano kary kilkudniowego pozbawienia wolności za raczej drobne przewinienia, o których dziś powiedzielibyśmy, że były małej szkodliwości społecznej.


Na pierwszym planie remiza, a budynek z lewej strony to Areszt z Samoklęsk. W panoramie miasteczek prowincjonalnych pojawiły się także słupy telegraficzne i druty telefoniczne
 

A przed remizą znajduje się SZKOŁA Z BOBROWNIK, obok której przeszłyśmy dość obojętnie, zwłaszcza, że obiekt był także zamknięty. Ale warto tu podkreślić, że w czasach II Rzeczypospolitej większość miasteczek posiadała siedmioklasową szkołę powszechną.

Miałyśmy z Martą majówkę, więc zamiast do szkoły, wybrałyśmy RESTAURACJĘ Z ZEMBORZYC. Podstawową działalnością lokalu w okresie międzywojnia była sprzedaż trunków, na które właściciele posiadali koncesję oraz od 1937r produkcja i sprzedaż lodów, które sprzedawali na dużej werandzie. Tym razem lodów nie było, zresztą na samą myśl o lodach, robiło nam się jeszcze zimniej.


Restauracja z Zemborzyc



 Weranda, na której sprzedawano lody
 

Przeszłyśmy więc, do budynków, które tego dnia były otwarte. A były to ciekawe DOMY Z SIEDLISZCZA. W pierwszym, DOMU LIBHABERÓW, zajrzałyśmy na pocztę. Agencja pocztowa z ok. 1938r odtworzona została w domu Hersza Libhabera. Zazwyczaj takie urzędy były zlokalizowane w prywatnych domach.


Poczta w Domu Libhaberów



 Wnętrze okienka pocztowego
 

A skąd żydowskie nazwisko? Ano stąd, że ludność żydowska w II Rzeczypospolitej to blisko połowa mieszkańców miasteczek Lubelszczyzny. Żydzi żyli tu według swoich reguł, praw i religii. Żyli obok chrześcijan. Ich tragiczny los w czasie II wojny światowej został brutalnie przerwany, a klimat miasteczek, który tworzyli, przestał istnieć.

W tym samym domu Libhaberów, zajrzałyśmy z Tusią do mieszkania Moszka Klajnera z Uchań z 1939r.


Wnętrze mieszkania Moszka Klajnera. Po środku stoi maszyna do szycia, kultowy Singer

Potem zerknęłyśmy do fryzjera – Jankiela Struzera z Dubienki z ok. 1939r.


Szyld fryzjera


Fryzjerzy zarówno polscy jak i żydowscy czekali na klienta na progach swych zakładów lub też udawali się do domów klientów. Najczęściej mężczyźni golili się, kobiety układały swe fryzury w domach, dzieci płci męskiej, ze względów higienicznych, były strzyżone na łyso.


Zakład fryzjerski



Tabliczka może wzbudzić śmiech, ale w rzeczywistości ostrzegała przed pluciem jako źródłem gruźlicy Foto: Marta

 

Tym, co wzbudziło spore zainteresowanie i ożywienie wśród odwiedzających skansen, był DOM JAWORSKICH. Tu zlokalizowano różne lokale usługowe. I tak, zajrzałyśmy do piwiarni Adama (ojca) i Edwarda (syna) Jaworskich w Siedliszczu.


Szyld Szynku Zakąsek :)


Piwiarnia to kolejny postęp. Ze zwykłej karczmy przeradza się w restaurację, piwiarnię czy szynk, a obecnie modny pub. Właściciele przeważnie sami wyrabiali wędliny.


Przed piwiarnią


W piwiarni Jaworskich serwowano piwo na trzy sposoby: beczkowe, butelkowe oraz w beczułkach, zwanych wiadrówkami, stawianymi przy stoliku do dyspozycji gości. Goście siedzieli w sali bufetowej piwiarni, do której zajrzałyśmy. Akurat leciała piosenka „Umówiłem się z nią na dziewiątą…” Ach, co to były za czasy… Aż chciałoby się napić oranżady.


Pierogi raz! :)



 Albo płacisz, albo wyjdź, kredytu nie udziela się :)


Lokal Jaworskich składał się z sali bufetowej, salki konsumpcyjnej oraz „sali dla lepszych gości”, gdzie podawano obiady.


