W cudownym świecie – w skalnym świecie
Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o słowackie góry, to znane mi były jedynie te najbliższe, czyli Tatry. I kiedy pojawiła się okazja, by zobaczyć inne cudowności górskie u naszych sąsiadów, nie wahałam się długo. Tzw. "listopadówka" trzy lata temu miała być z założenia w domu. Aż tu nagle padł pomysł, obok którego nie mogłam przejść obojętnie. Góry Strażowskie w Karpatach Zachodnich. Brzmi tajemniczo, więc pomyślałam, czemu nie? Zamiast siedzieć na kanapie i grzać się pod kocykiem, to może jednak ruszę swoją J.Lo. i pojadę w nieznane? I tak zrobiłam...
Sobota po noclegu w autokarze zaczęła się mglisto. Ale w dobrych nastrojach ruszyliśmy na szlak.
Nasza trasa przedstawiała się następująco:
START: Súľov-Hradná (Súľov Parkovisko) szlak zielony przez Pod Zámkom - Hrad Súľov - Lúka pod Súľovským Hradom - szlak czerwony - Sedlo pod Bradou - Pod Roháčom - szlak żółty - Roháč 803 m n.p.m. - powrót żółtym szlakiem do rozdroża Pod Roháčom - odbicie na Obrovská brána - Wąwozem do Lúka pod Roháčom - odbicie do Šarkania Diera - Lúka pri kamennom hríbie - żółtym i czerwonym szlakiem do Súľov-Hradná (Súľov Parkovisko) - KONIEC
Nieśpiesznie, we własnym tempie każdy szedł przed siebie. Jesień wokół dodawała uroku. Na początek pętla poprzez rezerwat Sulowskich Skał, w którym znajduje się wąwóz z potokiem Hradnianki. Coś fantastycznego! Rezerwat leży w kraju żylińskim, więc nie tak daleko od Polski. A ja nie miałam wcześniej o nim pojęcia!
Szlak jest ciekawy, wiedzie pomiędzy skalnymi ścianami, wąwozem, szczelinami, albo otwartą przestrzenią w lesiePo drodze spotkałam mnóstwo form skalnych, były iglice, maczugi, turnie i skalne baszty. W lekkiej mgle jawiły się niczym w baśniowym świecie. Do tego pokolorowane jesiennymi liśćmi na drzewach i ziemi.
Szlak zielony jest też ścieżką dydaktyczno - przyrodniczą - tu akurat przystanek z informacją o sokołachKażda jedna skała pobudzała wyobraźnię, ale największe jej pole dał Zamek Súľov. To późnośredniowieczny zamek obronny. Mały gródek, który stał się murowaną strażnicą, zwaną Roháč, został w 1470 roku przebudowany za zgodą króla Macieja Korwina w zamek obronny. Budowla należała do rodziny Sulowskich, posiadających wieś Súľov. Potem przez wiele lat toczyły się o nią spory, bo była łakomym kąskiem dla okolicznych możnowładców. W 1550 roku zamek strawił pożar, ale zdołano go odbudować na planie poprzedniego. Już na początku XVIII w. budowla była w złym stanie technicznym. Ostatecznie już w połowie XVIII w. nikt w nim nie mieszkał, nikt nie strzegł, a trzęsienie ziemi, jakie miało miejsce w połowie XIX w. przypieczętowało los zamku. Obecnie jest to ruina, z której można się domyślać, jakie jej elementy pełniły funkcje. Jedno jest pewne - zamek zbudowany został tak, że zarówno jego część dolna, jak i górna musiały zmieścić się w ukształtowaniu terenu. A ten, skalisty, z ekspozycjami, rzeczywiście musiał być w domyśle obronny. Dziś dzięki drabinkom można pobuszować po piętrach, co też uskuteczniłam.
Kiedy już opuściłam zamek, udałam się szlakiem w kierunku północnych krańców rezerwatu Sulowskich Skał. A ten wyznacza zalesiony szczyt Roháč 803 m n.p.m. Dotarłam do niego i śmiałam się do siebie, że wprawdzie szczyt o takiej samej nazwie mam w planach, ale on znajduje się w Tatrach, tymczasem jestem daleko od moich ukochanych gór. Na tę chwilę musiał mi wystarczyć mniej stromy Roháč :)
I można powiedzieć, że w zasadzie połowa drogi była za mną. Ale nie wiedziałam, że ta druga połowa będzie równie przyjemna i zaskakująca.
Na początek Obrovská brána, fajna i malownicza forma skalna, która niczym brama górowała nad wąwozem. Góry Strażowskie rzeczywiście potrafiły mnie pozytywnie zaskoczyć. Brama jest wysoka na 11 m i szeroka na 10 m, a że jest z piaskowca, to i trochę wietrzenia zrobiło w niej dziurkę, która z biegiem czasu się powiększała, aż do takiego okna jak dziś. Teraz Obrovská brána wyglądała jak portal do innego świata, choć po drugiej stronie nadal byłam w Sulowskich Skałach, w listopadzie 2023 roku :)
A potem przyszła pora na wisienkę na torcie tego dnia, czyli jaskinię Šarkania Diera. Jej nazwa pochodzi od słowa "šarkan" czyli po słowacku "smok". A wiąże się z faktem, że jaskinia była znana od dawna miejscowej ludności, wśród której krążyła legenda, jakoby w tej właśnie jaskini mieszkał smok.
Jaskinia długa na ok. 60 m i wysoka na ok. 20 m ma w miarę płaskie dno, które pokrywa ubity wapniowy żwir. Nie jest to cud natury na miarę jaskiń krasowych, bo nie ma tu szaty naciekowej, żadnych stalaktytów ani stalagmitów czy stalagnatów. Są ściany wyżłobione przez erozję wodną i powietrzną. Ale naukowo, jest to ciekawy obiekt, ponieważ w przeszłości znaleziono tu czaszkę niedźwiedzia jaskiniowego oraz trochę artefaktów z czasów neolitu. Cała Šarkania Diera objęta jest od 1979 roku ochroną jako pomnik przyrody. Mimo to, od 2010 roku można ją zwiedzać, choć nie każdy chce podjąć wspinaczkę do niej. Aby dostać się do tej atrakcji, trzeba nieco odbić od szlaku i wdrapać na wysokość 590 m n.p.m., od szlaku zaledwie 90 m, częściowo po drabinkach. Ale w sumie jest fajnie.
Jaskinia długa na ok. 60 m i wysoka na ok. 20 m ma w miarę płaskie dno, które pokrywa ubity wapniowy żwir. Nie jest to cud natury na miarę jaskiń krasowych, bo nie ma tu szaty naciekowej, żadnych stalaktytów ani stalagmitów czy stalagnatów. Są ściany wyżłobione przez erozję wodną i powietrzną. Ale naukowo, jest to ciekawy obiekt, ponieważ w przeszłości znaleziono tu czaszkę niedźwiedzia jaskiniowego oraz trochę artefaktów z czasów neolitu. Cała Šarkania Diera objęta jest od 1979 roku ochroną jako pomnik przyrody. Mimo to, od 2010 roku można ją zwiedzać, choć nie każdy chce podjąć wspinaczkę do niej. Aby dostać się do tej atrakcji, trzeba nieco odbić od szlaku i wdrapać na wysokość 590 m n.p.m., od szlaku zaledwie 90 m, częściowo po drabinkach. Ale w sumie jest fajnie.
W świetnym nastroju zeszłam z powrotem do miejsca, w którym rozpoczęła się wspinaczka tego dnia. Pogoda była dobra, moja kondycja szła razem ze mną, towarzystwo było przednie (razem ze mną pojechała też koleżanka Ela z Poznania, z którą poznałam się w czasie wyprawy na Łopatę w Tatrach), więc uznałam, że sobota była naprawdę wspaniała.
Każdy piechur górski wie, że to najlepszy trunek na Słowacji i w Czechach :) Kofola w smaku przypomina nieco colę oraz podpiwek.Niedzielny poranek przyniósł zaskoczenie. W Góry Strażowskie przyszła zima. Ale o tym przekonaliśmy się wszyscy z chwilą wchodzenia coraz wyżej na szlaku. Póki było ładnie i jesiennie, wszystko było ok. Ale jak zaczęło być zimowo, to okazało się, że jest też ślisko i zaliczenie gleby na tym wyjeździe to tylko kwestia czasu i ilości upadków. Ale o tym nikt nie myślał w chwili wchodzenia na szlak.
Nasza niedzielna trasa była już nieco mniej wymagająca i krótsza, ale przez kaprysy pogody ciekawa.
START: żółtym szlakiem za wsią Čičmany - Pružinská Rázcestie - Sedlo Samostrel - zielonym szlakiem przez Vrábl'ová 816 m n.p.m. - Čierny Vrch 1068 m n.p.m. - Pod Strážovom - czerwonym szlakiem na Strážov 1215 m n.p.m. - powrót czerwonym do Pod Strážovom - zejście czerwonym szlakiem do wsi Čičmany - KONIEC
Trasa prowadziła głównie leśnymi drogami, bez jakiś większych trudności. Z każdym krokiem było coraz bardziej biało, a co za tym idzie, pojawiły się też chmury. Mimo wszystko było wesoło, cieszyłam się, że weekend spędziłam łącząc się z przyrodą.
Szlakowskaz po drodze - sam szlak żółty czy potem zielony nie był specjalnie hojny w widoki w czasie wędrówkiZdobywane szczyty zazwyczaj były po szlaku w lesie, więc i widokowo nie było nic fajnego. Miało się to zmienić na najwyższej górze masywu Gór Strażowskich - na Strážovie 1215 m n.p.m. Zanim jednak tam dotarliśmy, na rozstaju szlaków rozdzieliłyśmy się z Elą, która zaczęła schodzić w dół, a ja poszłam wyżej, w kierunku szczytu. Podobnie zrobiły inne osoby z grupy, jedni w górę, inni w dół.
Szłam przez białe połacie, świeży śnieg nawiał na drzewa, niby bajkowo, ale ciężej się szło. I kiedy już stanęłam na czubku góry, okazało się, że niewiele widać, gdyż zamiast drzew, tym razem przyszły chmury i mgła, które zasłoniły widok na rozległe panoramy. Było trochę śmiechu na górze, pamiątkowe fotki i jeden moment, gdy na chwilę w chmurze zrobiło się okno, przez które coś było widać. Z powodu mgły każdy trzymał się blisko, bo trudno było oszacować ile jeszcze jest miejsca, żeby nie spaść ze skał.
Obok tabliczki z nazwą szczytu i skrzynki z zeszytem wpisów, znajduje się tabliczka poświęcona pamięci 64 - letniej Paliny Piššu, która pracowała w Teatrze Lalek w Bańskiej Bystrzycy, była lalkarzem, scenarzystą i reżyserem, a także radiowcem. Ktoś bliski zamieścił wpis "Kto pod Strażowem w sercach żyje, nigdy nie umrze".Wreszcie wróciłam do rozstaju szlaków i poszłam w dół po śladach Eli. A tam stromizna jak się patrzy. Oczywiście nogi mi się w jednym miejscu rozjechały. Jak się potem okazało, nie tylko mnie ;)
Szlak kończył się na asfalcie, którym wraz z paroma osobami, dotarłam do wsi Čičmany, będącej ośrodkiem narciarskim z wyciągami orczykowymi. Tam mieliśmy się wszyscy spotkać w karczmie, żeby zjeść obiad przed podróżą do domu i przebrać się w wygodniejsze ciuchy i buty.
Čičmany to wieś ciekawa, bo niejako jest skansenem. Jest położona w Rajeckiej Dolinie, a jej największą ozdobą są, malowane w białe wzory, drewniane chałupy. Trochę przypomina to nasze Zalipie, ale nasze jest bardzo kolorowe, w przeciwieństwie do tych tutaj. 136 domów objęto w latach 70. XX w. opieką konserwatorską. Zanim do tego doszło, musiały powstać domy. A te zostały przygotowane w 1895 roku przez słowackiego architekta Dušana Jurkoviča na wystawę w Pradze. Kiedy wieś strawił pożar w 1921 roku, ten sam człowiek opracował projekty budynków, które widzimy do dziś.
Ornamentyka jest dość prosta, są to raczej geometryczne wzory. Ustna tradycja przekazywana przez lata mówi, że ozdabianie ścian wapnem wzięło się od XIV w. osadników bułgarskich, którzy bieląc domy unikali ich nadmiernego nagrzewania. Obecnie wiąże się ten zwyczaj raczej z ochroną przed nieszczęściami i wiarą w ochronę bóstw, a tak bardziej przyziemnie, to z tradycyjnymi haftami na tutejszym ubiorze. Tylko teraz wapno zastępowane jest farbą.
Domy są zabytkowe, objęte opieką konserwatorską, część z nich jest udostępniona dla zwiedzających, ale większość to wciąż własność rodzinna osób tam zamieszkałychPonieważ weekend ma to do siebie, że trwa bardzo krótko, zwłaszcza w wybornym towarzystwie, a jeśli do tego dochodzi fakt, że ten weekend odbywa się w listopadzie, więc bardzo szybko zrobiło się ciemno. Trochę żałowałam, że nie miałam okazji przyjrzeć się tym domom bardziej, ani odwiedzić muzeum we wsi, ale obiad zwyciężył, bo przede mną była jeszcze długa droga do domu. Tym bardziej poniedziałek nie jawił się jako coś fajnego, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Czas było wracać do domu...

































































































