O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi. Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

czwartek, 10 września 2026

W krainie fiordów i trolli - cz. 1 (Norwegia, lipiec 2026 rok)

                    NORWEGIA PO RAZ PIĘTNASTY, 

                CZYLI FIORDY TO NAM Z RĘKI JADŁY, 

                    A TROLLE TYLKO SIĘ ŚMIAŁY

Termin: 19 - 26 lipca 2026 r.

Uczestnicy: Kasia, Magda, Marcin, Tomek i Duśka

Trasa opisana w poście:

19 lipca:  Warszawa - Gdańsk - Ålesund - Godøya - Giske
Nocleg: Volsdalen Camping w Ålesund 

Pokonana trasa 19 lipca: 1154 km samolotem, ok. 400 km samochodem  (trasa samolotem i częściowo samochodem dotyczy tylko trzech osób z grupy, dwie jechały z Polski własnym autem wcześniej, a część kilometrów odbyliśmy już wspólnie)


Pół roku zazwyczaj mija dość szybko. Ledwo kupiliśmy bilety lotnicze w styczniu, a już nastał lipiec, a wraz z nim kolejna norweska wyprawa po przygody. Te pół roku to dla mnie, jako organizatora wyjazdu, było dość intensywne. Trwała praca nad programem, godziny przy monitorze, by zliczać czasówki, szukać kempingów, przewidywać możliwości i nasze siły. Jeśli komuś się wydaje, że usiąść i zrobić planer wyjazdu to rzecz prosta - otóż nie. Mimo wszystko lubię to robić, a największą zapłatą za mój trud w to włożony, to kiedy widzę zachwyt na twarzach uczestników wyjazdów.


 Start z Gdańska



Polska o wczesnych godzinach porannych



Moment wlatywania ponad chmury

 
W międzyczasie dokonałam rewolucji w życiu i zmieniłam swoją dotychczasową pracę na nową. Podjęłam ryzyko, bo jak mówią, kto nie ryzykuje, nie pije szampana. Ale trochę stresu miałam, więc i zmęczona byłam. Do tego byłam też w trakcie tworzenia planu na grupowy weekend w Oslo, dokąd zabierałam znajomych architektów na trzy tygodnie przed wyprawą.


A tu już teren Norwegii i tak, jeziora polodowcowe w Norwegii mają taki miętowy kolor



Kraina fiordów i lodu wita ;)



Cudowny widok z lotu ptaka


Kiedy już myślałam, że wszystko jest ok, przyszła wiadomość, że samochód, który mieliśmy zaklepany uczestniczył niestety w śmiertelnym wypadku i został skasowany na amen. Na szczęście ciśnienie podniosło mi się tylko na chwilę, bo zostałam zapewniona, że nowy już na nas czeka. A znaleźć duży samochód w tamtym rejonie nie było łatwo. W założeniu miało nim jechać pięć osób plus stale powiększające swą objętość bagaże.


 Geirangerfjord! Ha, nie przypuszczałam, że uda mi się go uchwycić z samolotu :)



Szczyty Alp Sunnmorskich



Storfjorden, a właściwie jego odnoga - Åsefjorden



Po lewej stronie kawałek Ålesund


W tygodniu poprzedzającym wyjazd, okazało się, że z naszej siódemki wspaniałych, odpadną dwie osoby. Nikt nie jest w stanie przewidzieć zdarzeń losowych, a taka sytuacja, nieco stresująca i smutna spotkała Kolegę i jego Syna. Po rozmowach i ciężkich decyzjach obaj zostali w Warszawie. Było nam smutno, ale każdy rozumiał sytuację. Na lot odprawiliśmy się w Gdańsku w trójkę, pozostając cały czas w kontakcie z dwójką pozostałych, którzy dzielnie przemierzali kilometry przez lądy i morze już od czterech dni. Zatem wyprawa miała liczyć pięć osób na dwa samochody i trzy namioty. I tak też się stało.


 Ålesund z samolotu - po lewej stronie ta mała wysepka to Sukertoppen, a w głębi widoczna kawiarnia na szczycie Aksli








Dziennik podróży, dzień 1:


Zaraz po dotarciu do Ålesund i znalezieniu auta na lotniskowym parkingu, pognaliśmy na jedyny w mieście kemping, by zaklepać sobie kawałek trawnika pod nasze mobilne domy z materiału. 


Uchwycona z okna samolotu wojskowa maszyna, która właśnie kołowała na płycie lotniska


Udało się i mogliśmy na spokojnie zjeść pierwszy ciepły posiłek. Czekaliśmy na drugą część ekipy, która w założeniu miała na nas czekać na lotnisku z kwiatami, orkiestrą i czerwonym dywanem. Ale założenia to jedno, a drogi w Norwegii to drugie. Jeśli Google pokazuje Ci dwie godziny drogi, licz prawie cztery, a będziesz na czas. W oczekiwaniu na pozostałych uczestników, poszliśmy na spacer wokół kempingu.