Brakuje tylko wędlin własnego wyrobu na tych hakach
 

Rozochocone zajrzałyśmy do kolejnego pomieszczenia. Tym razem było to wnętrze sklepiku z trafikami, czyli wyrobami tytoniowymi.


Wnętrze z trafikami


Musiały być one przechowywane w specjalnie do tego przeznaczonych szafkach, by zachowały swój aromat i tym samym były towarem najwyższej jakości. Od 1922r w II Rzeczypospolitej wyłączność na sprzedaż wyrobów tytoniowych posiadał Polski Monopol Tytoniowy.


Reklama fabryki wyrobów tytoniowych



 Reklama fabryki "Sokół" w drewnianej ramie za szkłem, pochodząca z lat 30 XXw.



 Szyld Polskiego Monopolu Tytoniowego z lat 30 XXw.
 

Tuż obok sklepu z papierosami, znalazł się sklep żelazny. Mieści się on jeszcze w domu należącym do Libhaberów.


Szyld sklepu



 Świeże baterie nadeszły :) A jeśli macie mydło Jeleń, to sprawdźcie czy macie to prawdziwe :)


A w nim ekspozycja sklepu z 1938r, należącego do Żyda Hersza-Lejby Libhabera (1871-1933). Towary te unowocześniały życie mieszkańców okolicznych wsi i samego miasteczka. Część z nich była wystawiana na zewnątrz.


Wnętrze sklepu żelaznego



 Wnętrze sklepu żelaznego
 

I tym sposobem doszłyśmy z Martą do serca miasteczka prowincjonalnego. A był nim RYNEK. Od dawien dawna, pełnił on miejsce życia społecznego, kulturalnego, handlowego itp. Najczęściej był brukowany w kształcie prostokąta.


Rynek w miasteczku prowincjonalnym


Tu odbywały się targi, jarmarki, festyny, a także uroczystości kościelne i państwowe. Na rynku zazwyczaj była studnia, z której czerpano wodę. I w skansenie zastałyśmy taką studnię.


Studnia na rynku


Tyle, że tego dnia zabrakło targu, rżenia koni, towaru na wozach. Cisza i pustka. Ale od czego była wyobraźnia J.

Dlatego przeszłyśmy z Martą, by zajrzeć do zabudowań północnej pierzei rynku. Tuż obok Ratusza z Głuska przycupnęły DOMY PODCIENIOWE Z WOJSŁAWIC i DOM Z WĄWOLNICY. W podcieniach prowadzono działalność usługowo-handlową. Zależnie od potrzeb, na danym terenie rozwijały się określone rzemiosła. Obok siebie funkcjonowały takie gałęzie jak krawcy, fryzjerzy, kowale, szewcy z jednej strony, a piekarnie, wyrabiający wędliny, stolarze z drugiej.


Domy z Wojsławic



Dom z Wąwolnicy


Domy przy rynku często były zamieszkiwane przez rodziny żydowskie. W domu po prawej stronie, swój warsztat szewski prowadził Żyd Fajwel, zwany przez Polaków Fawka. W domu po lewej, znajduje się ekspozycja zakładu cholewkarskiego.


Warsztat szewski Fawki



 Buty, cholewy i prawidła, czyli witamy u szewca
 

Prawie każde historyczne miasteczko II Rzeczypospolitej było siedzibą parafii rzymskokatolickiej. A skoro tak, to w skansenie nie mogło zabraknąć kościoła.
 
 
Od lewej: plebania, kościół i dzwonnica z Motycza z 1932-33r
 
 
Dlatego udałyśmy się z Tusią do KOŚCIOŁA Z MATCZYNA z 1686r. To najstarszy, zachowany, drewniany kościół parafialny na Lubelszczyźnie.
 
 
Kościół z Matczyna
 
 
Wnętrze kościoła barokowe jest jeszcze przedsoborowe, czyli ksiądz odprawiał mszę tyłem do wiernych, a kazanie płynęło z ambony. Nawę od prezbiterium oddziela tu balustrada, będąca jednocześnie stołem komunijnym.
 
 
Wnętrze kościoła z Matczyna
 
 
W kościele panowała cisza, tylko jedna pani modliła się przed wejściem. Wyszłyśmy z Martą przed budynek. Obok znajdowała się PLEBANIA Z ŻESZCZYNKI, datowana na 1824r. Zamieszkiwali ją najpierw księża grekokatoliccy, potem prawosławni ojcowie, a w Polsce Odrodzonej, księża katoliccy. Obecnie plebania jest odwzorowaniem takiej z małego miasteczka z 1938r. Plebanie były nie tylko mieszkaniem dla duchownych, lecz także urzędem. To tu zapisywano w księgach wszystkich, którzy się rodzili, umierali i pobierali. To dzięki takim księgom na plebaniach, dziś można odszukać swe korzenie.
 
 
Na tyłach kościoła, budynek z prawej strony: plebania z Żeszczynki, po środku: dzwonnica z Motycza
 
 
 
W ogródku u księdza :)



 Takie małe różowe serduszka...



 Brateczki ;)



 Moje kochane Niezapominajki...


Kiedy weszłyśmy do ogródka przy plebanii, zaczął kropić deszcz. Dlatego przeszłyśmy obok SPICHLERZA Z WRZELOWCA. Tylko rzuciłyśmy okiem na część poświęconą zmarłym, czyli cmentarzowi, który w miasteczkach prowincjonalnych najczęściej był usytuowany na ich obrzeżach. Coraz większy deszcz nie pozwolił nam też zagłębić się w zabudowania malowniczego POWIŚLA. Ta część skansenu pozostała, więc nam do ponownego odwiedzenia.


Powiśle. Na pierwszym planie lapidarium
 

Szybkim marszem przemieściłyśmy się do zespołu dworskiego, gdzie w pięknie zagospodarowanym ogrodzie stał DWÓR Z ŻYRZYNA. Zbudowany ok. połowy XVIIIw. jest parterowy, drewniany z łamanym dachem, krytym gontem oraz tynkowany zarówno wewnątrz, jak i zewnątrz.


Dwór z Żyrzyna


Wnętrza przedstawiają tu mieszkanie fikcyjnej rodziny ziemiańskiej. Według założeń to wnętrza dworu z sierpnia 1939r, zamieszkałego przez średniozamożną, dwupokoleniową rodzinę, złożony z rodziców i syna. Jednakże nie dane nam było pozwiedzać wnętrza, poza zajrzeniem do dwóch pomieszczeń.


Wnętrze Dworu z Żyrzyna



 Wnętrze Dworu z Żyrzyna



 Wnętrze Dworu z Żyrzyna



 Wnętrze Dworu z Żyrzyna


Deszcz, który rozpadał się na dobre, zatrzymał nas w sieni dworu. Podobnie innych odwiedzających obiekt. I oto stała się rzecz dziwna. Wszyscy zostaliśmy wyproszeni na zewnątrz, bowiem weszła grupa z opłaconym przewodnikiem. Ze strony muzeum było to bardzo niegrzeczne, zwłaszcza, że były małe dzieci, na zewnątrz mocno padało, że o zakupionych biletach nie wspomnę.


W sieni Dworu


Mocno zniesmaczone ubrałyśmy kaptury i wyszłyśmy z Martą na ganek wsparty kolumnami.


Dwór z Żyrzyna



 Dwór z Żyrzyna


Pod osłoną parasolki kierowałyśmy się już do wyjścia ze skansenu, mimo, że jeszcze wielu obiektów nie zobaczyłyśmy. Jak się potem okazało, było to bardzo dobre posunięcie, gdyż nie zdążyłybyśmy na inne atrakcje Lublina. Jeszcze na chwilkę zajrzałyśmy do DOMU Z HUTY DZIERĄŻYŃSKIEJ z połowy XIXw. Stanowił on dawniej siedzibę zarządcy dóbr Dzierążnia. Teraz pełni funkcję sklepiku z pamiątkami.


Szyld sklepu z pamiątkami
 


***


Nie zobaczyłyśmy ani czworaków, ani spichlerzy. Gdyby chcieć zobaczyć to, co już jest w skansenie, trzeba by dodać z jeszcze godzinę lub dwie. A jeśli rozbudowujący się skansen, dołoży jeszcze te obiekty, które wciąż czekają w magazynach na ekspozycję, trzeba będzie poświęcić cały dzień. Mimo lekkiego rozczarowania tym, że wiele zabytków było zamkniętych, to myślę, że jednak warto taki dzień przeznaczyć. W piękny, słoneczny dzień to prawdziwa rozkosz, przejść się alejkami i zanurzyć w historii. Poczuć klimat przedwojennego miasteczka, wyczuć atmosferę lubelskiej wsi. Polecam szczerze.


Budynek wejścia i wyjścia ze skansenu
 

Deszcz nie odpuszczał, ale obie z Tusią pobiegłyśmy na przystanek i wróciłyśmy do centrum. Ale co tam zobaczyłyśmy, zdradzę w drugiej części relacji z Lublina. Serdecznie zapraszam J.

niedziela, 4 maja 2014

Zagubieni na stoku Gubałówki...


KIEDY SZLAK CIĘ TRAFIA

NA POGODĘ  ZA OKNEM…

WYJDŹ NA SZLAK J

 

Deszcz. Walenie za oknem nie daje spać. No nie, kolejny dzień nieznośnej pogody za oknem może zniecierpliwić najbardziej cierpliwego. Jeszcze trzeba dać odpocząć oczom, nogom i całej reszcie tułowia jakże spragnionego wysokogórskich eskapad. Godzina. Już kropi. Dwie godziny. Niebo chyba zmęczyło się deszczem. Chwila przerwy. Trzecia godzina. Nie pada. Dość. Trzeba coś z tym zrobić. No tak być nie może. Cytując klasyka: „Albercik, wychodzimy!!!”.

Przy takiej pogodzie daleko się nie da wyjść. Ryzyko za duże. Ale co począć, kiedy strasznie chce się gdzieś pójść? Można wybrać buszowanie po stokach Gubałówki. Trasa w zamierzeniu była prosta:  niebieskim szlakiem z ul. Powstańców Śląskich dojść do Butorowego Wierchu, potem grzbietem Gubałówki szlakiem czerwonym dojść do Furmanowej i potem schodzić z powrotem do miasta. Ale oczywiście pogoda zweryfikowała te plany.

Razem z Agnieszką i Grzesiem przeszliśmy między zabudowaniami ulicy Droga na Szymoszkową, by z ulicy Kościeliskiej dostać się do ulicy Powstańców Śląskich, gdzie przy hotelu Mercure Kasprowy zaczynał się szlak niebieski.


Początek szlaku niebieskiego


Razem z naszym marszem ochoczo maszerowało granatowe niebo. Co i rusz budziło to pewien niepokój, ale w myśl przysłowia „z dużej chmury mały deszcz”, podążaliśmy pod górę.


Za hotelem na początku trasy



Tatry Zachodnie w chmurach


Doszliśmy do polany pod wyciągiem krzesełkowym na Szymoszkowej. Przeszliśmy pod nim i… straciliśmy szlak z pola widzenia.


Podążając ku wyciągowi



 Widok z polany w kierunku hotelu Mercure Kasprowy



 Widok z polany w kierunku regli



 Pod wyciągiem krzesełkowym na Szymoszkowej


Kierowaliśmy się intuicją, zagłębiając się w las. Po jakimś czasie zdaliśmy sobie sprawę, że chyba jednak zgubiliśmy szlak. Tak naprawdę to szliśmy leśną ścieżką, zagłębieni w rozmowie, świat przestał chwilowo istnieć, czuliśmy zapach lasu.


Szlak, nie szlak? Ważne, że jest miło ;)


Po drodze odnaleźliśmy tabliczkę z kierunkiem na Gubałówkę, więc dalej podążaliśmy za strzałką. Niestety za nami podążała wielka chmura, która chyba czuła się w obowiązku zlać nas tego dnia.


Mocno sfatygowany kierunek na Gubałówkę



 Na stoku Gubałówki powstają nowe góralskie domy



 Część z nich jest na sprzedaż



 Będzie nowy dom...



 Złowroga chmura nad Tatrami



 Widok w kierunku Tatr Bielskich


Póki co wyszliśmy na pasmo gubałowskie i wraz z licznymi turystami podążaliśmy w kierunku stacji kolejki szynowej.


Im bliżej stacji kolejki szynowej, tym większy tłum


Gdzieś w połowie drogi, chmura spełniła swoje groźby. Zaczęło padać i to porządnie. Schowaliśmy się więc, pod daszkiem jednego z kramików, który akurat wtedy był zamknięty. Miejscówka wydawała się sucha i bezpieczna. 15 minut. Leje. 20 minut. Zacina.


Jeszcze humory dopisują...


30 minut. Kropi. 40 minut. Miejscówka przecieka i podchodzi wodą.


Po prawie godzinie...miny rzędną


Ewakuacja. Peleryny na siebie, w między czasie czapka i rękawiczki też powędrowały na głowę i ręce. Czy na pewno mamy sierpień??? Szliśmy drogą, pamiętając, że z prawej strony powinien być widoczny masyw Giewontu. Tego dnia niestety towarzyszyło nam po tej stronie mleko…


Gubałówka w deszczu



 Zimno, mokro, do domu daleko...


Doszliśmy do górnej stacji kolejki linowej. I wreszcie przestało padać. Chmura uznała jednak, że jesteśmy twardymi przeciwnikami. Szlakiem papieskim podążaliśmy więc, dalej w kierunku Furmanowej. Po drodze padła mi bateria w aparacie, ale dobrze, że moi towarzysze podróży byli wyposażeni w sprzęt foto, dalej więc, będą zdjęcia ich autorstwa, choć z moimi prośbami o fotki w danych miejscach :)


Parujące Tatry i Zakopane w dole



 Droga Papieska. Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Wieża przekaźnikowa, dzięki której Gubałówka jest rozpoznawalna. Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Na chwilę odkryty Giewont. Foto: Agnieszka i Grzegorz


Ale chmura nie dawała za wygraną, dlatego odbiliśmy w prawo na niebieski szlak. Początkowo szliśmy między polami domostw, rozkoszując się ciszą i parującymi górami.


Tatry Bielskie.   Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Tatry w stanie wrzenia :). Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Nasz szlak. Foto: Agnieszka i Grzegorz


Po drodze trafiliśmy na ptasi sejmik. Szczygły rajcowały aż miło.


Halo, halo, tu ptasie radio... Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Szczygiełki :). Foto: Agnieszka i Grzegorz


Z lewej strony rozciągała się panorama na zabudowania w Poroninie.


Widok ze szlaku w kierunku Poronina. Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Panorama na Poronin. Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Góralski ul :). Foto: Agnieszka i Grzegorz


Wreszcie szlak niebieski wprowadził nas przez las na Walową Górę.


Szlak zagłębia się w las. Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Strome zejście na szlaku, tym razem mnóstwo śliskiego, zdradzieckiego błota. Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Napotkany na szlaku świątek. Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Polana przed Walową Górą. Foto: Agnieszka i Grzegorz


Stąd otworzył się nam widok na Tatry Zachodnie oraz Zakopane w dole.


Panorama z Walowej Góry. Foto: Agnieszka i Grzegorz



Na Walowej Górze. Foto: Agnieszka i Grzegorz


Między drzewami przemknął wagonik kolejki szynowej. To przypomniało nam, że znajdujemy się na zboczu Gubałówki.


Wagonik kolejki na Gubałówkę. Foto: Agnieszka i Grzegorz


Zaczęliśmy schodzić w dół. Jednak czekało nas śliskie, strome zejście wzdłuż Walów Potoku.


Zgodnie ze strzałką.... Foto: Agnieszka i Grzegorz



 ... ale czemu tak stromo? Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Oby nie zjechać na czterech literach... Foto: Agnieszka i Grzegorz


Potem, żeby było zabawniej również przedzieranie się przez zarośla, mokre trawy, krzaki i śliskie korzenie. Ścieżka była wąska i po deszczu nieco bagnista.


Ścieżynka, mokre trawy i błotko. Normalka na szlaku. Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Wreszcie szerzej. Foto: Agnieszka i Grzegorz



 Niebawem koniec szlaku. Foto: Agnieszka i Grzegorz


Wreszcie udało nam się dojść do końcowej kropki. Tym samym doszliśmy do dolnej stacji kolejki szynowej na Gubałówkę.


Koniec lub początek. Foto: Agnieszka i Grzegorz


 
 Przy dolnej stacji kolejki na Gubałówkę. Foto: Agnieszka i Grzegorz


Błoto na butach, błoto na stuptutach. I dobrze, że tylko zatrzymało się na dolnej części. Zanim wygodnie rozsiedliśmy się w ciepłej knajpce, doprowadziliśmy się do kultury. A potem zapełniliśmy nasze brzuszki smakowitymi kąskami zapominając o bożym świecie. Ale była pewna dama, która nas zapamiętała i nie pozwoliła zapomnieć o sobie. Kiedy wyszliśmy z restauracji, czekała na nas. Wielka, ciemna masa, złowieszczo zawieszona nad nami. Ona. Chmura. Niestety nie miałam tyle szczęścia, co Agnieszka i Grzegorz. Do mojej kwatery doszłam mokra. Następnego dnia suszyłam buty, choć specjalnie nie płakałam, bo pogoda znów obraziła się na wędrowców. Cóż, czasem i tak bywa…

KONIEC