O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi. Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

sobota, 8 października 2016

Karkonosze: z wizytą na zamku Chojnik

Opowieść o księżniczkach,
rycerzach i smokach,
czyli o tym,
jak dwie Kunegundy
wybrały się na zamek Chojnik

W pewien piękny wieczór lipcowy dwie Kunegundy – Starsza i Młodsza – pochyliły się nad mapą, by obrać jakiś cel wędrówki na kolejny dzień. Studiowały wnikliwie szlaki, obliczały czasy przejścia, zastanawiały się nad najlepszą opcją.
- A może połączmy wędrowanie ze zwiedzaniem i chodźmy na zamek? – powiedziała Starsza Kunegunda
- A gdzie to na mapie? – zastanawiała się Młodsza
- No tu.
- Acha.
- To co? Idziemy? Może spotkamy jakiegoś rycerza – namawiała Starsza.
- Dobra – odparowała Młodsza Kunegunda
I tym sposobem, postanowiły wybrać się na zamek położony malowniczo na skale, wśród szumiącego lasu.
Wstały raniutko i od razu ze swej siedziby w Szklarskiej Porębie Górnej weszły na szlak zielony, by poczuć odrobinę wędrowania w nogach. Po jakimś czasie napotkały tabliczkę, mówiącą o tym, że jest obejście szlaku (co w drodze powrotnej okazało się zupełnie zbyteczne) i doszły aż do Wodospadu Szklarki. O tym cudzie przyrody napiszę Wam kiedy indziej, dziś skupmy się na wędrówce dwóch księżniczek. Przez chwilę szły niebieskim szlakiem w kierunku Piechowic.

Szlakowskaz przy Wodospadzie Szklarki



No to w drogę!


Gdy znów weszły na szlak zielony, szły nim przez godzinę. Droga wiodła przez las, a po drodze napotykały mnóstwo głazów.


Na szlaku właściwym ;)



Szlak niedaleko Szklarskiej Poręby, bardzo malowniczy



Szlak wiedzie przez moment przy potoku Kamienna



Potok Kamienna



Podobno porosty żyją tam, gdzie jest czyste powietrze...



Schody trolli, tylko dokąd? :)



Formacje skalne w lesie


Wreszcie pojawiły się jakieś domy na horyzoncie, a księżniczki zastanawiały się gdzie doszły. Usiadły na przystanku autobusowym i wyjęły mapę. Widok z ich miejsca był przedni. Przed nimi lekko w chmurach skryły  się Śmielec i Wielki Szyszak.


Śmielec i Wielki Szyszak w chmurach - widok z przystanku w Michałowicach

- Gdzie my jesteśmy? – spytała Młodsza Kunegunda
- Chyba dopiero w Michałowicach – odpowiedziała Starsza
Obawy się potwierdziły z pomocą miejscowego człeka. Rzekł on, że za 40 minut będzie autobus do obranego celu. Narada księżniczek była krótka.
- Podjedziemy autobusem? – dopytywała Młodsza
- No ale nie będzie się to liczyć do książeczki, bo nie na własnych nogach – skwitowała Starsza i zaraz dodała – Wybór należy do Ciebie.
- Wiem, ale nogi mnie bolą. Tak troszkę. To trudno, będzie mniej punktów…
- I tak odpoczywamy, pijemy herbatę… - myślała na głos Starsza Kunegunda
- No właśnie. To jedźmy tym autobusem – odpowiedziała Młodsza już całkiem niezmęczona.
Po małej przerwie w wędrowaniu, obie księżniczki wsiadły do całkiem nowoczesnego wehikułu i po zakupie biletów, pojechały przez miejscowość Jagniątków aż pod zamek Chojnik.


Cel widoczny, tylko jak do niego się dostać?

I tu zaczęło się prawdziwe wędrowanie, bowiem szlaku nigdzie znaleźć nie mogły. Naprowadzone przez miejscowy lud, zaczęły przedzierać się przez łąkę i iść na intuicję. Okazało się, że podążały Piekielną Doliną.


Piekielna Dolina, w tle zabudowa Sobieszowa


Piekielna Dolina z widocznym zamkiem Chojnik

Z tej perspektywy zamek prezentował się bajecznie. Wysokie skały czyniły ten zamek niedostępnym. I tu wypadałoby wtrącić pewną legendę, związaną z imieniem Kunegunda. Kim była ta dama?
Kunegunda była młodą i piękną panną, córką kasztelana. Ojciec jej był dość wyrywny i pewnego dnia założył się, że objedzie wysokie mury zamkowe na grzbiecie konia. Oczywiście próby tej nie przeżył i runął w przepaść. Kunegunda złożyła wtedy śluby, że odda swą rękę tylko temu, co wyczyn ojca powtórzy i uda mu się wyjść z tego przedsięwzięcia cało. Wieść o tym rozeszła się po okolicy, a na zamek przybywało mnóstwo młodych rycerzy. I choć ginęli jedni po drugich, Kunegunda była niewzruszona i nadal obstawała przy swoim okrutnym planie. Jednak lata mijały, przemijała też uroda kasztelanki. Coraz mniej chętnych chciało kończyć swój żywot starając się o rękę pani na zamku. Pewnego dnia przybył na zamek piękny młodzieniec, do którego wyrwało się serce Kunegundy. Była gotowa zerwać swe śluby, by tylko rycerz nie poddawał się próbie. Ale ten uparł się i dosiadł konia. Szczęście dopisało młodzieńcowi i przejechał zamkowe mury. Ale radość Kunegundy nie trwała długo, bowiem rycerz zapowiedział, że przybył na zamek, by pomścić śmierć swych poprzedników, a kasztelanki nie chce i nie zamierza poślubić. Mówiąc to cisnął rękawicą i odjechał w swoim kierunku. Kunegunda wpadła w rozpacz, nie chciała do końca życia być panną. Smutek, wyrzuty sumienia i pycha, pchnęły ją do czynu samobójczego. Rzuciła się w przepaść, tę samą, w którą spadali rozkochani w niej zalotnicy. Legenda o okrutnej Kunegundzie przetrwała wieki, gorzej z jej posiadłością…


Urwista ściana zamkowej góry - to tu najwięcej rycerzy spadało i tu Kunegunda straciła swe życie

Snując opowieści o rycerzach, Młodsza i Starsza dotarły do szerokiej drogi wyłożonej kostką brukową. Tu czekało ich wspinanie się mozolnie pod górę. Po drodze minęły skalną formację zwaną Skalnym Grzybem. 


Szlak spacerowy na zamek Chojnik


Przy Głazowisku



Rozdroże przy Skalnym Grzybie



I sam Skalny Grzyb


Gdzieniegdzie otwierały się im widoki na Podgórzańskie Stawy oraz okoliczne górki.
- Daleko jeszcze? – dopytywała Młodsza Kunegunda
- Aż dojdziemy – mówiła Starsza


Podgórzańskie Stawy



Okoliczne wzgórza


I wreszcie dotarły pod zamkowe mury. Nad bramą wejściową wisiał kawałek herbu Chojnik. Oczywiście herb także związany jest z legendą, jakoby czerwone pasy na srebrnym tle pochodziły od śladów krwi, powstałej przez wytarcie rękawicy o zbroję. A dokonał tego giermek Gutsche Schoff, który za swe męstwo dostał szlachectwo z herbem i stał się protoplastą rodu Schaffgotschsów, którzy zamkiem władali przez dziesięciolecia z dużym powodzeniem.


U bram zamku



Pod zamkiem



Przy bramie wejściowej na zamek



Fragment herbu zamku Chojnik


I choć dziś zamek to malownicze ruiny, to w przeszłości była to okazała twierdza.
Nazwa zamku – Chojnik ( z niem. Kynast, z dawnego pol. Chojnasty) wzięła się od choinek, czyli sosnowego lasu, które rosło na zboczu góry zamkowej. Góra ta ma 627 m n.p.m.
Murowany zamek powstał już w XIV w.


Tak wyglądał zamek w XIV w.


W pierwszej połowie XVI w. rozbudowano zamek, dodano zabezpieczenia mające na celu ochronę z użyciem broni palnej, a więc powstały strzelnice. Wtedy też zaczęła funkcjonować zamkowa kuchnia, a także stajnie. Zamek wyposażono w renesansowe zdobienia. Warto tu dodać, jako ciekawostkę, że zamek nigdy nie posiadał studni. Wodę gromadzono w specjalnych cysternach. Oczywiście warownia posiadała basztę, budynek komendanta, część mieszkalną oraz kaplicę. W jednej z wież znajdował się loch głodowy.


A tak prezentował się w XVII w.



Dawna kuchnia


                  
Studnia jakby współczesna, dawniej woda była gromadzona w skalnych cysternach



Na zamku działa Bractwo Rycerskie



Ciężkie działo wytoczone zostało ;)



W zakamarkach zamku Chojnik



Ciemno, cicho i jakoś tak ponuro...



Nad lochem głodowym


Po środku zamku dolnego znajduje się do dnia dzisiejszego kamienny pręgierz z 1410 roku, o wysokości 3,9 m. Zamek wyposażono także w Salę Sądową.


XV wieczny kamienny pręgierz



Widok przez okno Sali Sądowej



Zamkowe ruiny


Na początku XVII w. właścicielem zamku był Hans Ulrich von Schaffgotsch. W czasie wojny trzydziestoletniej był on po stronie cesarza Ferdynanda II i służył w jego armii. Kiedy cesarz stracił zaufanie do generała, pod rozkazami którego Hans służył, jako podwładny generała został z automatu aresztowany i oskarżony o zdradę. A działo się to w 1634 r. Rok później go ścięto zgodnie z ówczesnym przywilejem szlachty – mieczem i na siedząco. Ponoć miecz i fotel, na którym zginął Hans Ulrich, do 1950 r. znajdowały się w cieplickim muzeum. (Cieplice to dziś dzielnica Jeleniej Góry, kiedyś osobne miasto).
Data 31 sierpnia 1675 r. okazała się datą końcową dla wspaniałej budowli. To właśnie tego dnia, podczas burzy, w zamek trafił piorun i rozpętał się pożar, który strawił większość zabudowy. Od tego czasu zamek popadał w ruinę.


Bluszcz, który oprócz wartości estetycznych, spełnia funkcję spoiny dla wiekowych murów



Idąc na zamek wysoki...



... mija się mury z oknami z widoczną kamienną framugą...



...oraz Zbrojownię, nad którą zachował się zdobiony balkon z kamienia



Zamkowe mury



W poszukiwaniu rycerzy


Dopiero w XIX w. zorganizowano pod zamkiem wyprawy z przewodnikami, w zamkowych murach otworzono gospodę a potem schronisko. Romantyczność miejsca wabiła tłumy kuracjuszy, którzy ratowali swe wątłe zdrowia w uzdrowisku w Cieplicach.
Po II wojnie światowej zamek przechodził remonty, kontrole, prace archeologiczne i inne zawirowania, by wreszcie stać się ruiną trwale zabezpieczoną, owianą legendami. By podtrzymać ducha Średniowiecza, na zamku odbywają się turnieje rycerskie, w tym najbardziej znany „O Złoty Bełt Zamku Chojnik”.
- Zobacz, tam jest rycerz! – wykrzyknęła Starsza Kunegunda
- Z czego on strzela? – spytała Młodsza
- Z kuszy. Chcesz spróbować? – zagadnęła Starsza
- Może potem – skwitowała Młodsza Kunegunda i zaraz poszła spenetrować inne zakamarki zamkowe. Obie zapuściły się do ciemnej piwnicy, by zaraz potem przejść znów na dziedziniec, gdzie spotkały… smoka!


Smok, a właściwie smoczek


Smok okazał się malutki, sympatyczny i bardzo przyjacielski. Księżniczki nie mogły sobie odmówić sesji fotograficznej z tym przemiłym stworzeniem.


Starsza Kunegunda ze smokiem...



... i Młodsza Kunegunda ze smoczkiem ;)

Przechadzając się po zamku, przeszły do dawnej kaplicy.


W dawnej kaplicy zamkowej



Baszta, którą schodzi się z tarasu widokowego



Tablica pamiątkowa w dawnej kaplicy, poświęcona Papieżowi Janowi  Pawłowi II, który jeszcze jako ksiądz przybył na zamek z grupą młodzieży

Potem Starsza Kunegunda pobiegła po kręconych schodach przez krużganki na wieżę, by  wywiesić swój warkocz z okna w nadziei na spotkanie swego rycerza. Niestety na wieży wiało tak, że musiała założyć kaptur. Popatrzyła więc, jedynie na piękne panoramy z tarasu wieży i ciemnymi schodami wewnątrz wieży zeszła na dół. W tym czasie Młodsza Kunegunda siedziała i dawała wytchnienie swoim nogom.


W drodze na wieżę



Gdzieś tam jest inny świat...



Sobieszów i fragment zamku, gdzie mieści się karczma



Karkonosze: z lewej Śnieżne Kotły, z prawej Szrenica



Na horyzoncie to chyba Janowickie Cycki :)



Góry Izerskie



Dziedziniec zamku dolnego



Podgórzyńskie Stawy



Sobieszów



Młodsza Kunegunda na dole...



... a Starsza Kunegunda na wieży



Gdzie jesteś mój rycerzu?...


- Jak tam? Wszystko gra? – spytała Starsza
-Jasne. Głodna jestem – odparowała Młodsza
Obie postanowiły zajrzeć do karczmy, gdzie zakupiły jadło w postaci rozmiękczonych i zalanych sosem placków ziemniaczanych z mięsem. Po strawie czas było ruszać w drogę powrotną.
Doszły znów kamienną drogą do rozstaju dróg i obrały zielony szlak w kierunku Michałowic.


W powrotną drogę czas


Droga znów powiodła je przez las, trawy, coś co przypominało wyschnięte koryto rzeki. Przez chwilę szły asfaltem pomiędzy domami i zaraz potem wspinały się na Grzybowiec 750 m  n.p.m. Niby nie wysoko, ale droga dłużyła się niemiłosiernie. Starsza Kunegunda zaczęła mamrotać w duchu na wybraną drogę, coraz bardziej czuła nogi.
- Wiesz co? Denerwuje mnie ten szlak – powiedziała.
- Mnie też, ale nie chciałam nic mówić, żeby Cię nie denerwować – odrzekła Młodsza Kunegunda.
- Co za cudowne stworzenie – pomyślała Starsza i dalej pokonywała drogę na ten nieszczęsny Grzybowiec.


Przez zarośla, po kamieniach...



... przez wąwozy i las...


W pewnej chwili, kiedy już podłoże zlewało się w jedno i coraz większa zadyszka dawała o sobie znać, Starsza zawołała:
- Patrz! Kolejny smok! To salamandra plamista!
- Fajnie, wiem ze szkoły, że takie coś istnieje, a teraz mogę to zobaczyć żywe! – odparowała Młodsza.
Jaszczurka zdawała się być niewzruszona zachwytami księżniczek i szybkim krokiem pomaszerowała w zarośla. Dzięki niej jednak, obie bohaterki dnia dostały jakby więcej energii.


Smok numer dwa tego dnia, czyli salamandra plamista

Znów przemierzały las, po drodze otwierały się im widoki na charakterystyczne szczyty karkonoskie.


Karkonosze :)



I znów Szrenica na celowniku oka



W leśnym tunelu w pobliżu Grzybowca



Pokonujemy Grzybowiec


Wreszcie dotarły do Michałowic, gdzie na znanym już sobie przystanku, zrobiły sobie przerwę. Odpoczywały zajadając owoce i pocieszając się nawzajem, że przed nimi przebyty już odcinek drogi, więc będzie szybciej.
I szły malowniczą drogą pod osłoną fantastycznych form skalnych, rozłożystych drzew i szumiącego tuż obok potoku Kamienna. A właściwie to już się wlokły, bo w nogach kilometrów miały sporo.


Fantastyczne skały przy szlaku



Szlak prowadzący pod skałami



Skalny Olbrzym



I kolejna drabina elfów


Wreszcie na koniec dnia obie Kunegundy doszły do centrum miasta i weszły do sklepu z pamiątkami, by zakupić jeszcze pocztówki.
- Wybieraj, które chcesz – powiedziała Starsza.
- Dobra – odparowała Młodsza i oddała się wnikliwemu oglądaniu kartek.
Starsza za to, po obejrzeniu wszelkiej maści pamiątek z duchem gór w roli głównej, podeszła do kasy.
- Czy to wszystko? – spytała miła Pani Sprzedawczyni.
- Nie, jeszcze potrzebujemy nogi na zmianę. Ma Pani jakieś dobre i na chodzie? – odrzekła Starsza Kunegunda.
- Co, wycieczka była po okolicy? – spytała nieco ironicznie właścicielka kartek, kubków i magnesów na lodówki.
- Przyszłyśmy z zamku Chojnik – spokojnie i z godnością odrzekła Młodsza Kunegunda.
- Na nogach? – tym razem Sprzedawczyni była pełna podziwu.
- Na własnych – rzekła Starsza – nieźle, prawda?
- Za nic w świecie nikt by mnie do tego nie zmusił – skwitowała Sprzedawczyni i nabiła cenę kartek na kasę.
Obie Kunegundy powlokły się więc, na tych samych, własnych, bolących nogach do swej siedziby, z której rano wyruszyły w daleką drogę. Dopadły każda swego łoża i odpłynęły w świat rycerzy, smoków i księżniczek. To był ciężki dzień, ale jakże wspaniały. Bo w końcu księżniczki mają same wspaniałe dni, nieprawdaż?
Koniec


niedziela, 2 października 2016

Dzień Pamięci o Zwierzętach - Cmentarz dla zwierząt

Misja św. Franciszka,
czyli
Dzień Pamięci o Zwierzętach

W moim corocznym kalendarzu, pierwsza niedziela października, zawsze ma jedną uwagę – Cmentarz w Koniku Nowym k/Warszawy. To tego dnia uroczyście obchodzony jest Dzień Pamięci o Zwierzętach. Wypada on zwykle w okolicach imienin Franciszka, czyli 4 października. Takie imię nosił święty z Asyżu, który ukochał sobie zwierzaki, mówiąc o nich, że są naszymi Braćmi Mniejszymi. Wyznawał zasadę braterstwa wszystkich stworzeń na Ziemi, bez względu na ich wielkość, pochodzenie, majątek czy pełnioną funkcję. A skoro mówił o wszystkich stworzeniach, to i o zwierzętach też. Przyznam, że ta idea jest mi bliska, ponieważ w moim rodzinnym domu zawsze były zwierzęta i nigdy nie były traktowane inaczej, niż na prawach członka rodziny.
Światowy Dzień Zwierząt został ustanowiony w 1931 roku we Florencji. Celem nadrzędnym, jaki przyświeca temu dniu, jest zwrócenie uwagi na nasz stosunek do zwierząt, na to, że to istoty żywe, które myślą, mają uczucia, tak samo jak człowiek cierpią albo się cieszą. I także na to, że mają swoje prawa, które często są łamane, czasem w imię korzyści finansowych człowieka.

Najstarsza część cmentarza

Skoro już kochamy wszystkie skaczące, pełzające, pływające i latające stworzenia, chcemy dla nich jak najlepiej. Za każdym razem, kiedy jadę do Konika, słyszę od ludzi historie ich miłości, przyjaźni, przywiązania i wreszcie walki o życie ich pupili. Jest to dla mnie takie normalne, bo ja sama też tego doświadczyłam i doświadczam każdego dnia. Problem w tym, że człowiek to takie „głupie” zwierzę, że te zwierzaki kocha czasem bardziej od siebie. A one, choćby w każdej chwili okazywały nam bezinteresowną miłość, tak, jak i my kiedyś, po prostu odejdą za Tęczowy Most. I tu zaczyna się prywatny dramat każdego właściciela. Bo zawsze istnieje jakaś magiczna więź między człowiekiem a zwierzęciem, które codziennie daje nam tyle radości. I ta więź zostaje przerwana z chwilą śmierci naszego podopiecznego.


Cmentarz jest kolorowy, pełno na nim wiatraczków w różnych kształtach, zabawek, które uwielbiały nasze pupile


Nagrobki zwierząt są różne: od dużych, wystawnych, przez proste płyty, czy kamienie. Każdy po swojemu czci pamięć o swoich czworonogach

Co zrobić, kiedy mieszka się w bloku, nie ma się działki, ogródka, kawałka pola, żeby pochować zwierzaka? Można oddać go do kliniki, gdzie zostanie poddany utylizacji. Dla mnie to słowo kojarzy się ze śmieciami. Zdecydowanie moja kotka, która odeszła cztery lata temu, śmieciem nie była, więc ta opcja zdecydowanie odpadła. I właśnie w takim przypadku, z pomocą przychodzi nam Cmentarz dla Zwierząt w Koniku Nowym k/Warszawy. Choć nazywa się „Psi los”, to znajdują się tu groby nie tylko piesków, ale i kotów, papużek, królików, szynszyli, a nawet skremowanego konia. Tu można godnie pochować zwierzaka, pożegnać się z nim, a potem odwiedzać go kiedy zajdzie taka potrzeba.


Cmentarz jest kolorowy przez cały rok

Fragment cmentarza

Jeden z nagrobków - prosty i ujmujący

Cmentarz ten jest miejscem szczególnym. Tu nikt nie ukrywa swoich łez. Ale też stąd płynie pozytywna energia, czuć wspólnotę ludzi, których łączy strata pupila. Zawiązują się znajomości, ludzie wymieniają się doświadczeniami, swoimi historiami, okazują sobie wsparcie. Ci, co pielęgnują pamięć o zwierzętach, często myślą, że to idiotyczne, ale i tak robią swoje. Ja tak nie myślę. Co roku jeżdżę do mojej kotki Silver. Jedno światełko mam dla niej, drugie symbolicznie dla wszystkich zwierząt, które w moim życiu dzieliły ze mną radości i smutki. I wiem, że nie jestem w tym odosobniona.


Tu leży moja Silvunia

Pierwsza niedziela października na cmentarzu, to także dzień, w którym przed bramą ustawiają się różne fundacje i stowarzyszenia, które namawiają do adopcji bezdomnych istot o smutnych oczach i mokrych nosach. Często takie bezbronne stworzenia towarzyszą opiekunom, by swoim wyglądem zachęcić do znalezienia sobie domku i kochającego właściciela. Jeśli zastanawiacie się nad wzięciem zwierzaka ze schroniska, ale boicie się własnych uczuć po wejściu na teren przytuliska, to parking przed cmentarzem jest dobrym miejscem. Pracownicy schronisk, azylów, fundacji służą radą. Można też wspomóc finansowo daną instytucję albo wrócić do domu z jakimś Bratem Mniejszym.

Jedna z fundacji


Parking przed cmentarzem

Pamiętajmy więc, że październik jest miesiącem wszystkich zwierząt. Dbajmy o nie, szanujmy, nie krzywdźmy i mądrze wychowujmy. W zamian dostaniemy miłość, której często nie dostaniemy od drugiego człowieka. Z doświadczenia wiem, że warto.
Dla tych, co nie są zmotoryzowani, dojazd jest łatwy. Z Warszawy, z Ronda Wiatraczna, z pętli autobusowej, jeździ raz na godzinę, autobus 704. Wysiada się na przystanku „Terespolska”. Okolica wydaje się dziwna, bo kto by przypuszczał, że droga między stacją benzynową, a składami budowlanymi, może prowadzić pod las, w którym znajduje się cmentarz dla zwierząt. 


Droga na cmentarz - stacja benzynowa z prawej, z lewej składy budowlane


Nic nie wskazuje na to, że tędy dojdziemy na cmentarz, a jednak...

Ale zainteresowanie ludzi było tak wielkie, że jakiś czas temu, po drugiej stronie szosy, otworzono nowy cmentarz, bo na starym zabrakło miejsca. Wystarczy iść za tłumem, a drogę np. w tym roku wyznaczały baloniki jednej z fundacji. 


Drogę wskazują różowe baloniki jednej z fundacji

Z daleka też słychać szczekanie psów, bo to chyba jedyne miejsce, gdzie nie ma zakazu wprowadzania psów. Wręcz przeciwnie, są mile widziane i często idą z właścicielami na groby swoich poprzedników, albo swoich rodziców, choć chyba u zwierząt nie ma takiej pamięci. Jest za to pamięć ludzi i myślę, że to się naszym czworonogom należy. Zatem pamiętajmy o misji św. Franciszka i kochajmy naszych Braci Mniejszych.


Ten uroczy psiak przyszedł ze swoim właścicielem być może odwiedzić swojego przyjaciela?


P.s. Pisząc ten tekst, na biurku pod komputerem leży Mycha, która grzejąc się pod lampką, mruczy przyjemnie a chwilę potem odpływa w sen. Ciekawe czy śni o Silvuni? Patrzę na nią i wiem, że to absolutnie najukochańsza istota na świecie. Bo przecież dla każdego właściciela, jego pupil jest naj…