O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi.Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

sobota, 5 stycznia 2019

Norwegia - Lofoty cz. III

Norwegia po raz trzeci,
czyli mojej ochoty na Lofoty 
część trzecia


Termin: 15 sierpnia 2018 r.

Uczestnicy (w kolejności alfabetycznej): Alicja, Anna, Jacek, Marta, Martyna, Sylwester i ja

Trasa opisana w poście: Ørsvågvær – Henningsvær – szczyt Festvågtind – Ørsvågvær - Svolvær - (prawie) szczyt Fløya  - Ørsvågvær

Nocleg: Ørsvågvær  Camping niedaleko Kabelvåg

Pokonana trasa 15 sierpnia: 18 km do Henningsvær i z powrotem na camping, następnie 8 km do Svolvær i z powrotem, czyli około 52 km


Poranek po męczącym, ale ciekawym dniu, przywitał nas niebieskim niebem i słonecznymi promieniami. Marzenie o Lofotach stało się faktem.
Archipelag Lofotów ciągnie się na długości ponad 100 km. Tworzą go cztery główne wyspy: Moskenesøy, Flakstadøy, Vestvagøy, Austvagøy oraz dziesiątki pomniejszych wysepek. Nazwa Lofoty wzięła się od staronordyjskiego słowa „Lófót”, oznaczającego pierwotnie  wyspę Vestvagøy. Pierwsza część to „”, czyli „ryś”, a druga pochodzi od norweskiego „fótr”, czyli „stopa”. Wyspa Vestvagøy ma kształt łapy rysia i od tego wziął swoją nazwę cały archipelag. Z kolei Flakstadøy to zlepek słów „Vargfót” czyli „stopa wilka” od słowa „Vargr” – „wilk”. Bardzo ładna etymologia nazw.
Dzień zapowiadał się słoneczny, suchy, co w przypadku pogody na Lofotach nie jest takie oczywiste. W dodatku całkowicie po mojemu, czyli pieszo i pod górkę. 



Kodeks Wikingów - całkiem rozsądne podejście do codziennego życia


Wszyscy zgodnie postanowiliśmy spędzić go na trekkingu górskim. Szkoda byłoby marnować dzień na szwędanie się po campingu albo zwiedzanie obiektów zamkniętych. Gdy tylko załatwiliśmy formalności związane z domkiem, zapakowaliśmy się w samochód i wyruszyliśmy do miejscowości Henningsvær. O miejscu tym napiszę w kolejnym poście. Teraz wspomnę jedynie, że to mała wioska rybacka , którą zamieszkuje ok. 500 osób. Położona jest na kilku małych wysepkach (głównie Heimøya i Hellandsøya) u wybrzeży Austvågøya, jakieś 20 km od stolicy Lofotów Svolvær. Ze względu na mosty łączące poszczególne wysepki, Henningsvær nazywane jest Wenecją Lofotów.



Jeszcze w pobliżu campingu w Ørsvågvær



Góry Lofotów



Podróż do Henningsvær



Typowy widok na Lofotach: góry, woda, skałki



Góry Lofotów



Zbliżamy się do Henningsvær - pierwszy most



Żerdzie do suszenia dorszy - w sierpniu już puste



Most łączący wysepki Henningsvær 



Zabudowa Henningsvær



Dary morza - na Lofotach to rzecz codzienna



Nasz cel tego dnia - z tej perspektywy nie taki straszny i wysoki



Henningsvær



Najbardziej uroczy zakątek Henningsvær



Brygga w Henningsvær, czyli nadbrzeże



Budynek Galerii Sztuki w Henningsvær, jeden z kilku



Most łączący wysepki Henningsvær


Samo zwiedzanie Henningsvær zostawiliśmy sobie na kolejny dzień. Teraz skupiliśmy się na czekającym nas zadaniu. 



Na nadbrzeżu Henningsvær



Tam właśnie będziemy zaraz szli ;)



Na razie wszystko jest ok ;) Stoją od lewej: Ania, Martyna i Marta. Kucają od lewej: Duśka i Alicja


Odnaleźliśmy szlak i zaczęliśmy się wspinać. Góry na Lofotach nie mają powalających wysokości, ale ich stromizna powoduje zadyszkę i poczucie, jakby szło się co najmniej na 2 tys. metrów.
Naszym celem był szczyt Festvågtind, położony na wysokości 541 m n.p.m., około 3 km od Hennigsvær. 



Festvågtind w całej okazałości



Na parkingu pod szczytem - stąd góra zupełnie nie przeraża



Koniec masywu Festvågtind - jak w większości gór na Lofotach - prosto i ostro do wody ;)



Początek wędrówki na szczyt Festvågtind


Na górę prowadzą dwie trasy. Jedna, łagodniejsza wiedzie do jeziora Heiavatnet, leżącego na wysokości 207 m n.p.m., który dla wielu wspinaczy jest przystankiem na kąpiel w jego chłodnych wodach. Druga trasa jest stroma i kręta i prowadzi do punktu wspinaczkowego i dalej na szczyt. My oczywiście wybraliśmy tę drugą opcję i wracaliśmy później drogą obok jeziora.
Co warto wiedzieć wybierając się na Festvågtind? 
Samochód pozostawiliśmy na parkingu pod samą górą. Czas przejścia na szczyt zajmuje około 1,5 h, a powrót około 1h. Oczywiście wszystko zależy od kondycji wspinającego się oraz ilości robionych zdjęć po drodze, a tu, uwierzcie mi, co chwila jest coraz piękniejszy widok. 



Osiągnięta niewielka wysokość i pierwsze widoki



Jeszcze wyżej i widać już mosty łączące wysepki Henningsvær




Widok na jezioro Heiavatnet i szczyty lofockich olbrzymów na horyzoncie



Masyw Festvågtind i Henningsvær za górą



Duśka na szlaku



To jeszcze nawet nie jest połowa szlaku ;)



Grupa w drodze na Festvågtind 



Kolejną ważną rzeczą jest zabranie ze sobą zapasu wody. Po drodze nie ma żadnych strumieni ani potoków, a pod szczytem nie ma żadnej hytty, czyli schroniska, także nie zakupimy tu życiodajnego płynu. Szlak oprócz tego, że stromy, jest wyraźną ścieżką.
Po drodze napotkaliśmy wspinaczy. Mężczyzna stał gotowy do wpięcia się w linę, którą ubezpieczała na górze jego kobieta. Zażartowałam sobie i spytałam, czy jej ufa. Zaśmiał się i odpowiedział, że nie ma innego wyjścia. Dzień na wspinaczkę był naprawdę wspaniały.
My także wspinaliśmy się mozolnie krok po kroku. 



Dobrze widoczne z wysokości jezioro Heiavatnet. Tuż za nim strome zbocze góry wpada wprost do morza



Strzeliste góry Lofotów - czyż nie przypominają łańcucha szczytów w Tatrach, widocznego ponad chmurami?



Na przełęczy - widok na Vestfjorden oraz góry wchodzące w skład wysp Skrova, Litlmolla oraz Stormolla



Vestfjorden widziany z przełęczy pod szczytem Festvågtind 



Grań Festvågtind 



Wreszcie osiągnęliśmy coś w rodzaju siodła, przełęczy tuż pod szczytem. Tam na chwilę usiedliśmy, licząc na to, że może część turystów zejdzie z czubka, by ustąpić nam miejsca. Obowiązkowa sesja foto, no bo nie mogło być inaczej. Czułam się jak w moich ukochanych Tatrach, dookoła miałam szczyty, których nazw nie znałam, ale nie miało to znaczenia. Niebieska woda Morza Norweskiego wcinająca się w ląd Vestfjorden dodawała uroku.



Vestfjorden 



Na grani podszczytowej



Piękna pionowa ściana masywu Festvågtind 



Grań Festvågtind  - prawie jak na  Świnicę z Kasprowego :)


Masyw Festvågtind 



Ta pionowa ściana przyciąga wzrok jak magnes



Strome i urwiste stoki gór na Lofotach - jest gdzie polecieć...



I to się nazywa - zaszyć się w domu na końcu świata...



Henningsvær widziany z przełęczy pod szczytem, a dalej to już tylko Morze Norweskie



To pływające "okno" to nic innego jak hodowla ryb

Po kilku chwilkach weszliśmy na sam szczyt. Radość wielka, z góry patrzyliśmy na panoramę 360°. Wspaniała pogoda pozwoliła dostrzegać szczegóły, jak choćby jedną z ciekawostek Henningsvær, o której jednak wspomnę w kolejnym poście. Pomyślałam, że to kolejny mój, zdobyty szczyt w Norwegii. Myśl ta bardzo mnie cieszy do dziś. A sama miejscowość w dole przypominała mi drzewko. A to zawsze krzepiący widok.



Szczyt Festvågtind 



Duśka na szczycie Festvågtind 



Widok na wysepki wchodzące w skład wyspy Skrova, Litlmolla oraz Stormolla a także niebieski Vestfjorden 




Widok na Henningsvær - Wenecję Lofotów. Dla mnie widok na "drzewko" ;)



Chwila zadumy nad pięknem okolic Henningsvær



Duśka na tle widoku Henningsvær



Wenecja Lofotów w całości - no czyż nie przypomina drzewka?



Lofoty w okolicy Festvågtind oraz  Vestfjorden 



I tu ten sam widok robiony komórką

Moglibyśmy tak siedzieć długo i trwać w zachwycie, ale jednak plany i apetyt na ten dzień były jeszcze przed nami.
Zapierające dech widoki z góry zostały w pamięci. Na pamiątkę wpisaliśmy się też w zeszyt, schowany w skrzynce na szczycie. 



Pamiątkowe wpisy naszej grupy, zeszyt pozostawiony w skrzynce na szczycie Festvågtind



Nasza grupa na przełęczy pod szczytem Festvågtind


Jak już wspomniałam wcześniej, schodząc postanowiliśmy przejść się okrężną trasą przez małe jeziorko Heiavatnet. Nie dla kąpieli, lecz tylko dla urozmaicenia sobie wędrówki. A potem przedzieraliśmy się przez spore głazowisko i przez zarośla.



Nad jeziorkiem Heiavatnet



Chwila relaksu nad jeziorkiem Heiavatnet



Za górami, za mną już tylko Morze Norweskie


Zeszliśmy z góry szczęśliwi i w dobrych nastrojach. Nawet Sylwek był z siebie dumny, że dał radę, choć zakładał ewentualny odwrót na szlaku. Zrezygnował jedynie z kolejnej górskiej eskapady. Wracaliśmy na camping, żeby przygotować sobie obiad. 



Powrót ze szczytu - wciąż z zachwytem w sercu



Chwila przerwy na zjedzenie wyrafinowanego obiadu, czyli makaronu z parówkami i żółtym serem, herbata, porcja rozmów, śmiechu i małego odpoczynku i już zbieraliśmy się do drugiej części trekkingowego planu. Nie wiedzieliśmy jeszcze o największej atrakcji tego dnia.
Tym razem naszym celem była stolica Lofotów – Svolvær. O nim szerzej także napiszę w kolejnym poście. Teraz wspomnę jedynie, że większość zabudowań Svolvær znajduje się na głównej wyspie Austvågøya, część na małych, pobliskich wysepkach, połączonych mostami, m.in. mostem Svinøy. W Helle, około 6 km od miasta znajduje się też lotnisko, taki regionalny port lotniczy, który łączy stolicę Lofotów m.in. z miastem Bodø na stałym lądzie, do którego, jako ostatniego miasta, dojeżdża kolej.
I ponownie jak w przypadku Henningsvær, także i zwiedzanie Svolvær zostawiliśmy sobie na kolejny dzień. Najbardziej charakterystyczną górą, symbolem miasta jest Svolværgeita, czyli „Kozia góra”, wysoka na 150 m n.p.m., położona na południowo-zachodniej ścianie Fløyfjellet, mającej 569 m n.p.m. (inna nazwa to Fløya lub dawna nazwa Svålen). Nazwa góry wzięła się od jej kształtu, bowiem góra przypomina kozę i ma dwa wystające rogi nazwane Storhorn (ten większy) i Lillehorn (ten mniejszy). Jest popularną górą wspinaczkową, gdzie często wspinacze skaczą z jednego rogu na drugi. Pierwsze, udokumentowane wejście na tę górę odbyło się 1 sierpnia 1910 r. Dokonali tego Ferdynand Schjelderup (norweski alpinista, sędzia Sądu Najwyższego, członek ruchu oporu podczas niemieckiej okupacji Norwegii), Alf Bonnevie Bryn (norweski inżynier, alpinista, powieściopisarz) i Carl Wilhelm Rubenson (urodzony w Szwecji norweski pisarz góralski, założyciel klubu górskiego Norsk Tindeklub).



Svolvær - kościół z cmentarzem oraz górująca nad miastem Svolværgeita



Svolværgeita - "Kozia góra"

My darowaliśmy sobie takie atrakcje jak skakanie nad przepaścią, zresztą nie wspinaliśmy się z linami, karabinkami i magnezją. Byliśmy zwykłymi turystami górskimi.
Samochód pozostawiliśmy pod Svolværgeita, tuż przed miejskim cmentarzem. Przeszliśmy potem obok niego, by wejść na szlak.
Tym razem rozpoczęliśmy wędrówkę na pobliski szczyt Fløya. Zegarek wskazywał godzinę 18.00. Pierwszy raz wychodziłam w góry o takiej godzinie. I byłam całkowicie spokojna, bo tutaj długo jest jasno, więc nie było problemu z powrotem.
Co warto wiedzieć wybierając się na szlak wiodący na Fløyfjellet? 
Przede wszystkim, że jest to szlak dość stromy, oznakowany na niebiesko - biało. Określany jako średnio trudny, oczywiście zależny od warunków atmosferycznych i kondycji wspinającego się turysty. Często można go zagubić wśród kamieni. 



Początek szlaku na odcinku lasku



Jeszcze w lasku - widoczne oznakowanie szlaku


Po deszczach, które na Lofotach nie są rzadkością, szlak jest bardzo błotnisty, więc przygotujcie się na to, zakładając odpowiednie obuwie. W górnej części jest to szlak wąski z widocznymi ekspozycjami, więc nie polecam dla ludzi z lękiem wysokości lub przestrzeni. Szlak ma około 4 km w obie strony, przewidziany jest na ok. 3-5 godzin. I tak , jak w przypadku szlaku na Festvågtind, tak i tu, trzeba zaopatrzyć się w zapas wody, bowiem nie ma tu żadnych cieków wodnych. Dodatkowo nie jest to szlak dla osób, których paraliżują łańcuchy na szlaku, ponieważ po drodze trafia się na 10 metrowy odcinek gładkiej skały, ubezpieczonej łańcuchem a potem stalową linką.



Odcinek z łańcuchami - przy deszczowej pogodzie dość śliski


Początek wędrówki zaczyna się pośród porozrzucanych głazów, potem mija się wysoką roślinność, brzozowy i jarzębinowy lasek. Cały czas pod górę. I my wspinaliśmy się krok po kroku, każdy we własnym tempie. Po korzeniach, po kamieniach, po błocie. Przekroczyliśmy łańcuchy i wreszcie weszliśmy w coś w rodzaju kotła. Dookoła nas były góry. Mamiące swą bliskością i łagodnością, jednak wywołujące chwilami zadyszkę i meandrujące ścieżką. 



Svolvær - pierwszy widok ze szlaku



Svolvær - ten duży biały budynek to suchy dok, gdzie dokonuje się koniecznych przeglądów łodzi



Svolvær - stolica Lofotów także połączona jest systemem mostów



Svolvær - kościółek i cmentarz miejski w dole 



Na szlaku - z powodu częstego błota, władze Lofotów przygotowywały się do budowy nowych kładek albo punktów odpoczynku...


W prawo odbijał szlak na Svolværgeita, w lewo na Fløya. Ale nie ma tu żadnej tabliczki czy kierunkowskazu. Raczej kierownikiem wyprawy jest tu intuicja. Nasza grupka pięła się po lewej stronie. Aż do momentu, by stanąć u stóp wierzchołka. Ale tu właśnie czekała na nas najlepsza atrakcja tego dnia. Tylko trzeba było nieco w lewą stronę, zboczyć ze szlaku.



Svolværgeita widziana ze szlaku



Zbliżenie na Svolværgeita, czyli "Kozią Górę" - stąd widać jak stromy to szczyt



Svolvær  



Zmierzch na Lofotach



Olbrzymy Lofotów o zmierzchu



Svolvær u stóp łańcucha gór



Piękno Lofotów i Duśka na ich tle ;)



Stopniowo coraz wyżej w górę pod Fløyfjellet 

Djevelporten. Magiczne słowo. W wolnym tłumaczeniu oznacza „Diabelskie drzwi” lub „Diabelską Bramę”. Jest to kawałek skały, który utknął pomiędzy dwoma klifami. 



Djevelporten - no to jesteśmy u wrót diabła :) :) :)



Djevelporten


Znajduje się pomiędzy szczytem Frog, inaczej Frosken (czyli Żaba) – to ten po lewej stronie wysokim na 467 m n.p.m. oraz szczytem Fløya wysokim na 569 m n.p.m. – to ten po prawej stronie. Sam Djevelporten położony jest na wysokości 420 m n.p.m. Nie, nie jest to powalająca wysokość, ale wrażenie robi. Widok tego kamyczka bardzo nas ucieszył. Niespodzianka została przez wszystkich przyjęta z entuzjazmem. 



Widok poniżej kamienia. Z lewej skały  Froga czyli Żaby, z prawej skały Fløya



Widok na góry należące do wysp Stormolla i Litlmolla



Widok z "Diabelskiej Bramy" na jezioro Husvågen (to z dwoma małymi wysepkami)


Djevelporten przypomina mniejszą wersję Kjeragbolten, głazu, który także mieści się pomiędzy dwoma pionowymi skałami. Nie mogło być inaczej, większość z nas wdrapała się na kamień, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Radość była nie do opisania.



Na Djevelporten



Mniejsza i szersza wersja Kjeragbolten :)



Jakoś nie czułam strachu wchodząc na ten kamyczek :)


I choć nie jestem z  tych, co promują zbaczanie ze szlaku, to w tym przypadku zdecydowanie polecam J
Niestety samego szczytu Fløya nie zdobyliśmy. Pobliskiego, o wdzięcznej nazwie Żaba, również nie. Ale „nasza agrafka” (skąd się wzięła taka nasza robocza nazwa, nie mam pojęcia) wynagrodziła nam te braki. Przeszliśmy wąską granią do punktu widokowego, by z góry nacieszyć oczy widokiem Svolvær. Tu nastąpiła przerwa na łyk herbaty, na sesję foto i na bliskie spotkania z beczącymi swetrami, które były niesamowicie zainteresowane nami. Aż do momentu, kiedy uznały, że ilość wypstrykanych fotek jest już wystarczająca.



Patrzcie - człowieki! Uśmiechaj się Beeeerta, będziesz celebrytką :)



Prawie jak Dolina Pięciu Stawów Polskich ;) 



W sercu Lofotów



Wąska grańka prowadząca na punkt widokowy



Widoczna wysepka to Kjepsøya, a za wzniesieniem widać po lewej stronie pas startowy lotniska Helle oraz najbliżej wody Hellvågan



Wąska grań prowadząca na punkt widokowy, a za nim panorama na Svolvær



Stromizna - widok z grani



Wysepka Kjepsøya (po prawej) i wysepki wchodzące w skład Stormolli (po lewej) oraz widoczny pas startowy lotniska Helle (powiedzenie "go to Hell" nabiera innego znaczenia, ale jeśli tak wygląda piekło, to nie mam nic przeciwko temu, żeby do niego trafić ;) )



Na grani



Stolica Lofotów - widok z grani



Patrzyłam na miasto w dole i zastanawiałam się jak ludziom się tu żyje zimą. Mieszkają tu chyba tylko twardzi ludzie. Tacy, którzy wytrzymują długo sami ze sobą. Stąd można było zobaczyć wyspę Storemolla, wyspę w gminie Vågan, która ma połączenia promowe z sąsiednią wyspą Hinnøya i na której zamieszkuje około 50 mieszkańców. Podziwiałam też widok na Austnesfjorden, który to fiord ma wejście między lotniskiem Helle na zachodzie, a wysepką Barden na wschodzie i rozciąga się na 13 km. Jeszcze nie wiedziałam, że następnego dnia zobaczę z bliższej perspektywy wysepkę z uroczym kościółkiem.
Kozia góra z tej perspektywy wydawała się taka malutka… Właściwie to wyglądała jak mała skałka wystająca nad miastem. Ale choć mała, dająca skok adrenaliny dla wspinaczy.



Svolvær



Svolværgeita - z góry wygląda jak malutka skałka, a przecież to symbol miasta



Serce Lofotów - góry i zagubione górskie jeziora pośrodku  - okolice Svolvær



Zbliżenie na fragment miasta - jeden z mostów



W punkcie widokowym - Svolvær z góry. Z prawej strony jezioro  Gardsosen a wyżej po prawej jezioro Grønnåsvatnet



Duśka w środku Lofotów ;)



Powrót na dół, do cywilizacji :)



Pogrążające się, powoli w ciemność, miasto - na zegarku dochodzi 23.00...



Svolværgeita i stolica Lofotów o zmierzchu


Wokół nikogo nie było, byliśmy sami. Dopiero jak zarządziliśmy odwrót, pojawiły się dwie dziewczyny. Na zegarku dochodziła 23.00…
Schodziliśmy tą samą trasą. Męcząca i kiepsko widoczna sprawiała, że szliśmy powoli i każdy w swoim tempie. Kiedy doszliśmy do linii lasu zdarzyło się coś, co spowodowało wyrzut mojej adrenaliny. Szłam przed Martą, rozmawiałyśmy i śmiałyśmy się a w sekundę później zobaczyłam jak jej ciało turla się po błotnistym zboczu, rzucane bezwładnie jak szmaciana kukiełka. Jedyne co mogłam zrobić, to tylko krzyknąć. Teraz rozumiem, jak czują się wspinacze, kiedy ich partner po linie leci w przepaść. Nie można zrobić już nic. Na całe szczęście tu nie było przepaści, jednak zbocze schodziło dość ostro w dół, natomiast Marcie nic się nie stało, skończyło się jedynie na nerwach i obtarciach. Szczęście w nieszczęściu, że tylko tak. Ale co się najadłyśmy obie strachu, to nasze. Mimo wszystko, to był najlepszy dla mnie, dzień na Lofotach.




Zachodzące powoli słońce, skrywało się za górami...



Miasto kładło się do snu...



Dzień chylił się ku końcowi...



Schodziliśmy już nieco po ciemku



Zapakowani znów w samochód ruszyliśmy pełni wrażeń na camping. Wracaliśmy nieco upodleni, ale dumni, że udało nam się zdobyć dwie góry w jeden dzień. Jak się okazało, ten dzień był jedynym słonecznym i pięknym na Lofotach. Kolejnego dnia chmury spowiły szczyty, z nieba siąpił deszcz. Ale o tym w kolejnej relacji…




C.d.n. …

8 komentarzy:

  1. Powiem Ci, że te wszystkie widoki mnie powaliły, jestem totalnie zauroczona. Bardzo chętnie pospinałabym się tam z Wami. No a Twój uśmiech, Ty praktycznie na każdym zdjęciu promieniejesz. :) Brawo za wejście na kamień, ja to bym chyba zemdlała. hehe To się nazywa życie pełną parą. Bardzo fajny post, rozmarzyłam się i po prostu miło spędziłam czas. :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie :) Tak, wtedy, w tym momencie żyłam i oddychałam pełną parą. Miło mi, że przy zdjęciach wywołałam marzenia. Kto wie, może się spełnią? I kamień nie będzie straszny :) Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  2. Przepiękne miejsca! Ależ wędrówka. Oczu od zdjęć oderwać nie sposób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maćku, nie odrywaj więc! Patrz do woli. To piękny kącik świata, a ja pokazałam go tylko w małym ułamku. Mam apetyt na więcej, ale pewnie szybko to nie nastąpi. Pozdrawiam ciepło :)

      Usuń
  3. No to ja dziękuję... Pooglądałam, zachwyciłam się widokami i moja kochana serce mi bije jak młot. Boże kochany, gdzież Was poniosło! Przecież ja umarłabym ze strachu! To wejście na kamień!!! Jestem w szoku... Za milion dolarów bym nie wyszła... Mój M. pewnie tak... I to jeszcze z laską :)
    Jesteście niesamowici :)
    Moc buzioli!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robiliśmy co mogliśmy, żeby teraz innym serce szybciej zabiło:) A poważnie to tylko niewielka część tego, co cały archipelag Lofotów ma do zaoferowania. Może jeszcze kiedyś wrócę i wtedy opiszę inne zakątki. Buziaki!:)

      Usuń
    2. Miało być: bym nie weszła. Widzisz, jeszcze dzisiaj wali mi serducho...

      Usuń