Mapka jedynego kempingu w Ålesund, które jest w mieście, a nie gdzieś w okolicy



Z życia włóczykijów, dziś odcinek pt. Gotuj z Kasią ;) Pierwszy ciepły posiłek w kempingowej kuchni.



Mój domek :) Stanął obok jakiegoś futurystycznego namiotu :)


 
Teren wokół kempingu Volsdalen



Miejsce do kąpieli



Nawet w mieście można poczuć się jak w odludnym miejscu



A jak się dobrze rozejrzeć, to i dinozaura można spotkać ;)


Wreszcie byliśmy wszyscy w komplecie, jeszcze kawałek ziemi znaleźliśmy, by rozłożyć trzeci namiot, bo niestety koło nas już wszystko z biegiem czasu się zapełniało. Kiedy już wszystkie czynności zostały przez nas poczynione, chwila oddechu została złapana, mogliśmy ruszyć na szlak. Na zegarku wybijała jakaś osiemnasta :) Pierwszym naszym celem bowiem, był szczyt Sukkertoppen, czyli innymi słowy Cukierek. Byłam na nim dwa lata wcześniej, zimą. Teraz wdrapywałam się na niego latem.


Wejście na szlak na Sukkertoppen



W drodze na szczyt Sukkertoppen



Stała instalacja na zboczu góry, ale to jeszcze nie szczyt



To którędy na szczyt Tomku? :)


Z dużą przykrością patrzyliśmy na spalone stoki Cukierka. Kilka miesięcy wcześniej wybuchł pożar i góra zajęła się ogniem. Ludzie patrzyli z trwogą, czując lęk przed powtórką z historii. Przecież miasto odbudowało się po wielkim pożarze. Z pewnością duży lęk czuli pracownicy Akwarium, które zlokalizowane jest u zbocza góry. Na szczęście placówka nie ucierpiała, a zwierzęta w niej były bezpieczne. Było nam żal roślinności, smutno było patrzeć na poczerniałe drzewa. Wiemy, że natura nie lubi próżni i za chwilę się odrodzi. Chwila ta jednak musi swoje odczekać.


Åsefjorden i fragment spalonego zbocza Cukierka. Foto: Magda



Tak wygląda spalony Sukkertoppen. W dole Hessa, dzielnica Ålesund

 
Tymczasem my, grzecznie szliśmy szlakiem i wkrótce stanęliśmy na szczycie Sukkertoppen (314 m n.p.m.). Może ktoś pomyśleć, że trzysta metrów to nic takiego, żadna to góra do zdobycia, ale uwierzcie mi, w Norwegii wychodzi się często z poziomu morza właśnie, więc w nogach jest jakby dużo wyżej. Na górze oczywiście jest mała ściągawka, gdzie i co widać z czubka góry, która króluje nad miastem.


Piątka wspaniałych na szczycie Cukierka ;)



Sukkertoppen - 314 m.n.p.m.



Radość mnie przepełniała, mój drugi raz na tym szczycie :)


Pogoda tego dnia była piękna i choć zazwyczaj o tej godzinie, to człowiek w górach gna w dół, my jednak cieszyliśmy się przedłużonym dniem, ponieważ w tym rejonie słońce w lipcu zachodzi bardzo późno i w sumie na dość krótko. Nieco wiało, ale nam to wcale nie przeszkadzało. Pojawiły się pierwsze zachwyty na przepiękny widok z Cukierka. No, cukierkowy właśnie... Bo ze szczytu widać cudną panoramę na Ålesund, na wyspy wokół miasta (zresztą Ålesund też jest położone na wyspie), na osadzone na horyzoncie Alpy Sunnmorskie. No i oczywiście pierwszy fiord - Storfjorden, a właściwie jego odnogę - Åsefjorden. W czasie naszej tygodniowej wyprawy mieliśmy podziwiać aż osiem wspaniałych fiordów.


Ålesund i okoliczne wyspy. Foto: Magda



Ålesund - secesyjne miasto, które niezmiennie zachwyca



Godøya - widok z krańca Sukkertoppen



Zobaczmy, co widać ze szczytu...





 
Stały bywalec góry :)

O moim zimowym zdobyciu Sukkertoppen, możecie poczytać TUTAJ Niby te same obrazki, ale w zimowej szacie zupełnie inaczej wyglądają.

Po serii pamiątkowych foteczek, zarządziliśmy odwrót, ale to oczywiście nie był koniec naszych planów na wieczór. Prosto spod Sukkertoppen pojechaliśmy na widzianą z góry wyspę Godøy.


W drodze na wyspę Godøy


Godøya to wyspa w gminie Giske w okręgu Møre og Romsdal. Wyspa słynie z pięknej przyrody, nad nią majestatycznie góruje szczyt o nazwie Storhornet (497 m n.p.m.), a w niższej partii zalega jezioro Alnesvatnet. Nazwa wyspy wywodzi się od ery Wikingów i można ją powiązać ze zwrotem "Gud øy", co znaczy "Wyspa Boga/Bogów". Obecne nazewnictwo można luźno przetłumaczyć jako "dobrą wyspę".

Godøya widziana z samolotu. Dobrze widoczne jezioro Alnesvatnet pod szczytem Storhornet oraz z lewej strony na zielonym cypelku, latarnia Alnes.

 
Ponieważ nasza grupa to młodzież w okolicach pięćdziesiątki, więc każdy z nas pamiętał lekturę o starym człowieku, co to jeszcze może... Pojechaliśmy zatem sprawdzić co widzi latarnik. Nasz cel to całkiem ładna Alnes Fyr. 


Alnes Fyr



Krótka notatka o Alnes


Na sam jej czubek nie weszliśmy, gdyż byliśmy sporo po zamknięciu, także nie dane nam było wejść do kawiarni i galerii sztuki. Ale tu mieliśmy pierwszą sytuację, w której śmialiśmy się do rozpuku. Otóż szklana ściana centrum dla odwiedzających, które jest po drodze do latarni, jest usytuowana względem budynku pod skosem, w skutek czego jest prawie niewidoczna, ale odbija wszystko wokół. I nagle Marcin, który prowadził auto, ostro dał po hamulcach z tekstem: "patrzcie co za idiota, jak szybko na nas jedzie!" :) :) :) A to byliśmy my w odbiciu szklanej ściany! A, że droga zakręcała, wyglądało to tak, jakby ktoś faktycznie na nas jechał :) :) :) Zanim dotarło do nas, że ten idiota to my, upłynęły sekundy, po których w aucie wszyscy śmialiśmy się do łez i w zasadzie naznaczyło to cały nasz wyjazd, bo takich sytuacji w ciągu tygodnia, że brzuch bolał od śmiechu, było naprawdę sporo.


Wspomniane Centrum dla Odwiedzających w Alnes z pochyłą, szklaną ścianą :)



Ach ta niedobra tafla szkła... :) :) :)


Wieczór, który wyglądał jak zwykły dzień, przy latarni wyglądał zjawiskowo. Było niemalże pusto, może jakieś ze dwa samochody w okolicy. Cisza, spokój, wiatr od morza i my...


Co widzi latarnik...



Okolica Alnes


 
Schyłek dnia na wyspie Godøy. Foto: Magda


Latarnię morską w Alnes (stan obecny) wzniesiono w 1937 roku. Wieżę, o wysokości 22,5 m zbudowano z kątowników na kwadratowej podstawie. To akurat konstrukcja rzadko stosowana w Norwegii, co czyni ją wyjątkową.
Historia latarni morskiej w tym miejscu, sięga 1853 roku i zaczęła się od prywatnej latarni rybackiej. Trzy łojowe świece miały oświetlać zimowe połowy. Osoby biorące udział w połowach, musiały uiszczać opłatę za usługę i konserwację latarni, ale gdy rybacy nie chcieli płacić, latarnię zamknięto w 1861 roku. W 1869 roku to państwo przejęło opiekę nad latarnią i włączyło ją w poczet latarni morskich. Wyznaczono latarnika i w 1876 roku wybudowano nową latarnię. Na przestrzeni lat przebudowywano ją i remontowano. Ciekawostką jest fakt, że francuska soczewka latarni z 1905 roku nadal jest w użyciu!


Alnes Fyr, czyli latarnia w Alnes, dawniej latarnia rybacka, obecnie morska



Cisza i spokój, aż trudno uwierzyć, że to już okolice godziny 23.00...



Chwila zadumy i wyciszenia emocji z ostatnich dni...


Bo czasem warto się zatrzymać...


Latarnia w Alnes została zautomatyzowana i opuszczona w 1982 roku. Budynki wokół zaadaptowano na gospodarstwo rolne. Biedny latarnik został bezrobotny... W 2016 roku powstała Fundacja Latarni Morskiej Alnes, która otworzyła tu centrum dla odwiedzających. Otwarcia dokonała sama Królowa Sonja. Wewnątrz mieści się galeria sztuki, punkt z rękodziełami oraz kawiarenka.


Teren latarni to dziś zabudowania gospodarcze, choć sama latarnia wciąż pełni swoją funkcję



Taki romantyczny zakątek za latarnią



Alnes Fyr



Latarnia morska w Alnes





Mieszkańcy Alnes o tej porze już śpią...


Tego dnia zostało jeszcze pół godziny, ale nasza grupa postanowiła jeszcze zahaczyć o wyspę Giske, skoro i tak przez nią jechaliśmy. Giske, podobnie jak Godøya, Valderøya czy Vigra, tworzą archipelag wysp połączonych tunelami czy mostami. Jadąc przez kręte tunele, nawet nie wie się, kiedy zmienia się wyspę.
Giske także znana jest już od czasów Wikingów. Zresztą na wyspie znajduje się zielony kurhan, będący pozostałością po grobowcu jakiegoś Wikinga. Mieliśmy się przy nim zatrzymać, ale chyba o nim zapomnieliśmy wracając. 


Giske ze swoim mostem widziana z okna samolotu

Tak, czy owak, prawdopodobnie z wyspy tej pochodził potężny Rollo, który podbił dzisiejszą Normandię we Francji, a którego postać zaznaczono w serialu "Vikingowie" na Netflixie. (I tu kolejna ciekawostka: nazwa Normandia wywodzi się od skandynawskich Normanów, którzy od końca VIII wieku atakowali północne wybrzeże Francji, aż w 911 roku, król Francji chcąc pokoju i spokoju, pozwolił Normanom na utworzenie tam księstwa, w zamian za przyjęcie chrztu przez Rolla. Tak też się stało, choć do końca życia Rollo wyznawał wiarę zarówno Bogu chrześcijańskiemu, jak i Bóstwom skandynawskim. Poza tym słowo "nordmann" po norwesku oznacza "Norwega" lub "człowieka z północy", co by się ładnie wkomponowało w nazwę Normandii ;) ).
W każdym razie naszym celem było zobaczenie na wyspie jedynego w Norwegii kościoła z XII w., wykonanego z białego marmuru, którego pochodzenie nie jest znane. Obecnie wspomniany marmur przykryty jest tynkiem kredowym.


Giske Kyrkje, czyli marmurowy zabytek wyspy


Kościółek zbudowany jako kaplica bogatego rodu Arnungane, bardzo wpływowego, który rządził wyspą od 1582 roku. Po reformacji protestanckiej kościółek popadł w ruinę, aż w 1756 roku został zakupiony przez Hansa Holtermanna. Ten zlecił gruntowną renowację budynku i większość z tego, co można teraz zobaczyć wewnątrz, pochodzi właśnie z tego okresu.
Zabytek po drodze warto zobaczyć. Świątynia może pomieścić 125 osób. Niestety kościół tego dnia był zamknięty dla świata, a w ogóle w rusztowaniach. Zresztą my byliśmy około północy. Umówmy się, kto normalny o tej porze chodzi po starym cmentarzu okalającym kościół? No my... Na nasze usprawiedliwienie można dodać, że określiliśmy się sami jako patologiczna rodzina, co wychodziło w praniu codziennie, więc to już była dla nas norma ;) A poza tym było jasno jak w dzień, to i duchy nam nie straszne ;)


Zabytkowy XII w. kościół okala stary cmentarz



Tylko światło zdradza późną porę


Trochę żałowaliśmy, że nie zobaczyliśmy tych marmurów w środku, ale w sumie wiemy jak one wyglądają, bo od czego jest internet ;) Nie zobaczyliśmy też tzw. "krzyży całuśnych", o których dowiedziałam się po powrocie z Norwegii. I tu kolejna ciekawostka: kościół w Giske był na szlaku pielgrzymim do katedry w Nidaros (obecnie Trondheim). Na ścianie kościoła wyryto w marmurze krzyże, które pielgrzymi całowali jako akt głębokiej pobożności ale i pokuty. Wierzono także, że całowanie krzyży przynosiło uzdrowienie i boże przebaczenie grzechów. Mówiono, że darowanie win przychodziło po 100 dniach od tego aktu całowania. Pielgrzymi obchodzili też kościół trzy razy, bardzo wolno, by zaznaczyć, że pielgrzymka nie powinna odbywać się w pośpiechu.


Ołtarz główny w kościele w Giske. Źródło: www. kirken.no



Organy wewnątrz świątyni. Źródło: www.kirkesok.no, autor: Torild Granhaug



20 października 1987 roku, król Norwegii Olav V otworzył połączenie drogowe Giske z Ålesund i pozostawił przy zabytkowym kościele swój podpis wyryty na tym kamieniu

My też się nie śpieszyliśmy. Zawinęliśmy się więc, z powrotem do Ålesund i po wieczornych, a właściwie to już mocno nocnych ablucjach, każde z nas poszło spać. Wieczorna atrakcja kolejnego dnia miała być w sumie naszym wyjazdowym celem, mieliśmy nadzieję, że się spełni, ale o tym, w kolejnej części...


                             Ciąg dalszy nastąpi...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz