O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi. Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

piątek, 9 października 2026

W krainie fiordów i trolli - cz. 2 (Norwegia, lipiec 2026 rok)

   NORWEGIA PO RAZ PIĘTNASTY, 

CZYLI FIORDY TO NAM Z RĘKI JADŁY, 

A TROLLE TYLKO SIĘ ŚMIAŁY

Termin: 19 - 26 lipca 2026 r.

Uczestnicy: Kasia, Magda, Marcin, Tomek i Duśka

Trasa opisana w poście:

20 lipca:  Ålesund - wyspa Runde

Nocleg: Goksøyr Camping na wyspie Runde

Pokonana trasa 20 lipca: ok. 82 km samochodem (w tym ok. 8 km promem)

Dziennik podróży, dzień 2:

Pierwsza noc w namiotach przespana, jakby nam odcięło prąd. Chyba zmęczenie i podniecenie podróżą, ale też wysiłkiem po zdobyciu pierwszej góry zaraz po przyjeździe i ogólna euforia bycia w Norwegii, dały efekt totalnej padziochy. I dobrze, bo całkiem wyspani mogliśmy zacząć dobrze dzień. A ten zaczął się oczywiście od kawy i śniadania (w moim przypadku, oczywiście od herbaty z sokiem malinowym z cytryną). Zaraz po zwinięciu namiotów wybraliśmy się na małe zwiedzanie Ålesund.


Najbardziej rzucający się w oczy budynek żółtego hotelu w mieście


I na dzień dobry zaczęły się schody na parkingu :) Tomek z Magdą zdążyli zapłacić za pozostawienie samochodu. Przed Marcinem, który miał płacić za nasze auto, weszło dwóch innych turystów z Niemiec, którzy... zablokowali nam z trzy razy parkometr... No zaczęliśmy pomału tracić cierpliwość, aż w końcu chyba panowie się kapnęli, że blokują kolejkę do zapłaty i marnują nasz czas. Chcieliśmy im pomóc, ale na nic się to zdało. Albo mieli nieważną kartę, albo nie wiem co. W końcu po jakimś czasie udało się nam dostać upragniony paragonik, który powędrował za szybę samochodu. Mogliśmy wyruszyć na zwiedzanie.


Ålesund z widoczną restauracją na wzgórzu Aksla. Foto: Magda



Herb miasta - łódź rybacka i trzy srebrne ryby, jako nawiązanie do miasta portowego, żyjącego z rybołóstwa



 Tak się dba o pilota wycieczki :) :) :)


O samym mieście już pisałam przy okazji mojej wizyty w nim dwa lata wcześniej, nic się nie zmieniło, nadal zachwycam się tym secesyjnym miastem. Przypomnę tylko, że Ålesund podniosło się po wielkim pożarze na początku XX w. i zostało odbudowane w stylu secesji, więc sporo domów ma dekoracje zwieńczone falistymi liniami i kwiecistymi wzorami. I uchodzi za jedno z najładniejszych miast Norwegii.

O mieście w zimowej szacie możecie poczytać TU i TUTAJ. 

Przeszliśmy sobie po nadbrzeżu, a także najbardziej dekoracyjną ulicą miasta. Nasze serca skradły... pomyślicie, że wystawione trolle, ale nie... grube, mięsiste i fajne bluzy z napisem NORWAY :) Dwie, w kolorze błękitu i zieleni militarnej powędrowały do Madzi i Duśki. I dumnie je potem prezentowałyśmy na zdjęciach. Okazało się, że mamy też jednakowe spodnie, więc radości ciąg dalszy. Przypomniało mi się, że w dzieciństwie nie znosiłam, jak mama ubierała nas z siostrą w jednakowe sukienki czy sweterki. Wyglądałyśmy jak królowa Elżbieta i jej siostra Małgorzata, kiedy były małymi dziewczynkami. Jak bardzo silne było wówczas u mnie, poczucie wyjątkowości i unikalnego wyglądu. Co w chwili obecnej, nie robi mi żadnej różnicy, a wręcz umawiałyśmy się z Magdą na tą samą garderobę danego dnia ;)


