Spontaniczny jesienny wyjazd,
czyli o tym,
jak odnalazłam fiord w Polsce
Według
definicji słowo „fiord” oznacza rodzaj zatoki, która wcina się głęboko w ląd,
ma sporo odnóg, przypominających z góry sploty nerwowe, oraz oczywiście mniej
lub bardziej spektakularne wysokie ściany brzegowe. Doliny polodowcowe i
powstałe żłoby zalane są wodami zatoki, które zazwyczaj są na tyle głębokie, że
pływać po nich może także dziesięciopiętrowy statek wycieczkowy.
Przyjęło
się, że nazwa „fiord” zarezerwowana jest głównie dla regionów norweskich, choć
fiordy występują także na Grenlandii, Islandii, Nowej Zelandii, a także Alasce
i w Patagonii. Teoretycznie w Polsce fiordów nie ma. Tymczasem nieoczekiwanie,
studiując mapę Polańczyka, do którego wybrałam się w październiku ubiegłego
roku, odkryłam, że również tu znajduje się fiord J
Ale po kolei...
Październik 2018 r. był bardzo słoneczny, ciepły i zupełnie niejesienny. Nieoczekiwanie dostałam propozycję wyjazdu w Bieszczady na cztery dni. Koleżanka długo nie musiała mnie namawiać. Wstałyśmy nocą, by dojechać jeszcze przed południem do Polańczyka, w którym miałyśmy domek.
Wiadomo, że po długiej podróży nie planuje się od razu wyjścia w góry. My także założyłyśmy spokojny spacer po miejscowości, ale najpierw obowiązkowo na taras wjechała herbata i czekolada na gorąco. Odpoczynek upływał nam na zachwytach nad lokum, nad widokiem z okien, nad przedłużonym weekendem, fantastyczną pogodą i w ogóle nad fajną sytuacją.
Kiedy już nasiedziałyśmy się na tarasie, obie stwierdziłyśmy, że wcale nie jesteśmy aż tak zmęczone, by nie iść na spacer. A ten zaczęłyśmy od.... wdrapania się na górę :) Tak, tak właśnie działa magia gór...
Wiadomo, że po długiej podróży nie planuje się od razu wyjścia w góry. My także założyłyśmy spokojny spacer po miejscowości, ale najpierw obowiązkowo na taras wjechała herbata i czekolada na gorąco. Odpoczynek upływał nam na zachwytach nad lokum, nad widokiem z okien, nad przedłużonym weekendem, fantastyczną pogodą i w ogóle nad fajną sytuacją.
Po drugiej stronie zalewu jest góra Jawor (741 m n.p.m.) - z charakterystycznymi wieżami przekaźnikowymi
Kiedy już nasiedziałyśmy się na tarasie, obie stwierdziłyśmy, że wcale nie jesteśmy aż tak zmęczone, by nie iść na spacer. A ten zaczęłyśmy od.... wdrapania się na górę :) Tak, tak właśnie działa magia gór...
Najpierw szłyśmy leśną dróżką na tyłach domku, a potem wygodną szutrową drogą w zasadzie na sam szczyt
W niedalekiej odległości od naszego domku, znajdowała się góra Kiczera. Niezbyt wysoka, bo jedynie na jakieś 516 m n.p.m. Ale góra, to góra, prawda? W zasadzie to punkt widokowy na Zalew Soliński i przy dobrej widoczności także pasma połonin. Wszak znajdowałyśmy się w przedsionku mistycznych Bieszczadów. Na szczycie bezleśnej góry zamontowano obrotową kamerę TVN, skąd mamy obraz "na żywo", kiedy siedzimy akurat na nizinach. Ale tym razem obie z Martą miałyśmy swój obraz "na żywo" tak naprawdę.
Pogoda przyjemna, nie do pomyślenia, że w październiku leżałam na łące w krótkim rękawku. Ale tak było. Zadowolone zrobiłyśmy sobie małą sesję foto, ponieważ widok stąd jest niesamowity. Panorama niemalże 360°. Choć nie byłyśmy same na szczycie, to na tłok także nie mogłyśmy narzekać. Niby ławki były zajęte, ale bez przepychanek mogłam postudiować panoramę, przy tablicy ustawionej tuż obok miejsca do wypoczynku. A potem skonfrontować ją z tym, co widzę naprawdę.
Solina, zapora na Jeziorze Solińskim, stoki Jawora i widoczna tzw. Mała Wyspa (całkowicie z prawej strony)
Jawor, Mała Wyspa i Cypel Werlasu, (dawniej wsi wchodzącej w skład Soliny) a na pierwszym planie z prawej strony zabudowania Polańczyka tzw. "Patelni"
Polańczyk "Patelnia", dalej wody Jeziora Solińskiego, Cypel Werlasu, stoki Jawora i tzw. Stożki, widoczny w centrum zdjęcia szczyt Kiczera (546 m n.p.m.) i daleko prawie niewidoczna Magura Łomiańska (1016 m.n.p.m.), znajdująca się już na Ukrainie
Pogoda przyjemna, nie do pomyślenia, że w październiku leżałam na łące w krótkim rękawku. Ale tak było. Zadowolone zrobiłyśmy sobie małą sesję foto, ponieważ widok stąd jest niesamowity. Panorama niemalże 360°. Choć nie byłyśmy same na szczycie, to na tłok także nie mogłyśmy narzekać. Niby ławki były zajęte, ale bez przepychanek mogłam postudiować panoramę, przy tablicy ustawionej tuż obok miejsca do wypoczynku. A potem skonfrontować ją z tym, co widzę naprawdę.
Patrząc na zaporę nad Soliną, wracałam myślami do pierwszej mojej wizyty w tym miejscu. Miałam nieco ponad 20 lat i dumnie spacerowałam po zaporze z moim przyszłym mężem. Jak bardzo wszystko się zmieniło na przestrzeni kolejnych 20 lat... tylko te słynne wzgórza nad Soliną nadal stały w tych samych miejscach. Tym razem przybierały już jesienną barwę.
Tak, tak, to październik :) Ostatni raz, jaki pamiętam z tak ciepłym tym miesiącem, to wówczas, gdy miałam naście lat i byliśmy z wycieczką szkolną w Karkonoszach...
Z lewej Kiczera, na horyzoncie za nią Magura Łomiańska, dalej Moklik (675 m n.p.m.) oraz niemalże stanowiące prostą kreskę wzniesienia zwane Ostre. Z prawej strony po środku zdjęcia - Duża Wyspa "Energetyk", na pierwszym planie zabudowania Polańczyka
Kiedy sesja fotograficzna dobiegła już końca, a oczy nasyciły się wspaniałymi widokami, postanowiłyśmy zejść do Polańczyka na obiad. A kiedy talerze stały przed nami puste, poszłyśmy na koniec cypla, by popatrzeć na bieszczadzkie morze, czyli Zalew Soliński.
I niby byłyśmy w górach, ale nagle poczułyśmy się jak na Karaibach. Morza szum, ptaków śpiew, dzika plaża pośród drzew... Nuta sama kręciła się w głowie. Parasole z trawy palmowej przywodziły na myśl ciepłe,wakacyjne plenery. Aż trudno było uwierzyć, że miałyśmy październik. Tylko drinków z palemką brakowało, bo nawet leżaki by się znalazły. Obowiązkowo zrobiłyśmy sobie sesję foto.
Stojąc na brzegu patrzyłam na drugi brzeg, oddzielony... wodami fiordu właśnie. Bo to tu, przy Zalewie Solińskim jest odnoga zwana Fiordem Nelsona. W ten sposób liczni tu żeglarze upamiętnili postać wielkiego admirała Horatio Nelsona, który był bohaterem floty brytyjskiej na morzu i dwukrotnie pokonał Francuzów. I co? Nie ma w Polsce fiordu? Otóż jest. I ja go odnalazłam na mapie ;)
Czas upływał nam na foceniu, rozmowach i śmiechu. I jak się potem okazało, był to jedyny tak piękny dzień w naszym spontanicznym wypadzie w Bieszczady. Kolejne dni przyniosły deszcz i mgłę. Ale i tak było fajnie. Póki co, wędrowałyśmy do domku przez Polańczyk, typowo jak kuracjuszki, wszak znajdowałyśmy się w uzdrowisku, gdzie pełno jest sanatoriów. Powoli i dostojnie, niczym królowe angielskie przybyłyśmy do naszej kwatery, by śnić o kolejnej wyprawie górskiej. Ale o tym możecie przeczytać na blogu TU i TU :)
I niby byłyśmy w górach, ale nagle poczułyśmy się jak na Karaibach. Morza szum, ptaków śpiew, dzika plaża pośród drzew... Nuta sama kręciła się w głowie. Parasole z trawy palmowej przywodziły na myśl ciepłe,wakacyjne plenery. Aż trudno było uwierzyć, że miałyśmy październik. Tylko drinków z palemką brakowało, bo nawet leżaki by się znalazły. Obowiązkowo zrobiłyśmy sobie sesję foto.
Trudno uwierzyć, że to październik, tak bardzo myślało się o letnim czasie, wakacjach, beztroskim leniuchowaniu...
A może z tą Soliną to taka ściema była ;) Bo my tak naprawdę byłyśmy nad fiordem na Karaibach. A co. ;)
Stojąc na brzegu patrzyłam na drugi brzeg, oddzielony... wodami fiordu właśnie. Bo to tu, przy Zalewie Solińskim jest odnoga zwana Fiordem Nelsona. W ten sposób liczni tu żeglarze upamiętnili postać wielkiego admirała Horatio Nelsona, który był bohaterem floty brytyjskiej na morzu i dwukrotnie pokonał Francuzów. I co? Nie ma w Polsce fiordu? Otóż jest. I ja go odnalazłam na mapie ;)
Na mapie najlepiej widać, że Jezioro Solińskie ze swoimi odnogami przypomina norweskie fiordy wrzynające się w ląd
Czas upływał nam na foceniu, rozmowach i śmiechu. I jak się potem okazało, był to jedyny tak piękny dzień w naszym spontanicznym wypadzie w Bieszczady. Kolejne dni przyniosły deszcz i mgłę. Ale i tak było fajnie. Póki co, wędrowałyśmy do domku przez Polańczyk, typowo jak kuracjuszki, wszak znajdowałyśmy się w uzdrowisku, gdzie pełno jest sanatoriów. Powoli i dostojnie, niczym królowe angielskie przybyłyśmy do naszej kwatery, by śnić o kolejnej wyprawie górskiej. Ale o tym możecie przeczytać na blogu TU i TU :)
Do zobaczenia!
Wspaniały widok z tarasu. Znam magię gór, one to potrafią z nas wyciągnąć co najlepsze. :) Wspaniały Twój uśmiech, ja się zupełnie nie dziwię, że oderwać oczu się nie dało, widoki powalające. Ja kocham jesień, moja ukochana pora roku i ten post po prostu dodał mi dużo radości. Wspaniałe barwy, widoki jak z bajki. Bardzo teraz chcę tam pojechać. hehe Pozdrawiam serdecznie, zdjęcia śliczne, musiałam to dodać. hehe :)))
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo! Tak, Bieszczady potrafią zauroczyć, podobnie jak i inne góry. Mnie do nich przekonywać nie trzeba ;) Cieszę się, że postem sprawiłam Ci radość, mnóstwa uśmiechu życzę na kolejne dni. Pozdrawiam serdecznie :)
UsuńNajbardziej lubię góry jesienią a już Bieszczady w szczególności. Z przyjemnością obejrzałem Twoje zdjęcia.Niestety na jesienną wersję przyjdzie mi poczekać ale może latem choć na chwilę tam wpadniemy. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńGóry jesienią są super, pod warunkiem, że to taka jesień, jaka mi się trafiła w Polańczyku ;) Tylko dni są krótkie na dłuższe wędrówki. Trzymam zatem kciuki, żeby udało się Wam, choć na chwilę, odetchnąć górskim powietrzem. Pozdrawiam serdecznie :)
UsuńNo fakt fjord bez dwóch zdań! Podobnych zatok jest jeszcze sporo, choćby na Rożnowie czy Klimkówce.
OdpowiedzUsuńA wiesz że na Jaworze był swego czasu potężny ośrodek wojskowy? Teraz tam jest już normalnie, choć od zabudowań wieje jeszcze LWP/PRLem.
Tak słyszałam, że to tereny wojskowe były. Ale nazwa fjord występuje w Polsce tylko raz. Reszta to jakieś tam zatoczki 😁
UsuńNo i wytuptusiałaś fiordy w Polsce. Brawo!!! :)
OdpowiedzUsuńPiękna wyprawa. Magnetyzujące widoki. A sesje - miodzio!!!
Kurcze, byłam w Bieszczadach nad Soliną 2 tygodnie ( miałam 16 lat) i nie miałam pojęcia, że tam są fiordy.
Pozdrowionek moc posyłam.
No patrz, ja też nie wiedziałam, a to efekt postudiowania mapy :) A wyjazd był bardzo udany, akumulatory naładowane bardziej, niż tydzień w Norwegii, gdzie fiordy są na każdym roku niemalże. Pogoda nam sprzyjała w tym dniu, a humory mimo zmęczenia trzymały się i nie opuściły nawet przy deszczu kolejnego dnia. Oby więcej takich wypadów... Pozdrawiam serdecznie :)
UsuńBardzo ciekawie napisane. Gratuluję i pozdrawiam serdecznie !!!
OdpowiedzUsuńDziękuję. Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!
Usuń