 Mała latarnia morska w Ålesund



Widok na okolice Ålesund



Widok z portu na wyspę Godøya



Mam sentyment do tej kamienicy - pokazałam grupie moje mieszkanie narożne na parterze, gdzie mieszkałam w czasie mojego pierwszego pobytu w mieście



Ulica będąca deptakiem w mieście - to tu można zobaczyć najwięcej secesyjnych dekoracji budynków



Pomnik Pera Bolstada (1875 - 1967), norweskiego muzyka i kompozytora, pierwszego skrzypka, który propagował muzykę ludową z regionu Sunnmøre. Kiedy w 1928 roku oślepł, muzykę pomagała mu pisać jego siostrzenica, nadal jednak jego zespół był bardzo popularny w kraju, grał także w radiu.


W Ålesund nie tylko bluzy zostały zakupione. Pobuszowaliśmy sobie w sklepach z pamiątkami. Bo przecież magnesy z trollami to zawsze miła rzecz, gdy się zimą wspomina wakacje i beztroski czas urlopu. A te z nas się tylko śmiały z każdego miejsca, czy był to kubek, magnes, czy choćby otwieracz do piwa ;)


Jak zwykle uśmiechnięty jegomość ;) A kurtki w barwach flagi norweskiej pojawiły się wraz z falą popularności norweskich piłkarzy, którzy wrócili w czerwcu na Mundial po 28 latach przerwy.

 
Skoro poprzedniego dnia zdobyliśmy Cukierka, to tym razem wspięliśmy się na Akslę, która dumnie wypina się nad miastem. Po pokonaniu ponad 400 schodów (dokładnie 418 i dobrze, że o tym po drodze informują, bo przestaliśmy liczyć w połowie), licznych przystankach na rampach widokowych, łapaniu oddechów, bo widoki dech zapierały (no przecież, że nie nasza kondycja! ;) ), osiągnęliśmy szczyt góry z punktem widokowym przy kawiarni Fjellstua. Po drodze spotkaliśmy rodaków i okazało się, że to prawie sąsiedzi Tomka z czasów, kiedy 1 września obowiązkowo szedł do szkoły, czyli jakby w zeszłym roku ;) Od nich dowiedzieliśmy się, że w kawiarni pracuje Polka, a jak zamówimy kawkę, to mamy taras widokowy za darmo. Oczywiście, że na stół wjechała kawa, cynamonki i coś, co było jakimś zawijańcem z makiem, podobno bardzo dobre, ale jak może być dobre coś, co ma mak... ;) Grupa twierdziła, że było lepsze, niż cynamonki... Nie dam się nabrać ;)


W parku pod Akslą rośnie piękny okaz araukarii. Inny jej okaz widziałam w Stavanger na prywatnej posesji.



No to hop w górę - 418 schodów przed nami ;)



Proszę Pani, On mnie ciągnie! Nie ciągnę, zabezpieczam. Nasi duzi chłopcy... dobrze, że z poczuciem humoru :)



Widok ze schodów na Ålesund i małą latarnię



Przyznam się, że ten widok na centrum Ålesund chyba nigdy mi się nie znudzi... 



Na rampie widokowej - tym razem widok latem ;)



Restauracja na szczycie Aksli wygrywa widokiem...



...i pysznymi cynamonkami


Chwilę posiedzieliśmy na górze, porozmawialiśmy z naszą rodaczką, podelektowaliśmy się miejscem, w którym gościła także królowa Sonja (od 28 sierpnia 2026 roku, po śmierci króla Haralda V - Królowa Wdowa) i poszliśmy na taras restauracji. Stamtąd rozpościera się przepiękny widok na całe miasto. Jest wręcz pocztówkowy. Oczywiście obowiązkowo poszły w ruch aparaty, no bo jak tu nie robić zdjęć, gdy pogoda jest idealna, a co w tej części Norwegii nie jest takie oczywiste. Z całej grupy tylko ja byłam w Ålesund wcześniej, więc patrzyłam na uśmiechy na twarzach pozostałych uczestników. I wciąż zastanawiałam się, co stało się z tymi puzzlami, które miałam z tym właśnie obrazkiem na 1000 elementów... :)


Ålesund



Ekipa na piątkę z plusem! Co ja mówię... na szóstkę! :)



Dalsza część Ålesund



Żal patrzeć na spalonego Cukierka, ale za jakiś czas się zazieleni



No dobra, 418 schodów tym razem w dół, ale za to z jakim miłym widokiem ;)


Jak się weszło na szczyt, to trzeba też z niego zejść. A to już trochę obciąża kolana. Powolutku jednak zeszliśmy do parku miejskiego, by podejść pod jedyny ocalały z pożaru dom, który jest najstarszym budynkiem w mieście. Przemieszczając się w kierunku samochodów, które pozostawiliśmy na parkingu obok urzędu miasta, wstąpiliśmy jeszcze do sklepu spożywczego, poczynić zapasy na kolejne dni. I ruszyliśmy dalej, ku przygodzie.


Rzeźba "kotki, którą było tak okropnie trudno zjeść", autorstwa Skule Waksvika, pochodzi z bajki ludowej



Jedyny, ocalały z pożaru dom w mieście. Dziś mieści się w nim muzeum.


No to w dalszą drogę...


Naszym celem wyjazdu do tego kawałka Norwegii, było zobaczenie maskonurów, które w tym czasie przylatują na lęgi na stałym lądzie. Wszyscy jeżdżą zobaczyć je głównie na Islandii, skalistych wybrzeżach Irlandii, Anglii, Szkocji lub Kanady, Svalbardzie czy Wyspach Owczych. Ale mało kto wie, że także upodobały sobie jedno miejsce w Norwegii.


Zrobiłam to zdjęcie z fotografii na planszy, na wypadek, gdybyśmy jednak nie zobaczyli żadnego maskonura :)


Wyspa Runde to ptasi azyl. Na stromych klifach gniazdują nie tylko sympatyczne i pocieszne maskonury, ale także inne gatunki ptaków jak mewy, alki, kormorany, głuptaki, itp. Liczba ich przekracza 500 tysięcy gatunków, z czego maskonury stanowią pary w liczbie ponad 100 tysięcy. Patrząc na te latające stworki, ma się wrażenie, że jest ich strasznie dużo, przy czym trudno ustalić, ile to dużo wynosi :) Dla porównania wyspę Runde zamieszkuje około 120 mieszkańców.
Po drodze czekała na nas przeprawa promowa w Sulesund. Prom do Hereid kursuje co pół godziny, ale nam się udało dostać na niego praktycznie od razu. I co najważniejsze oba nasze auta były na jednym promie ;)


Zbliżamy się do przeprawy promowej



My na górze, Magda z Tomkiem na dole - ważne, że na jednym promie ;)



Wiało przeokrutnie, ale widoki po drodze fajne



Widoki w czasie rejsu promem



Ależ gęsta chmura na szczycie... Piękno gór chyba nigdy mi nie spowszednieje









Najlepsza rzecz w Norwegii według Marcina, czyli tunele :) Foto: Magda




Mosty pomiędzy wysepkami też są fajne ;)




Dojazd do mostu Rundebrua, czyli tego, który łączy wyspę Runde z wyspą Remøya. Foto: Magda




Rundebrua widziana w czasie jazdy samochodem




Jedyna droga na ptasią wyspę




Wjazd na most. Foto: Magda



Most wąski, więc czasem samochody czekają przed wjazdem, aż inne z niego zjadą. Foto: Magda


Po dotarciu do miejsca, gdzie znajduje się jedyny kemping na wyspie, martwiłam się, czy uda się nam dostać gdzieś kawałek trawy do rozbicia namiotów. Dzięki temu, że dojechaliśmy około 16.00. i dookoła byli raczej sami kamperowcy, a także dzięki właścicielowi kempingu, który stara się upchnąć wszędzie, gdzie się da, wszystkich, którzy przyjeżdżają na wyspę, rozbiliśmy nasze domki obok siebie i innych namiotów. I tu uwaga: ponieważ Goksøyr Camping, to jedyny kemping na wyspie, będącej rezerwatem przyrody, warto w sezonie wybrać się wczesnym popołudniem. To nic, że potem trzeba zaczekać na spektakl natury, ale przynajmniej ma się miejsce do spania. Ja miałam wrażenie, że właściciel magicznie rozciąga teren pod namioty i kampery.


Podążamy w kierunku jedynego kempingu na wyspie



I wszystko, tu na wyspie, kręci się wokół maskonurów, nawet wiatr ;)



Udało się rozbić namioty obok siebie na kempingu Goksøyr


Przygotowaliśmy sobie miejsce pod nocleg i jakoś tak wyszło, że zrobił się wieczór (oczywiście w teorii, bo jasno było). Ubraliśmy się ciepło i ruszyliśmy zapolować z aparatem na maskonury.


Szlak na klify, gdzie można podziwiać ptaki


Najpierw mieliśmy do przejścia kawałek drogi przez puste pola, na których powiewała jedynie trawa i bielące się wełnianki. Przez wąskie kładki szliśmy gęsiego ku krańcom lądu, spodziewając się, że będzie sukces, jak zobaczymy chociaż jednego maskonura :)


Widok w kierunku naszego kempingu



Im wyżej wchodziliśmy, tym więcej było widać, m.in. nasz kemping



Spojrzenie na drugą stronę wyspy Runde



Bramka na szlaku, którą należy za sobą zamykać, aby pasące się owce nie wychodziły poza miejsce wypasu



W lewo na klify, w prawo do latarni



Kładkami przez bagna - dochodzi godzina 20.00.



Taki letni klimacik na wyspie Runde





Przy pierwszych klifach wpadliśmy w zachwyt, który nam towarzyszył w przeciągu kolejnej doby, a nawet i później. Dało się odczuć obecność tych pięknych ptaków, ale w sumie...nie wiele można było zobaczyć. Stworki tak szybko latały, że nie można ich było uchwycić w obiektyw, a na tle morza wyglądały jak małe, czarne kropeczki. Gołym okiem ledwie można było wypatrzeć je na skałach. A kiedy już je zobaczyliśmy, to wszystkie zoomy poszły w jedno miejsce ;) 


Pierwszy przystanek: gdzie te ptaki? :)



Te małe, czarne punkciki na tle morza to właśnie maskonury - bez lornetki trudno je wypatrzeć






O i orzeł, znaczy się maskonur wylądował ;) Na znak pokoju wysunął swoje nóżki do przodu, bo tak mają w zwyczaju ;)



Zdjęcia na dużym przybliżeniu, więc nieco nieostre, ale radość nasza i tak była wielka



Klify, gdzie maskonury mają swoje przystanki w locie, a w zielonych połaciach skał, swoje norki



Spotkanie klasowe, biznesowe czy pogaduchy sąsiedzkie? Kto by to wiedział...









Łapanie promieni słonecznych przed swymi domostwami ;)



Maskonury nad klifami latały jak szalone, że trudno je było uchwycić



Nadchodził czas powrotów na ląd, by odpocząć po pracowitym dniu



W sumie ptaszorki są towarzyskie i lubią siedzieć na skałach w grupie


Przyjmowane przez Tomka pozy przy robieniu zdjęć wywoływały salwy śmiechu. Otóż Tomek zakupił sobie w Ålesund, żółtą kurtkę softshellową. Nosił ją z dumą (nic dziwnego, bo to fajna kurtałka), także na wyspie. I właśnie w niej leżał na ziemi, by lepiej uchwycić cudowne ptaszki. Robił zdjęcia z poświęceniem, można rzec. A takie dwie, czyli Madzia i Duśka, stały nad Nim i śmiały się, że jaki piękny okaz maskonura nam się trafił :) Do tego Magda stwierdziła: a jaki ma żółty brzuszek! Duśka dodała: a jakie żółte plecki! :) :) :) I w tym momencie przechodząca obok nas Pani, zasłyszawszy język polski, odparła: co Panie mówią, przecież maskonury mają białe brzuszki i czarne plecki! Nie zawsze trzeba wszystko brać tak dosłownie... A my mieliśmy jeszcze lepszy nastrój.


Najładniejszy okaz maskonura, jaki widzieliśmy :) :) :) Foto: Magda


W tym samym czasie Kasia z Marcinem podglądali ptaki przez lornetkę. Samo namierzanie zwierząt było fascynujące, a gdy się je zobaczyło, zachwyt gonił zachwyt, choć czasem zwierzaki zlewały się ze skałami. Do tego sceneria i teoretycznie zachodzące słońce. Nic więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy. A jednak... potrzebowaliśmy informacji od innych Polaków, schodzących z wyższych partii wzgórza ;) Tak, Polacy są wszędzie, nawet na krańcu świata ;) I to od nich właśnie dowiedzieliśmy się, że wyżej są barierki (byliśmy w końcu w ptasim azylu), a maskonury leżą bardzo blisko. Obraliśmy zatem kierunek na wzgórze...


W tamtym momencie nic mi do szczęścia nie było potrzebne. Radość w sercu, jaką czułam, jest nie do opisania...



Stromo opadające do morza skały są bardzo malownicze



Maskonury trzy ;) Foto: Magda



Plener do zdjęć na wyspie Runde jest wspaniały, więc nie mogliśmy sobie odmówić fotki. Foto: Magda








W tym miejscu warto powiedzieć ze dwa słowa na temat samych ptaków. Puffiny, czyli maskonury, to średniej wielkości ptaki wodne z rodziny alk. Żyją głównie na wodach arktycznych i północnego Atlantyku. Mimo tego, że patrząc na nie, wydaje się, że jest ich milion w kadrze, to jednak jest to gatunek zagrożony wyginięciem. No cóż, ptaki nie mają co liczyć na 800 +. Jedynie na naszą uwagę i troskę o środowisko.
Sam ptaszek jest zabawnym stworkiem, wyglądającym, jakby wiecznie był czymś zmartwiony. Na pierwszy rzut oka, widzi się jego upierzenie. Z wyglądu podobny jest do pingwina, którego ktoś uparcie wpychał pod szafę. Jest czarno-biały, krępy i ma pomarańczowe nóżki. Do tego ma silny, krótki i garbaty dziób.


Dzień dobry, zastałem Jolkę? ;)



Latają... uwierzcie mi na słowo :)



Bawimy się w chowanego? Te skały to jak gigantyczny plac zabaw.



Takie mam skrzydełka, patrz! :)



Wszystkie zmartwienia tego świata muszą zaczekać wobec opadających powiek - czas na dobranoc





I tu kilka ciekawostek na temat tego dzioba i samych puffinów. Kiedy widzimy jego kolorowy, spłaszczony dzióbek, to znaczy, że jest to ptak w okresie zalotów i lęgów. Poprzeczne szaro, żółto, pomarańczowe pasy, zwane karbami, służą do pokazania się zalotnikom z jak najlepszej strony. Przy czym nie można stwierdzić jednoznacznie, czy osobnik, na którego patrzymy, to ON czy ONA ;) Maskonury mają specjalne wyżłobienia na dziobie, a w gardle dodatkową kość, a wszystko to po to, by móc za jednym zamachem, przytachać na chatę do dziesięciu ryb w poprzek dzioba i stwierdzić "kochanie, załatwiłem nam obiad!" :) Dziób na tyle zainteresował naukowców, że wzięli go pod lupę i stwierdzili, że dziób jest fluorescencyjny. Pewnie dlatego, że w oceanach oszczędza się na prądzie i mają tam kiepsko z oświetleniem, a człowiek, tfu, puffin, jakoś pokarm zdobyć musi. I może właśnie dlatego te jego czarne kreski przy oczach są oznaką zmartwienia.


Z bliska już łatwiej dostrzec z czego składa się maskonur



Puffinki wyglądają trochę jak pingwiny karłowate



I pytanie to on czy ona?



Przyłapany na rozmyślaniach ;)



Z profilu lepiej wyglądam :)













Kiedy już maskonur płci męskiej upoluje sobie maskonura płci żeńskiej (lub odwrotnie, bo kto ich tam wie), wówczas zasłonka opada i zaczyna się szare życie. Dosłownie. Bo dzioby szarzeją, upierzenie też, a nóżki stają się ledwo żółte. Jest to tzw. szata spoczynkowa. A jak amor strzeli w dwa maskonury, to już są ze sobą na zawsze, póki śmierć ich nie rozłączy, bo rozwodów chyba nie przewiduje ich prawo, ustanowione przez kolonijną starszyznę.
Puffiny mają na ogonie gruczoł z wydzieliną, którą tym swoim, spłaszczonym po bokach, dziobem rozsmarowują po całym ciele, jakby nożem rozsmarowywały masło, tworząc w ten sposób wodoodporny płaszcz. Dlatego często można je zobaczyć jak tam gmerają sobie przy ogonie. I z tego kolorowego dzioba, tylko na lądzie da się słyszeć "gruchanie" . Oczywiście, jeśli w pobliżu nie znajdują się mewy, które jak wiemy kradną jedzenie nie tylko ludziom i zagłuszają nawet sygnalizację dźwiękową na przejściu dla pieszych.


Leci jeden stworek, drugi już czeka. Czyżby wieczorna schadzka? :) Foto: Magda



Część na klifie, na której ptaki odpoczywają najbliżej ścieżki, odgrodzona jest sznurkiem. Zresztą ludzie starają się tam mówić szeptem i nie wykonują gwałtownych ruchów, aby nie płoszyć i nie stresować sezonowych mieszkańców wyspy. Foto: Magda


Czy wiecie, że maskonury to jedynie ptaki morskie, które potrafią podrapać się po plecach znalezionym patykiem? Spryciarze. Kiedy lecą do gniazda, to lądując, szeroko ustawiają skrzydła i wysuwają nóżkę do przodu, żeby pokazać, że nie chowają pod piórami szabli ni miecza. Bo to w ogóle są nastawione pokojowo do świata ptaszki. Wolą schować na piersi główkę, żeby przypadkiem sąsiad czegoś nie chciał. A kiedy taki jest namolny, to tupią i atakują dziobem i skrzydłami. Albo po cichu z jego norki robią sobie wychodek. Nie to, żeby były złośliwie, ale po co zawracał gitarę? :)

O, temu to na pewno w zeszłym roku zajęli chatę... :) :) :) (Co prawda sprawa była na Islandii, ale i na Runde to się zdarza :) Autor filmu Alessio Mesiano)






Przyleciałem. Zobaczyłem. Poflirtowałem. Zwyciężyłem? ;)



Ciekawe, o czym one tak plotkowały wieczorem...




Taki ładny puffinek jestem ;)


Puffiny uprawiają dwa sporty: nurkowanie i lotnictwo. W wodzie zanurkują do 60 m i potrafią w niej wytrzymać przez 20-30 sekund. Ja nie wytrzymałabym pod wodą nawet sekundy z otwartymi oczami i tym bardziej z otwartym dziobem, znaczy się ustami. A te małe stworki potrafią. Do tego zrobiły licencję na pilotaż i potrafią machać skrzydełkami 400 razy na minutę. A w czasie lotu rozpędzają się do 90 km na godzinę. Dlatego trudno je złapać w obiektyw, gdy latają jak szalone. Tylko radar to potrafi. Ale nie montują ich na oceanach ani w powietrzu.


Każdy pilnuje swoich norek. Czasem musi o nie zawalczyć.



Maskonury to pocieszne stworki, budzą uśmiech i wyzwalają w ludziach sympatię do tych ptaszków



Klify wyspy Runde


Maskonury z wyglądu są milusie, ale mają nieco okrutny system opiekuńczy. W lęgu, począwszy od maja, ptasia rodzina posiada jedno jajo. Niby opiekują się razem, jak w normalnej rodzinie. Siedzą jednak obok jajka, okrywając je skrzydłem. Nie siadają na nim jak kura na grzędzie. Jajo z dzieckiem w środku wykluwa się w głębokiej norze wyściełanej trawą i morskim dywanem po 38 do 49 dniach oczekiwania. I jeśli myślicie, że rodzice szykują się na baby shower i fajerwerki z okazji pierwszego dnia szkoły - nope... Rodzice karmią noworodka rybami przez około 40 dni, a potem ustawowo przestają mieć jakiekolwiek zobowiązania wobec dzieci i znikają z gniazda. Malec kilka dni czeka z tęsknotą na rodziców i żarcie, a kiedy wypłacze już swoje ptasie łzy, wylatuje z gniazda sam i decyduje się na skok do wody w poszukiwaniu ryb. Okrutne, co nie? Rodzice fundują Ci od razu skok na głęboką wodę, połączony z obchodami 18, po której uznają, że skoro potrafisz łowić ryby, jesteś już dorosły. I tak mogą dożyć w tej dorosłości do 30 lat. O studia i licencję na pilotaż muszą się martwić już same.


To przypomina grupę młodzieży na szkolnym korytarzu, obgadującą kolegów i nauczycieli :) Siedzą, główki latają w każdą stronę i wydają z siebie te "gruchnięcia".



Umiesz tak? Podrapać się dziobem po plecach? Maskonury tak często zasypiają, wtulając w pióra swój dzióbek.



Strażnik norki :)



Naszych zachwytów nad tymi ptaszkami nie było końca



Przyleciał, czy odlatywał, nie pamiętam, ale ładny był ;)







Ech, miały być dwa zdania, a wyszedł z tego wykład. Ale sami przyznajcie, czyż nie są to fascynujące ptasiorki? W każdym razie, my byliśmy nimi zauroczeni.
Kiedy podeszliśmy bliżej, całe mrowie ludzi w ciszy obserwowało ptaki. Każdy mówił szeptem, żeby nie budzić śpiących blisko nas ptaków. A te, które nie odpoczywały, latały w te i we w te, wydając te swoje "gruchnięcia". Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani, wydawało się w tej ciszy, że nawet migawki aparatów były za głośne. A puffiny przyzwyczajone do ludzi, tylko czujnie obserwowały, ale bez atakowania gawiedzi. Być może to my byliśmy dla nich atrakcją, ze względu na kolorowe ubrania.


To musi być miłość do puffinów :)


Patrzyłam na te latające cuda świata i w głębi duszy cieszyłam się, że udało się nam je zobaczyć. Organizując wyprawę, wiedziałam w jakim terminie jechać (najlepiej czerwiec, lipiec) i o której wyjść na klify (około godz. 20.00 maskonury wracają z morza na swoje legowiska), ale przecież nie dawało to żadnej gwarancji, że je zobaczymy. Dwa tygodnie po naszym powrocie do Polski, ptaki opuściły wyspę Runde. Dlatego tym bardziej cieszyłam się, że byliśmy świadkami ujrzenia tych zjawiskowych stworzeń. Wstrzeliliśmy się w odpowiedni moment.


Dzień teoretycznie chylił się ku końcowi



W drodze powrotnej napotkane stadko beczących sweterków



Czyżby chatka trolli przy strumieniu?



We wnętrzu chatki żarno młyńskie? Może tu kiedyś mielono ziarno.


Schodząc ze wzgórza zastanawialiśmy się, czy mamy jeszcze siłę iść do wyspowej latarni, ale zgodnie stwierdziliśmy, że latarnię mieliśmy wczoraj, dochodzi 23.00 i trzeba wreszcie zjeść obiad. Zeszliśmy zatem do naszego obozowiska, a w kempingowej kuchni usiedliśmy do wspólnego posiłku. Kuchnia zapełniła się ludźmi, jakby w ogóle noc miała nie nadejść. Część jadła, część grała w gry planszowe, wszyscy rozmawiali. My wymienialiśmy się wrażeniami ze spotkania z maskonurami.


Przywiązanie wsi do ptaków jest na wyspie Runde widoczne



Lokalna galeria sztuki :)


W końcu zlokalizowaliśmy toalety oraz prysznice i najedzeni i umyci, grzecznie powiedzieliśmy sobie dobranoc. Kolejny dzień, to kolejne zachwyty, ale to w następnym poście.

                Ciąg dalszy nastąpi...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz