O mnie

Moje zdjęcie
Jestem diabełek wrodzony, anioł gdy chcę. Czasem samotna w tłumie innych osób. Choleryczka z artystyczną duszą, mocno stąpająca po ziemi.Jestem w ciągłym ruchu, ciągle ciekawa wszystkiego. Kocham koci świat i jak kot chadzam własnymi ścieżkami. Taka nieidealna Ja...

wtorek, 25 czerwca 2013

Rumunia


Poniższy opis dotyczy sytuacji, które miały miejsce w 2008r. Od tego czasu wiele się zmieniło, ale wspomnienia zostały :) ...


„RUMUŃSKA PĘTLA – czyli wariacki pomysł objechania Rumunii”

Sierpień 2008r

DZIEŃ 1



Budzik nastawiony na godz. 3.30 (zwykle o tej porze jesteśmy po drugiej stronie świadomości, więc wstać o tej strasznej godzinie nie mogło być mowy). Ostatecznie z łóżka zwlekamy się o 4.00. Jeszcze ostatnie dopakowywanie toreb i w drogę! ☺ Ruszamy z 40 min. opóźnieniem, czyli o 5.40. Pierwsze śniadanko wcinamy na łonie natury jeszcze przed Rzeszowem. Na chwilkę wpadamy do cioci i wujka, którzy spędzają urlop u rodziny.

O 12.50 przekraczamy granicę polsko-słowacką. Kawałek przed granicą na CB Radiu słyszymy, że przejścia w Barwinku nie widać, bo tam oberwanie chmury…

Na Słowacji chmura obrywa się ciągle, więc chyba już nic z niej nie zostało. Burza z piorunami i deszcz jak gęsta firanka zmuszają nas do drugiego śniadania. Spożywamy go na stacji benzynowej, gdzie cała masa Słowaków schroniła siebie i swoje auta.

Ruszamy dalej, żałując, że przez ten deszcz nie możemy podziwiać wielgachnego pola słoneczników. W strugach deszczu przedzieramy się przez Słowację w stronę przejścia z Węgrami. Mamy nadzieję, że to tylko złe dobrego początki. ☺

O 15.40 przejeżdżamy przez granicę słowacko-węgierską. Jest słońce, jest nadzieja. Przez chwilę rozmarzamy się na temat wina…wszak mijamy winnice… Zatrzymujemy się na jakimś parkingu, żeby rozprostować kości. I pierwsze na co pada mój wzrok, to leżące bezpańsko w piachu forinty… Wybieram się, więc na pieniądzobranie i wychodzi tego 290 forintów. Przyjmujemy to za dobry znak. Przecież po deszczu zawsze świeci słońce.

O 19.00 przekraczamy granicę węgiersko-rumuńską. Jest duszno, a my musimy czekać na stacji PETROM, gdzie chcemy zakupić Roviniety. Marzę o letnim prysznicu i wygodnym łóżku. Nasz cel: Oradea jest w zasięgu 8 km. Tylko jak tu znaleźć nocleg? Wraca Adam. Winietek na tej stacji brak. Trzeba szukać dalej, bo to obowiązek niestety. Zmęczenie daje znać o sobie. Mój żołądek też. Na następnej stacji brak winietek. Co za ludzie… Szukamy kwatery na nocleg. Jedziemy pod pierwszy adres, który mamy z internetu. Kompletna klapa. No to idziemy za strzałką wskazującą na pensjonat. Trafiamy do MAGIC HOTEL. Tu za 44 € śpimy w dużym łóżku, mamy gorącą wodę i śniadanko rano. Zupka chińska załatwia sprawę pustego żołądka. Czas spać.

DZIEŃ 2



Dziś zwiedzamy Oradeę. Spacerek po deptaku, czyli secesyjna Strada Republici i Piata Unirii. Trafiamy do Cerkwi Pod Księżycem. Mroczne, choć piękne wnętrze. Udaje się nam też zajrzeć do Synagogi, zniszczonej, ale za to z przewodnikiem entuzjastą. „Co łaska” za zwiedzanie wychodzi drogo, bo 20 RON. Według nas Oradea jest bardzo ładna, ale jeszcze długo czasu i mnóstwa pieniędzy potrzeba, żeby wydobyć piękno z tych secesyjnych kamieniczek.

Oradea, Urząd Miejski z Wieżą Zegarową


Wnętrze Biserica Orthodoxă Cu Lună (Cerkiew pod Księżycem)

Od pół godziny staramy się wyjechać z Oradei w kierunku Klużu – Napoki. Stoimy w mega korku. No cóż. Tu zaskakują nas drogowcy. ☺ A chwilę dalej kierujący ruchem policjanci. Ale mamy za to winietę na 7 dni. Przedzieramy się przez zielone wzgórze, pokonujemy wijącą się jak serpentyna drogę. Piękne widoki, małe domki przy szosie z czerwoną, starą dachówką…

Zatrzymujemy się na popasul. Zamawiamy pierwszy obiad w Rumunii. Nawet nieźle poszło. Ciorba de burta czyli flaczki zabielone śmietaną, kotlet z grilla, omlet, sałatka i frytki. Najedzeni ruszamy dalej.

W Kluż-Napoka spacerujemy po uliczkach, odwiedzamy Sobór prawosławny z bogatym wnętrzem naściennym, kościół św. Michała – wielką bryłę górującą nad placem Unirii, za to surową we wnętrzu. Przyglądamy się w jakim domu przyszedł na świat król Węgier – Maciej Korwin.

Plac Avram Iancu (bohatera wojennego w XIXw)


Kościół św. Michała w Klużu



Dom Macieja Korwina

I tylko nie udaje nam się zobaczyć Baszty Krawców, jedynej zachowanej ze starych murów obwodowych miasta. Czas nagli. Chcemy dostać się do Alba Iulia. Mamy w planie znaleźć tam gdzieś nocleg. Oby się udało przed nocą.

Udaje się znaleźć świetny kemping i to w drodze do Hunedoary, czyli miejsca wycieczki dnia następnego. Kemping dobrze zorganizowany, z prądem, sanitariaty w porządku i z gorącą wodą. Od lat nie nocowaliśmy pod namiotem. Rozgwieżdżone niebo to jednak świetny „widok z okna”, zwłaszcza jak przyjmuje się pozycję horyzontalną.


Kemping Aurel Vlaicu



DZIEŃ 3



Noc w namiocie i życie kempingowe rozleniwia nas, ale pora ruszać w drogę. Zmierzamy dziś do Hunedoary na zamek Hunyadych. Ogrom tej budowli zapiera dech w piersi. Ale tylko z zewnątrz zamek jest imponujący. Wnętrza są surowe, ale od czego jest wyobraźnia. Mimo wszystko warto tam się wybrać. My spędzamy tu ponad godzinę biegając po bastionach i komnatach. Sama Hunedoara bynajmniej nie budzi zachwytu. To bardzo przemysłowe miasto, szare i bure. Ozdobą mostów są kolorowe donice z pelargoniami. I to jedyny zauważalny kolor w tym mieście.


Zamek w Hunedoarze

Zmierzamy do Sybina, czyli po rumuńsku Sibiu. Miasteczko zachowało swój średniowieczny układ. Duży Rynek jest przestronny, otoczony barwnymi kamieniczkami „z oczami”.

Na rynku w Sibiu

Zaraz za nim jest Mały Rynek z którego boczna uliczka prowadzi do fary, wielkiego kościoła Ewangelickiego zbudowanego w stylu gotyckim. Szybki rzut oka do wnętrza. Mrok i rusztowania. Nie wydajemy 1 Lei na bilet wstępu.

Idziemy dalej by znów w bocznej uliczce ujrzeć prawdziwe cudo. To Sobór Prawosławny św. Trójcy, wzorowany na Stambulskiej Hagia Sophia. I to za free. Siedzimy w cerkwi i oglądamy wnętrze. Ludzie w skupieniu modlą się stojąc przed wystawionym świętym obrazem. Adam robi zdjęcia, ja robię ujęcia kamerą i widzę, że każdy anioł narysowany na kopule świątyni ma inną twarz ...

Wnętrze Soboru św. Trójcy


Na tyłach cerkwii



Moglibyśmy tak jeszcze siedzieć, ale już po 16.00. Teraz podążamy w kierunku Medias. Po drodze wstępujemy do ruin zamku w Slimnic. Ktoś w internecie napisał, że są podobne do ruin w Czersku. Nam osobiście Czerska to nie przypomina. Ruiny to dobre określenie na to, co zastajemy w środku. Ale za to widok z zamkowego wzgórza bardzo sielski. Czerwone dachy domków w miasteczku Slimnic.

Ruiny w Slimnic

Jedziemy dalej do saskiej warowni –kościoła w Biertanie. To zabytek UNESCO. Już z daleka widać bryłę kościoła.
W środku szare wnętrza i miły chłód. Wchodzimy do środka dosłownie w ostatniej chwili. O 19.00 zamykają. Ale udało się. Jeszcze spacer wokół warowni i u jej stóp obiadokolacja. Próbuję tu po raz pierwszy rumuńskiej narodowej potrawy –mamałygi w wersji z serem i śmietaną. Nie przypada mi jednak do gustu. Ale należało spróbować. Adam wybiera ciorbę z wołowiną. Zupa okazuje się dobra.

Kościół-warownia w Biertanie

Najedzeni wyruszamy do Sighisoary. Już pora znaleźć nocleg. W wybranym przez nas pensjonacie nie ma już wolnych miejsc. Gospodarz bezradnie rozkłada ręce i pokazuje, że może gdzieś wokół znajdziemy. Znajduje się za to zaradna sąsiadka z naprzeciwka. Woła nas do swojego domu i tym samym na nocleg trafiamy do czystego pokoiku z dużym łóżkiem.. Gospodyni miła, ustala cenę na 80 RON za dwie osoby.



DZIEŃ 4



Rankiem wyruszamy na zwiedzanie Sighisoary. To piękne średniowieczne miasto z czerwonymi dachówkami. Tu swe pierwsze kroki kierujemy na wieżę zegarową. Zegar działa do dziś, wspierany przez ruchome figurki. Wewnątrz zwiedzamy małe muzeum ze starymi sprzętami, między innymi dowiadujemy się jakimi narzędziami i medykamentami leczono, jakie kobietki nosiły buciki, widzimy stare skrzynie i sprzęty użytkowe.

Po pokonaniu wielu schodów docieramy na górę. Stąd rozciąga się piękna panorama miasta. Są też tabliczki pokazujące ile kilometrów jest do jakiego miasta na świecie. Do Warszawy 712 km. Tu przebywamy chwilę robiąc sesję zdjęciową. Rozkoszujemy się widokami.

Turnul Cu Ceas (Wieża Zegarowa)

Schodzimy na dół i idziemy do starego kościoła ewangelickiego Biserica Mănăstirii (Klostkirche), gdzie ponoć jest kolekcja wschodnich dywanów. Płacimy za wstęp i zaraz po przekroczeniu progu kościoła rozczarowanie. Kobierce są, ale mocno zniszczone. Wnętrze nieciekawe. Nasza subiektywna ocena: kościół jest raczej przereklamowany.

Za to zaraz po wyjściu ze świątyni trafiamy pod dom w kolorze ochry. Prawdopodobnie w tym domu urodził się słynny Drakula, czyli Vlad Tepesz (czyt. Cepesz). Robimy oczywiście zdjęcia, jak setka innych turystów. Szkoda tylko, że zaraz obok tabliczki, mówiącej o tym, że tu się słynny „wampir” urodził, jest dużo większa tablica głosząca, że tu jest restauracja i trzy gwiazdkowy hotel.


Dom Draculi

Za to mamy atrakcję w postaci ubranych w stroje „z epoki” trójki młodych ludzi, którzy prawie we wszystkich językach świata witają turystów w Sighisoarze.

Witajcie w Sighisoarze!
 

Robimy sobie z nimi zdjęcie i kierujemy się w stronę placu z zabytkowym domem „pod jeleniami”. Tu skręcamy na tzw. szkolne schody, prowadzące do Górnego Miasta a dokładniej szkoły i kościoła Bergkirche, czyli kościoła na wzgórzu. Pokonujemy 176 stopni (osobiście liczę stopnie w drodze powrotnej) po zadaszonych schodach z XVII wieku. Tędy żaczkowie w zimie chodzili do szkoły. I tu, jak nigdzie indziej słowa „do szkoły miałem pod górkę” nabierają sensu.

Lekko zdyszani docieramy do kościoła, by tu przeżyć niespodziankę. W drzwiach wita nas po polsku bileter, który informuje nas, że na dole jest krypta. Wręcza nam też informację o wnętrzach w języku polskim. Z niej dowiadujemy się, że piękne freski zdobiące wnętrze, zamalowano wieki po ich wykonaniu zwykłym wapnem. Głupota ludzka widać już w zamierzchłych czasach działała.

Oglądamy jeszcze wystawione płyty nagrobne z wyeksponowaną sztuką rzeźbiarsko – ciesielską, jako, że niektóre z kamiennych płyt mają drewniane ozdoby. Za kościołem mieści się mały cmentarz. Idziemy kawałek w głąb, by pooglądać nagrobki z napisami wykonanymi scribą. W większości przypadków są to niemieckie nazwiska. Wszak jesteśmy w krainie saskich cytadeli. Do dziś na Niemców mówi się tu, że to Sasi.

Opuszczamy Sighisoarę i jedziemy w stronę Braszowa. Nasz cel to kościół – warownia w Prejmer.

Prejmer okazuje się wielką cytadelą. Za opłatą (6 Lei za osobę) oglądamy wnętrze niewielkiego muzeum. Przechodzimy w stronę kościoła. Wokół niego ciągną się trzy poziomy cel – ponumerowanych pomieszczeń. Służyły one kiedyś do przechowywania żywności dla ponad 200 rodzin. W razie ataku na miasto, rodziny te mogły się tam również schronić. Do swojej dyspozycji miały kościół (żeby modlić się o przetrwanie) i szkołę dla dzieci. Spacerujemy tak po tej cytadeli wyobrażając sobie, jak mogło wyglądać tu takie życie, gdy było oblężenie.

Warownia w Prejmer



Wnętrze cytadeli

Pomału kierujemy się w stronę Braszowa. Chcemy znaleźć nocleg, a potem pospacerować sobie po mieście. Może jakieś zdjęcia wieczorne?

Znajdujemy kwaterę – Villa Elvis. Może właściciele należą do fanów wielkiego Elvisa? Mamy pokój z meblami w stylu lat 50 za 130 RON, ale za to z darmowym internetem, co bardzo cieszy Adama. Chce wysłać znajomym zdjęcia tak „na świeżo”. ☺ Ja mam nadzieję, że nie zniknie tam na długo, w końcu są wakacje.

Posilamy się obiadem w stylu bardzo nierumuńskim, ale bardzo turystycznym. Trzeba zjeść te zupki chińskie, bo po co je targać z powrotem do domu.

Po „obiadku” Adam odpływa. Zanim się orientuję, ten już jest „po drugiej stronie świadomości”. Ja chciałabym iść już na braszowski rynek, ale żal mi go, jest zmęczony, więc dam mu jeszcze pospać. Do jakiejś 18.00 (a jest 17.45). Bo niby co będzie robił w nocy ?

Ruszamy na miasto. Najpierw prawie biegniemy do bankomatu. Hura ! Nasz bank jest zaraz za rogiem na rynku. Jesteśmy znów bogaci w plastikowe pieniądze. (Bo w Rumunii takie są właśnie pieniądze, nie papierowe, a plastikowe).

Teraz wdrapujemy się do dolnej stacji kolejki linowej na wzgórzu Timpa. Tu niestety czytamy, że właśnie od 45 minut jest zamknięta. Wrócimy tu jutro. Idziemy na rynek. Podziwiamy średniowieczne kamieniczki. Szukamy kartek do wysłania, ale znajdujemy tylko całe mnóstwo knajpek. Dla ochłody kupujemy sobie lody w Mc Donalds`ie (jakieś takie nie regionalne).
 

Na rynku Braszowa
 

Spacerujemy po uliczkach chłonąc atmosferę „rumuńskiego Krakowa”. Szukamy najwęższej ulicy w Europie. Pytamy kobiety, te coś mówią ale ciężko je zrozumieć. Na pytanie o nazwę tej ulicy robi się małe zamieszanie. Chyba nie wiedzą. W końcu jedna z nich dzwoni do kogoś na komórkę. Już wiemy jak się ta uliczka nazywa. To Strada Sfori. Wędrujemy tam. Bawimy się jak dzieci. Rzeczywiście jest tam wąsko.
 

Strada Sfori, czyli Ulica Wąska Jak Sznurek :)

Wracamy na rynek. Włączamy znów szwędacze. Na kwaterę wracamy około 21.00.

Jutro ciąg dalszy zwiedzania Braszowa.



DZIEŃ 5



Wjeżdżamy kolejką na wzgórze Timpa. Spacerkiem dochodzimy do literek składających się na napis BRASOV.
Zaraz za nimi jest taras widokowy. Ze wzgórza roztacza się zachwycająca panorama miasta. Widać jak na dłoni okoliczne wzgórza, rozrastające się nowe miasto, no i oczywiście centralnie, starówkę. Polecamy to miejsce każdemu. Wjazd kolejką kosztuje 10 RON w obie strony, ale warto. Można też dojść tam pieszo, ale my wybieramy kolejkę z czystego lenistwa.

Starówka Braszowa z wzgórza Timpa w dużym powiększeniu

Kiedy już zasycamy oczy widokami miasta z góry, udajemy się do Czarnego Kościoła. Świątynię osmolił pożar – stąd jej nazwa. Za to w środku jest bardzo jasno, wszędzie wiszą wschodnie kobierce, a każda kolumna ma inną podpórkę.

Rzecz dziwna, ale nigdzie na rynku nie można znaleźć stoiska z pocztówkami. Szukam wszędzie i nic. Tylko knajpy i knajpy. Spotykamy rodaków. Stoimy chwilę i rozmawiamy wymieniając się wrażeniami. Oni jadą z Bukowiny i Maramureszu – my odwrotnie. Pytam, czy nie widzieli jakiś pocztówek. Owszem, widzieli. W księgarni w bocznej uliczce. Żegnamy się i pędzimy we wskazanym kierunku. Ok, mam kartki.

Wyjeżdżamy z Braszowa i nasza „Renia” kieruje się do Sinaia. Nasz cel, to zamek Peles – letnia rezydencja króla Rumunii Karola I oraz jego domek myśliwski Pelisor. Stajemy przed cennikiem, chwila wahania i już wiemy, że wnętrza obejrzymy sobie tylko na pocztówkach. Idziemy wraz z tłumem turystów. I nagle naszym oczom ukazuje się prawdziwe cudeńko. Chylimy czoła architektom i budowniczym tego obiektu. Pałac Peles to mnóstwo wieżyczek, tarasików, wykuszy, różnych okienek itp. Całość bardzo zgrabna, wyglądem przypominająca bawarskie zamki. Myślę sobie, gość miał niezłą wizję swej letniej rezydencji… Zamek zachwyca i tylko jakiś malkontent mógłby powiedzieć, że to kicz i bez sensu.

Zamek Peles w Sinaia

Domek myśliwski Pelisor, jak przystało na taki obiekt, imponujący, przypominający letnią posiadłość, gdzie życie toczy się miło i leniwie. Wyobraźnia podsuwa mi przystojnego właściciela w bryczesach, stojącego na ganku ze sforą psów wokół. Ach ta wyobraźnia….


Pelisor, nic dodać, nic ująć…


Robimy się głodni. Po drodze mijaliśmy knajpkę z niskimi cenami, więc postanawiamy tam się udać na obiadek. Zamawiam cascaval pene z frytkami i sałatką. Adam znowu chce ciorbę de burta, czyli flaczki. I w tym miejscu należy powiedzieć, że cascaval pene to rumuńska wersja słowackiego, prażonego sera. Ponieważ znam smak vyprażnego syra, postanawiam zamówić tenże. Na obiad czekamy ponad pół godziny, zastanawiając się, czy aby kelnerka o nas nie zapomniała. Siedzimy razem z młodą parą, z którą widzieliśmy się w Braszowie na wzgórzu Timpa. Robiłam im zdjęcie, potem zjechaliśmy razem kolejką. I teraz spotykamy się znów, razem zamawiamy posiłek i wykazujemy sporą cierpliwość w oczekiwaniu na obiad przy burczących brzuchach. Kiedy po pół godzinie dostajemy swoje porcje, jesteśmy szczęśliwi. My wychodzimy, a „nasi nowi znajomi” wciąż czekają na swoje dania! Zdecydowanie nie polecamy knajpki w drodze do pałacu Peles…

Wyjeżdżamy z miasteczka i od razu prosto w korek. Postanawiamy zmienić nieco nasz plan i udać się od razu do Bran. Tam też szukamy noclegu. Przy wjeździe do wsi Tohanu Nou znajdujemy kierunkowskaz do pensjonatu MIR. Wjeżdżamy na polankę. Jak sielsko: stoją snopki siana, między nimi chodzi miauczący kot. Wchodzimy na podwórko. Rozwalająca się chałupka. Widok nieciekawy. Okna zapuszczone…o rany! Ale ludzie mili, prowadzą nas dalej. Przechodzimy pod stodołą na tyły chałupki, a tu niespodzianka… Mocno bordowo-różowy budyneczek pensjonatu, świeżynka, dopiero, co zrobiony. Nowe okna, drzwi, czyściutko... Wchodzimy, żeby obejrzeć pokój. Wielkie łóżko, telewizor, balkon, czysta łazienka, wszystko nowiutkie. Na łóżku satynowa narzuta. Myślę sobie, nie stać nas na takie luksusy. Drżącym głosem pytam ile kobitka chce za noc…Kolejna niespodzianka! Pani pisze mi kwotę na karteczce – 100 RON za pokój. Zostajemy! Żałujemy, że nie zostajemy tu na dłużej. Ale jutro Rumunia czeka.



DZIEŃ 6



Dziś mieliśmy pospać dłużej, ale Adam pomylił się o godzinę przy nastawianiu budzika. I zamiast do 8.00, spaliśmy do 7.00!

Po śniadaniu i porannej toalecie ruszamy przed siebie. Dziś wybieramy się do zamku powszechnie nazywanego zamkiem Drakuli. Podobno nawet w nim nie był, ale sam zamek prezentuje się okazale, więc został wykorzystany do filmu Brama Stokera. No i biznes się rozkręcił.

Jesteśmy pod zamkiem. Kolejka jak się patrzy. Zamek królowej Marii wygląda imponująco. Idziemy do środka. Ktoś mówił, że nie warto. A my myślimy, że jest ciekawie. Mnie osobiście najbardziej podobają się stare fotografie królowej w codziennych strojach. Zdjęcia w sepii mają swój urok. Tylko szkoda, że czuje się oddech innych turystów
na plecach.

Bran, Zamek Królewski


Schodzimy do podzamcza. Tu przycupnęły domki z XIXw. Chałupy wiejskie ułożone w mały skansen. Jest uroczo i sielsko. Tuż za skansenem już nie. Całe ciągi straganów z pamiątkami. Drakula na kubku, kuflu, łyżce i koszulce. Bleee. Komercha w czystej postaci. Obchodzimy to z niesmakiem, olewając chińską tandetę i kupujemy jedynie kartki z widokiem zamku. Tak, do albumu. Czujemy się jak pod Gubałówką w sezonie. Dlatego czym prędzej uciekamy w stronę Risnova.

W piekącym słońcu wspinamy się po schodach na wzgórze. Zdyszani dochodzimy do drzwi prowadzących do cytadeli.
W środku (oczywiście trzeba zapłacić) małe domki wiejskie, zrekonstruowane, ale pozamykane. Robimy sobie spacer wśród ruin i podziwiamy panoramę gór Bucegi (jest śliczna!) oraz panoramę Risnova. Znów pokonujemy te same schody w dół.

Zamek chłopski widziany z poziomu miasteczka


Kierujemy się na Fogarasz. Droga z Risnova przez Zărnesti ma po drodze sporo dziur. W Şinca Nouă mijamy kondukt żałobny. Z przodu za księdzem i krzyżem idzie człowiek, który ma coś w rodzaju dużej gałęzi, na której poprzyczepiane są kolorowe wstążeczki, a między nimi małe bułeczki, precelki i małe jabłuszka. Zastanawiamy się, czy to oznacza, żeby zmarły w swej ostatniej drodze nie był głodny?

Przystajemy na chwilę przy Fogarskim Zamku z różowej cegły. Przypomina małą twierdzę krzyżacką w centrum miasta. Zamek odbija się w wodzie, która płynie pod nim.


Zamek w Fogaraszu. W czasie II wojny światowej mieściło się w nim więzienie, w którym przetrzymywano polskich oficerów.
 

Zmierzamy dalej do słynnej Szosy Transfogaraskiej, oznaczonej na mapie jako 7C. Cały czas mamy po drodze ruch wahadłowy. Ale jedzie się całkiem przyzwoicie. Wjeżdżamy na serpentyny. Przedzieramy się przez Góry Fogarskie. Jesteśmy w Karpatach. Cudownie! Lubimy takie klimaty, więc czujemy się jak ryby w wodzie. Szosa Transfogaraska jest boska, ale trzeba uważać. Serpentyny dróg. Co jakiś czas samochody się zatrzymują, by ludzie mogli zrobić sobie zdjęcia. My idziemy ich śladem. Nie tylko ja mam włączoną kamerę podczas jazdy. Na zielonym tle gór widzimy przesuwający się czerwony punkcik. To kolejka górska, cała w reklamie Coca-Coli. Rozkoszujemy się widokami gór. Jedziemy dalej. Za długim i ciemnym tunelem robimy sobie górski popasul. Wcinamy kabanosy i mielonkę.


Początek wrażeń…


Kulminacja ekstazy :)


Osłony przed spadającymi lawinami


Esy floresy


Objeżdżamy jezioro Vidraru praktycznie dookoła. Co za widoki! Zatrzymujemy naszą „Renię” przy zaporze wodnej. Chwila odpoczynku od wijącej się jak wstążeczka drogi. Pomału te zakręty zaczynają męczyć. Widzę, że Adam ma chwilami dość. Ale jeszcze trzyma fason. Zaczynamy powoli zjeżdżać w kierunku Curtea de Arges. Już nie zdążymy wspiąć się do zamku Draculi w Poienari. Jest późno, widzimy tylko zarys ruin na szczycie. I to faktycznie jest zamek księcia Wołoszczyzny. Z niego podobno rzuciła się w przepaść żona Vlada Palownika, by nie zostać turecką branką.

Zaraz po wyjeździe z trasy, jakieś 20 km przed Curtea de Arges postanawiamy wjechać do jakiegoś pensjunea. Jest późno, a my jesteśmy zmęczeni. W miejscowości Corbeni bierzemy pierwszą z brzegu ofertę. Mały pokoik bez okna i z wspólną łazienką. Bez wątpienia najgorsza kwatera jaką do tej pory mieliśmy. Ale jest czysto i schludnie. Robimy sobie obiadokolację, Adam dzwoni kontrolnie do mamy, ja oglądam rozpoczęcie igrzysk w Pekinie. Za chwilę odjedziemy w słodki sen.


DZIEŃ 7



Wstajemy i szybko pakujemy swoje manatki. Ruszamy do Curtea de Arges. Jadę za kółkiem. Ale to zdecydowanie nie jest mój dzień. Jazda idzie mi fatalnie, coraz szybciej się złoszczę. Zatrzymujemy się, by zwiedzić sobór mistrza Manole, czyli cerkiew, w której pochowani są członkowie królewskiej rodziny – król Ferdynand z królową Marią, królowa Elżbieta i król Karol I. Już samo otoczenie monastyru jest zadbane. Wchodzimy do środka świątyni z jasnego marmuru. Panuje tu półmrok. Wewnętrzne kolumny potęgują wielkość budowli. Chodzę sobie i robię ujęcia kamerą. Podchodzi do mnie jakiś człowiek i coś do mnie mówi. Z całego ciągu wypowiedzianych zdań, rozumiem tylko „taksa video”. Aha. Trzeba płacić. Przepraszam i przy nim wyłączam kamerę. Adam robi zdjęcia. Woła go prawosławny ksiądz i w ten sposób mąż zostaje namaszczony (dosłownie ma tłusty znak krzyża na czole). ☺


Królewska nekropolia
 

Po wyjściu z soboru, kierujemy się do cerkwi św. Mikołaja. Wewnątrz ciemno, ludzie przechodzą obok wizerunku Matki Bożej, leżącej w trumnie. Przesuwają banknoty po szybie i wkładają pod trumnę. Potem całują szybkę, pod którą leży wyhaftowana Matka Boża. Nie wiem, co ma ten gest zapewnić, ale przyglądam się z zaciekawieniem ludziom i ich zwyczajom. Mimo, iż nie należę do kościoła obrządku prawosławnego, zakupuję świeczkę wotywną za pomyślność i zdrowie naszych bliskich.

Kierujemy się w stronę Bukaresztu. Znów ja prowadzę. Na skrzyżowaniu, od którego odchodzi wiele ulic, w różne strony, nie ma świateł! Ogólny pierdolnik, kto pierwszy ten lepszy. Jestem cała mokra z wrażenia, złości i bezradności. To zdecydowanie nie mój dzień. Wpadamy na autostradę. Adam zasypia, a ja mknę sobie po równiutkiej drodze. Jedzie się sympatycznie. Aż do stolicy. Tu zaczyna się piekło.

Nie dość, że jest parno, ja już cała płynę, to jeszcze kierowcy wymuszają pierwszeństwo, trąbią non stop. Tylko mnie stresują. Światła kiepskie, trwają pół minuty. Jadę na jedynce w śmierdzącym korku. Już mi się odechciało zwiedzania stolicy. Marzę o kąpieli w morzu. Parkuję w cieniu samochód, w końcu „Reni” się coś należy.

Idziemy zobaczyć budynek Parlamentu. Szalony pomysł Nicolae Ceausescu budzi respekt. Imponujące gmaszysko. Tu miały się mieścić, wedle zamysłu dyktatora, wszystkie ministerstwa, urząd prezydenta, premiera, rządu, tajnych służb itp. Dziś można poprzechadzać się po wnętrzach z przewodnikiem, uprzednio uiszczając leje. My jednak robimy zdjęcie na zewnątrz. Chwilę chłoniemy widok drugiej, co do wielkości, budowli na świecie (po Pentagonie).

Parlament
 

Wracamy na Plac Unirii (każda szanująca się miejscowość ma plac o tej nazwie). Tu zainstalowano bardzo ładne fontanny, przy których chłodzą się mieszkańcy, obok jest zadbany park, a właściwie skwer z alejkami. Oglądamy z zewnątrz zajazd Manka, dawny karawanseraj. Wchodzimy do cerkwi Dobrej Nowiny, czyli Zwiastowania. Cicho, mroczno, mury dają miły chłodek, wytchnienie dla naszych gorących ciał…
Spacerujemy sobie między uliczkami. Co jakiś czas wśród betonowych bloków można napotkać małe perełki w postaci przycupniętych cerkiewek.


Cerkiewka ocalała od reżimu Geniusza Karpat
 

Wchodzimy do małej pizzerii na obiadek. Chwila odpoczynku i idziemy dalej. Ale spiekota swoje robi. Czujemy się wyssani z energii i chęci dalszego poznawania miasta. Nigdzie nie ma poczty, że o widokówkach nie wspomnę... Kartki wyślemy z nad morza. Przynajmniej mamy taką nadzieję. Idziemy wzdłuż rzeki Dâmboviţa. Kolejny pomysł Ceausescu. Co jakiś czas biegają po bokach szczury. Rzeka przypomina kanał. Chwilę dalej patrzymy, a to nie szczur przebiegł nam drogę, a kociak wielkości mojej dłoni. Jako, że w domu mamy dwie kotki, zatrzymujemy się przy tej sierocie. Miauczy, ociera się o nogi, chce się bawić. Rozglądam się na boki w poszukiwaniu matki. Znajduję kotkę leżącą w krzakach. Zastanawiam się, czy jest martwa. Ale nie. Tylko przerażona i przytulona do drugiego kociaka. Ciężko dyszy. Znajdujemy jakiś pojemnik i nalewamy jej wody. Mam wrażenie, że kociaki mają nosówkę. Szkoda mi ich, ale nie mogę inaczej pomóc…

Jedziemy do Konstanty. Przed nocą chcemy gdzieś się zabukować na cztery dni. Prowadzi Adam, ja mam dość dzisiejszego dnia. Znów wpadamy na autostradę. Adam mówi, że nuda. Prosto i gładko. W sumie Bukaresztu nie zwiedzamy nawet w 1/5. Ale nasza subiektywna ocena wystawiona miastu, nie jest dobra. Może dlatego, że byliśmy za krótko, było parno, byliśmy w innych nastrojach…można by jeszcze długo wyliczać. Myślami i tak wyrywaliśmy się z tego zakorkowanego, zadymionego miasta nad cieplutkie morze.

W drodze do Konstanty przy autostradzie nie ma żadnej stacji benzynowej. Dobrze, że zatankowaliśmy samochód przed wjazdem na nią, bo paliła się już rezerwa. Z Bukaresztu do Konstanty jest jakieś ponad 200km.

Wjeżdżamy do pierwszego kurortu. Jak nasza Jastarnia, Łeba, czy Ustka. Oszaleć można. Matki z dziećmi, ojcowie z piwem i brzuchem większym, niż glob ziemski, ogólny krzyk, nawoływania i smród kukurydzy. A to wszystko okraszone tandetnymi pamiątkami i chińskim kiczem. Próbujemy przedostać się przez ten tłum do „planet”. Podobno te wszystkie kurorty są tańsze, bo przyjeżdżają tu biedniejsze rodziny rumuńskie…Merce, Dacie Logan, Audi, Volvo….taaa, biedota. Wszędzie ceny wywindowane do góry. Hotele ponad 200 RON za dwójkę. Nie ma kwater prywatnych jak u nas, nie ma żadnych pensjunea. Tylko kompleksy hotelowe…

Znajdujemy hotel ** za 160 RON. Olimpic. Zostajemy tu. Ale najpierw lecimy do miejscowości obok, do Neptuna, bo tu podobno najbliższy bankomat. Idziemy jakiś kilometr na piechotę. Co to za miejscowość wczasowa, w której nie ma co chwilę bankomatów? A jak zabraknie na dmuchane koło? Albo świecące cóś? Wracamy z powrotem. Lokum opłacone. Wylądowaliśmy w najtańszym hotelu i niezbyt eleganckim. Trudno. Da się przeżyć te cztery noce. Podziwiamy wieczorny widok z okna. Jesteśmy na 8 piętrze. Pod hotelem jeździ kolorowa kolejka. Dzieci co chwilę ją okupują. Właścicielowi biznes się kręci w kółko. He, He, dosłownie.

Jakbyśmy wcale nie byli zmęczeni, idziemy jeszcze po piwo i soczek do sklepu, robiąc przy okazji rekonesans najbliższej okolicy. Ale odczuwamy już kilometry w nogach… Padamy.



DZIEŃ 8



Wstajemy po nieprzespanej nocy i w bardzo kiepskich nastrojach. Za jakie grzechy mamy się tak męczyć? Dla oszczędności 40 zł? Całą noc muzyka tłukła się nam o uszy, jakiś grajek dożynał harmonię i śpiewał. Chyba był po kielichu. I to nie jednym. Podejmujemy decyzję. Nie zostaniemy tu ani minuty dłużej. Pakujemy swoje rzeczy i schodzimy do recepcji. Mówimy, że pokój jest obrzydliwy. Adam ma porysowane nogi od wystającej sprężyny. Materaca pod prześcieradłem nie dałabym psu do budy… I to ma być hotel dwugwiazdkowy, w dodatku o nazwie Olimpic. Olimpijczycy nie chcieliby tu rezydować przed zawodami.

Uciekamy najszybciej, jak się da z tego brudnego przybytku. Szukamy wolnego pokoju w innych hotelach. Nic. Jedziemy, więc do następnej miejscowości, czyli do Wenus. Jak się zdenerwujemy, to pojedziemy jeszcze dalej, do Bułgarii… W końcu to tylko 8 km do granicy.

Pytamy o nocleg o 12.00 w środku dnia. Nigdzie nic nie ma. Zaczynam się martwić. Latam od jednej recepcji, do drugiej. Horror. I nagle w jednym z hoteli, również ** ZAMFIRA słyszę, że pokój jest i to za 140RON. Bierzemy. Z nieufnością wchodzimy do pokoju. Jest ok. Łóżko nowoczesne. Żadnych wystających sprężyn. Lodówka chłodzi, a nie grzeje i jest czysta w środku. Nikt nie zagląda nam przez balkon, bo na całej długości mamy śliwę za oknem. Jest nawet terkocząca klima. Prawie jak w Afryce. Sprawdzam łazienkę. Ups. Nie dobrze, ale może jakoś wytrzymamy. Chcę już położyć się na piasku i odpocząć. Skorzystać z tego słońca. I tego upragnionego Mare!

Idziemy na plażę. Obok nas opalają się gołe cycki. Pech. Pech, że nie młode… Leżymy sobie ze dwie godzinki i nagle widzę czarne chmury. Przepowiadam deszcz, który z pół godziny później przelewa się przez Wenus. Razem z burzą. No tak… Leje z nieba i leje z naszej kieszeni, bowiem siedzimy w czasie burzy pod zadaszeniem i jemy obiad. Wracając na miejsce noclegu mam darmowe SPA. Wpadam po kostki w błoto. I po co wydawać tyle forsy, skoro błotko leży sobie na ulicy?

No to popołudniowy wieczór spędzamy na kwaterze. Telewizor działa, ale i tak oglądamy sobie filmy na laptopie. Ta kwatera ma tę przewagę, że jest z dala od hałaśliwego centrum, mamy tu spokój i ciszę. I rano nie obudzi nas odgłos dziecięcej kolejki, która śpiewa „hej ho, hej ho”.

Jutro w planie opalanie. Tylko czy słońce się nie obraziło?



DZIEŃ 9



Znów mamy przerywaną noc. Zdążyliśmy przysnąć, jak obudził nas znajomy, upierdliwy dźwięk. Przy otwartym balkonie mamy inwazję komarów. Zapalamy światło i bawimy się w krwawego dyktatora. Usuwamy zbędny element z naszej skromnej przestrzeni. Przy okazji pryskamy się OFF-em. Jakoś zasypiamy. Nie wspomnę już o świerszczu, który miał zacięcie w graniu akurat na naszej śliwie…

Idziemy na plażę. Słoneczko świeci. Wędrujemy do Jupitera, bo tu są meduzy. Jednak skręcamy zgodnie z kierunkowskazem na plażę. Trafiamy w czysty zakątek plaży, gdzie nie ma glonów. Zostajemy. Adam ma uśmiech od ucha do ucha. Jak okiem sięgnąć prawie same toplesy wokół. I to młode. Do tego zimne piwo i już ma raj. Smażymy się na słońcu niczym omleciki. Jest bosko, leniwie i przyjemnie. Woda ciepła, są fale. Wreszcie po kilku godzinach postanawiamy iść na jakiś obiad. Wędrujemy sobie spacerkiem, aż do Neptuna. Tylko tu (albo jeszcze w Mangalii) jest poczta! Na te wszystkie letnie kurorty jedna poczta! Zgroza! Wreszcie wysyłamy kartki do rodziny i przyjaciół. Hura!

Po obiadku spacerkiem wracamy na kwaterkę. Czujemy zmęczenie. Ale jesteśmy zadowoleni. Chcemy teraz obejrzeć jakiś film i ogólnie leniuchować. Bo po to są wakacje. Na dobranoc kupujemy sobie elektrycznego stróża na komary. No to miłej nocy komarzyska!



DZIEŃ 10



Noc przespana. Jeszcze zabłąkały się jakieś ze trzy fruwające paskudztwa. Ale „Protektor” firmy Baygon zadziałał. Na dzisiejszą noc też włożymy to w gniazdko. Idziemy na plażę. Dziś ostatni dzień leniuchowania. Jutro wybieramy się dalej. Na Bukowinę. Mamy nadzieję, że to, co w Rumunii najlepsze, ciągle jest przed nami. Polacy spotkani w Braszowie mówili, że tam jest pięknie. Zobaczymy.

Wracamy z plaży, żeby chwilę odetchnąć od słońca. Przepakowujemy walizki, żeby w razie czego targać tylko jedną. Idzie nam sprawnie. Zjadamy po kanapce. Ja wypijam swoją herbatkę i zaraz biegniemy na plażę. Jeszcze raz chcemy wykąpać się w morzu. Woda jest cieplutka. Jest tak fajnie… Z jednej strony szkoda, że jutro jedziemy dalej, a z drugiej…. przygoda czeka. Wracamy znów do hotelu. Zmywamy z siebie morską wodę. Wychodzimy na obiadokolację i wieczorny spacer po kurorcie. Odwiedzamy wesołe miasteczko, przy okazji zaliczamy kantor. Jutro wyjeżdżamy. Usmażeni jak kurczaki na rożnie.



DZIEŃ 11



Wyjeżdżamy do Konstanty. Chcemy tu sobie ciut pospacerować. Mają tu wielki budynek secesyjny, w którym mieści się kasyno. Poza tym kilka starożytnych pozostałości i wielki port. Konstanta jest drugim co do wielkości miastem Rumunii.

„Ciągną” mnie plecy. Chyba za bardzo je sobie przypiekłam. Idziemy w stronę kasyna. Najpierw wchodzimy do meczetu i wdrapujemy się po raz pierwszy na wieżę minaretu. Stąd rozciąga się piękny widok na całą część portową miasta.


Widok na port w Konstancie


Kasyno
 

Następnie kierujemy się w stronę morza, gdzie akurat cumują statki marynarki wojennej. Trafiamy na jakąś paradę i wojskowe manewry. Jest gorąco. Z głośników płynie informacja, co teraz się odbywa. Nie rozumiemy ani słowa, więc po salwach z jednego statku idziemy z powrotem do samochodu.

Bitwa morska

Jedziemy do Carrefour’a, żeby zrobić większe zakupy. Jeszcze tydzień musimy tu przeżyć. ☺ Spędzamy w sklepie sporo czasu. Na dworze 38°C, a sklep klimatyzowany…

Kierujemy się na Tulczę i Babadag. Po lekturze Stasiuka „Jadąc do Babadag” zapragnęłam tam właśnie pojechać. Może to głupie, a może tak właśnie rodzą się pasje i marzenia. Po drodze robię sobie zdjęcie przy tabliczce oznajmiającej, że właśnie wjechaliśmy do Babadag…

Zmieniamy trasę. Nie będziemy jechać przez Tulczę. Za dużo kilometrów. Wybieramy krótszy wariant. Zmierzamy do Bacău. Po drodze zatrzymujemy się na popasul. Dziura jak się patrzy. Szczere pole. Jemy ciorby, a obok słyszymy ojczysty język. Oooo, rodacy. Na rowerach. Automatycznie włącza mi się kobiece myślenie. Zastanawiam się, jak można spakować się tylko w dwie takie małe sakwy?

Jedziemy przez pola, na których wre praca. Wszędzie na świecie trzeba obrobić ziemię. Tu nie inaczej. W miejscowości Mircea Voda, przy kapliczce mnóstwo kobiet w chustach. Po środku stoi ksiądz, który przyjechał z bożą posługą.

Jedziemy dalej. Szosa równiutka, po obu stronach rzędy topoli. Za nimi wzgórza. Chwilę dalej jesteśmy już na promie. Płyniemy przez dorzecze Dunaju, przez Cremenea. Zaraz będziemy w Brajle. Promy mieszczą na sobie tiry. My jesteśmy poutykani jak sardynki w puszce. Mimo późnego popołudnia skwar jest taki, jakbyśmy byli w piekle.

Mijamy wioski i miasteczka. Domki mają tu koronkowe, drewniane wykończenia dachów. Przeróżne. I piękne. Spotkać tu można samochody na włoskich rejestracjach. Po drodze widzimy, odziane w długie i błyszczące spódnice, cyganki. To jednak rzucająca się w oczy nacja.

Mieszkańcy kolejnej wsi wychodzą wieczorem postać lub posiedzieć na ławce przed domem. Obserwują życie wioski i przejeżdżające samochody. W kolejnej wsi przed domami wystawiane jest to, co produkują lub hodują gospodarze. I tak mamy paprykę, tu kapustę, tam wszechobecne arbuzy.

Jest prawie 20.00. Upał 30°C. Niby zelżało, ale i tak duchota. Do Bacău mamy jeszcze ponad 100 km. Powoli się ściemnia. Czuje niepokój za każdym razem, ilekroć musimy znaleźć nocleg, a nigdzie nie ma nic po drodze.

Zatrzymujemy się w Adjud. Nieco większa miejscowość, nawet ma kilka pensjonatów. Wybieramy sobie jeden i strzał w dziesiątkę. Pensjonat czysty, zadbany, świeżo odnowiony. Właściciel bardzo sympatyczny, mówi po angielsku. Wymieniamy poglądy na tematy przeróżne i już jesteśmy w fajnym pokoiku. I co najlepsze w nim, to siatka na insekty zamontowana w drzwiach balkonowych. Możemy spać przy otwartym balkonie. Super.


DZIEŃ 12



Wstajemy rano i schodzimy na dół. Tu znowu pan sympatyczny, z którym ucinam pogawędkę. Mówię mu jaka to w Polsce jest zła opinia o Rumunach, jakże często mylonych z Cyganami. Wie o tym, jest mu przykro. Zaraz dodaję, że powiem wszystkim znajomym, jak bardzo się mylą. Twarz mu się rozjaśnia. Dalej wymieniamy uprzejmości. Żegnamy się i w drogę. Zdążamy do Bacău, potem do Piatra - Neamt, by osiągnąć nasz dzisiejszy cel: drugi, co do głębokości wąwóz w Europie – Wąwóz Bicaz.

Piatra – Neamt zakorkowane. Stoimy w mega koreczku, zastanawiając się, kiedy opuścimy to miasto. Po drodze widzimy nad ulicą kolejkę linową. Dobry sposób na przemieszczanie się z jednego końca miasta na drugi, bez konieczności wdychania spalin ze stojących w sznurku samochodów. Powinni coś takiego zrobić w stolicy. He, He, He. Marzyć to jednak fajna rzecz. ☺

Kolejka nad miastem…

Skręcamy na parę minut do monasteru w Bistriţa. Ładny, zadbany i oszczędny we freski kościół. Otoczony murem i wieżami. Sama świątynia w środku mroczna, na ścianach XV w. malowidła. Warto tu zajrzeć. Co chwila przemykają się mnisi, którzy opiekują się tym terenem.


Monastyr w Bistricie
 

Jedziemy dalej do Bicaz. Wcinamy się w wąski wąwóz. I zaraz na początku, tuż za zakrętem przykra niespodzianka. Pęka nam rurka od chłodnicy. Cały płyn wycieka. Dalej nie pojedziemy. Potrzebujemy pomocy. Zbieram w sobie cały zasób słówek angielskich i idziemy w poszukiwaniu pomocy. Tubylcy pokazują nam reklamę auto-serwisu. Dzwonię pod wskazany numer. Tylko jak tu powiedzieć o rzeczach typowo technicznych, mechanicznych? Jak mam powiedzieć, że poszła chłodnica? Improwizuję. Jakoś się dogaduję. Mamy czekać z 40 minut. Tymczasem pytamy jakiegoś kierowcy, czy potrafiłby nam pomóc. Idzie z nami do samochodu i w cudowny sposób rozwiązuje nasz problem. No, troszkę się przy tym brudząc. Znajduje wielką dziurę. Łata ją taśmą izolacyjną od elektryki! Nic nie chce za pomoc. My się upieramy i jesteśmy ubożsi o zgrzewkę piwa. Dzwonię do auto-pomocy, żeby odwołać problem.

Jedziemy wąwozem i delektujemy się widokami. Co jakiś czas dolewamy wody do chłodnicy. Tu jest pięknie. Skalne ściany wiszą nad nami, niczym zaklęte. Co jakiś czas mijamy stoiska „z mydłem i powidłem”. Spotykamy parę Polaków na motorze. Są tu już tak, jak my, od ponad tygodnia. Tyle, że oni jeżdżą po bocznych, szutrowych bezdrożach. Są z Puław. Chwilkę rozmawiamy i się rozjeżdżamy.


Wąwóz Bicaz

 

Prawie jak pod Gubałówką…


Wracamy z powrotem do Piatra – Neamt. Szukamy serwisu Renaulta. W końcu taśma izolacyjna to tylko wyjście awaryjne na moment. Znajdujemy warsztat. Prosimy o pomoc i pokazujemy problem. Nad naszą „Renią” pochyla się konsylium „lekarzy”. Jest ich z sześciu. Coś między sobą rozmawiają. Kręcą głowami. W końcu jeden z nich pyta: „Co to jest?” i pokazuje mi taśmę. Mówię mu, że to izolacja i to elektryczna. Obdarza mnie wzrokiem niedowiarka i się śmieje. Mówię znowu, że to się stało w Bicaz i jakoś musieliśmy tu dojechać. Patrzy na mnie, jakbym stanęła pierwsza na Księżycu, niby z szacunkiem, ale i z lekkim powątpiewaniem, czy aby na pewno. Mechanicy robią swoje, kierownik mówi, że mamy szczęście. Szczęścia mamy wiele: 1. W Piatra - Neamt jest serwis Renaulta, 2. Panowie w warsztacie robią dla nas samochód po godzinach ( jesteśmy pół godziny po zamknięciu), 3. Mają część, której potrzebujemy na wymianę. I dolewają nam jeszcze płynu do chłodnicy, 4. Nic nie płacimy za naprawę!
Szef pyta, czy jedziemy już do domu, do Polski. Mówię, że jeszcze nie. Chcielibyśmy tu jeszcze zostać, zobaczyć Bukowinę i Maramuresz… Dziś już chyba nie dojedziemy do Suczawy…

Wreszcie opuszczamy warsztat nie wydając ani jednej bani. Co za mili ludzie! Jesteśmy już spokojni, Adamowi wraca humor. Jest 18.00. Jedziemy w stronę Suczawy, chcemy odwiedzić jeszcze wioskę mniszek Agapię. To oznacza boczne drogi. Dziś nocleg będzie pewnie pod chmurką.

Docieramy do klasztoru. Wchodzimy przez bramę obronną na dziedziniec. Oooo… Jak pięknie! Biała cerkiew w środku, a naokoło cała gama kolorów w postaci ukwieconych balkonów od pokoi mniszek. Coś pięknego. Cisza, spokój. Słyszymy śpiew zakonnic. Nazywają je tu maicami (czyt. majkami). Co chwila przemykają się ubrane całe na czarno. Zadziwiające, że widzimy prawie same młode kobiety. Trwa nabożeństwo w środku, więc nie wchodzimy i nie widzimy wnętrza. Ale to nic. Już zewnętrzny obrazek nam się podoba. Feeria barw. Wychodzimy zadowoleni, że nie musieliśmy płacić za wstęp. Jest już późno, więc nie ma nikogo w kasie. Normalnie 5 Lei od łebka. Zawsze to do przodu.


Klasztor żeński w Agapii


W drodze na nabożeństwo…


Mijamy jakiś strumyczek i łąkę. Ponieważ się ściemnia, postanawiamy się rozbić z namiotem. Takich, jak my, jest jeszcze trochę. Gorący kubek i herbatka na dobranoc. Idziemy spać, ale jakoś źle nam się śpi. W nocy wiatr łomocze o ścianki namiotu, drzewa nad nami złowrogo szumią. Rano wstajemy niewyspani.


DZIEŃ 13



Po małym śniadanku wyruszamy do Suczawy. Jeszcze tylko obserwujemy redyk, który przechodzi przez łąkę. Nagle znajdujemy się w samym jego środku. Ciekawa kózka zagląda nam do samochodu. Cztery pieski stoją i patrzą na nas. Jakby oceniały, czy jesteśmy groźni. Wreszcie ruszamy.

Pierwsze swe kroki kierujemy do klasztoru ormiańskiego Zamca. Trafiamy na generalny remont, więc nic ciekawego tam nie ma.

Wyruszamy do Cetatea de Saun, czyli cytadeli, będącej siedzibą hospodarów mołdawskich. Podjeżdżamy pod wejście. Nic nie widzimy, oprócz masy ludzi i samochodów. Pełno policji. Dopiero po przejściu kilku metrów oczom naszym ukazuje się zamek, a właściwie jego malownicze ruiny. Dookoła biegają młodzi ludzie poubierani w stroje średniowieczne. My w swoich krótkich spodenkach i czapeczkach, czujemy się jakby wzięci z innej epoki. Dzisiejsi rycerze i damy dworu przygotowują się do średniowiecznego festynu. Spacerujemy po murach zamku. Jest tak leniwie. I ciepło. Zamku nie zdobył polski król Jan Olbracht, zresztą nigdy nie został on zdobyty siłą. Poddał się dobrowolnie tureckiemu najeźdźcy. Patrząc na widowisko przed nami, oczyma wyobraźni widzę tamto życie, rycerskie, honorowe i kobiece. Dziś, chyba na całym świecie, ludzie próbują do tego wrócić, choćby poprzez rycerskie turnieje.


na Zamku…
 

Na jednym z kramików pod zamkiem kupujemy sobie bukowińskie pisanki. Widać, że to ręczna robota. Są śliczne.


Piękne…


Woskiem malowane…


Wyjeżdżamy z miasta i kierujemy się do malowanych monastyrów. Jako pierwszy zwiedzamy Humor. Freski zachowały się tylko na trzech ścianach oraz wnętrzu. Na jednej ścianie wiatr i pogoda zrobiły swoje. No i wieki całe. Chcemy zapłacić za wstęp, ale nikogo nie ma w kasie. No cóż. Wchodzimy bez biletu. Za to w drodze powrotnej kupujemy cztery pocztówki. Sam monastyr nosi ślad czasu, ale jest piękny. Freski przedstawiają sceny z życia Bożej Rodziny oraz świętych. Studiujemy przez chwilę to, co oglądamy. Jesteśmy pod wrażeniem.


Monastyr Humor



Freski na jednej ze ścian


Jedziemy do następnego monastyru. To Voronet. Próbujemy objechać korki w Gura Humorului. Dziś 15 sierpnia. Także w Rumunii obchodzi się święto. Ludzie są świątecznie poubierani.

Wreszcie dojeżdżamy pod monastyr w Voronecie. Płacimy za wstęp, ale bez dodatkowej taksy za foto i video. Coś się zrobi z tzw. ukrycia. Ale oto niespodzianka. Chodzi dziadek i skubany pilnuje, sprawdza, czy się ma bilety na robienie zdjęć. Czuję jego oddech na swoich plecach, więc zamykam kamerę. Sam monastyr w środku zachwyca żywymi barwami. Sąd Ostateczny na frontowej ścianie przyciąga wzrok, zwłaszcza czerwona droga ognia, wychodząca spod stóp Chrystusa. W głównej nawie złoty ikonostas na całą szerokość pomieszczenia. Wokół sceny z życia świętych. Wychodzimy na zewnątrz i podziwiamy niebieski kolor na ścianie. To sproszkowany lapis lazuli. Monastyr jest właśnie remontowany, ale i tak budzi nasz podziw. Kupujemy trzy kartki do albumu, przedstawiające freski wewnątrz świątyni. Skoro nie można było robić zdjęć w środku tej „Kaplicy Sykstyńskiej Wschodu”, mimo opłaty za foto, to będą kartki.


Monastyr w Voronecie


Voronet, najbardziej strzeżona świątynia


Jedziemy do kolejnego monastyru. Tym razem będzie to Moldovita. I znowu korek. Rany!!! Zwężka na drodze. Stoimy między Tirem a dużą ciężarówką. Żar sięz nieba leje. Dobrze, że wokół pełno zieleni. Wreszcie jesteśmy na miejscu. Stoimy przed bramą wejściową z dużą wieżą. Przed nią pop święci nowy samochód Rumunów. Atrakcja dla turystów, których około 19.00 jest niewielu. Piękny monastyr, na jednej ścianie zachowały się freski w bardzo dobrym stanie. Ponoć te właśnie freski, przedstawiające nie tylko sceny biblijne, ale i kawałek historii, są najładniejsze w całej Bukowinie. Nie wiem, rzecz gustu. Trzeba przyjechać i samemu ocenić. My nie potrafimy ocenić, co podobało nam się najbardziej. W Moldovicie nie płacimy za wstęp, całkiem przypadkiem, za to tradycyjnie kupujemy kartki z wnętrzem. Rozkoszujemy się jeszcze spokojem cerkwi i jedziemy w kierunku Suczevity. Czas pomyśleć o noclegu. I właśnie uświadamiam sobie, że od rana nic nie jadłam. Przydałby mi się jakiś obiad. W brzuchu mi burczy od dobrych paru godzin. Ale nic to. Zabytki ważniejsze.


Monastyr Moldovita


Freski naścienne


Dojeżdżamy do Cacicy. Kaczyki to ostoja polskości na obczyźnie. Wśród zielonych wzgórz, w sielskim otoczeniu leży wieś. Tu znajduje się Dom Polski. Trochę kluczymy, ale już pierwszy człowiek, którego pytamy o drogę, uśmiecha się i łamaną polszczyzną wskazuje nam kierunek. Podjazd ostro w górę po żwirze. „Reńka” nam się nieco buntuje. Nie ma siły biedna. Dopiero, jak Adam obiecuje jej porządny lifting po powrocie do kraju, zbiera się w sobie i rusza pod górkę. Napis „WITAMY” i polska flaga sprawiają miłe ciepełko w sercu. Pytamy prezesa Domu Polskiego, panią Krystynę, czy możemy zostać na noc. Akurat grupa wyjeżdża, więc w 7-osobowym pokoju jesteśmy sami. Co za ulga. Na podwórku same polskie rejestracje: ze Słupca, Augustowa, Warszawy, Legionowa… Jest dobrze. Wokół młodzi ludzie. Witamy się i żyjemy obok siebie. Warunki tu są bardzo spartańskie. Nocleg kosztuje nas 5 € od osoby. Śpimy pod swoimi śpiworami, nie ruszając pościeli właścicieli. Jemy gorące kubki. Jeszcze tylko wieczorny spacerek i kontrolny telefon do mamy. Acha, zapomniałabym, dzielimy pokój z bardzo spokojnym, ładnym kundelkiem. Sam się wprosił i grzecznie położył na dywaniku. Nie mamy sumienia go wyrzucić. Niech śpi.

Ostoja polskości na rumuńskiej ziemi



DZIEŃ 14



O 6.30. wypuszczam pieska na dwór. Cieszy się na mój widok. Za oknem słyszę koguty. Wsi spokojna, wsi wesoła…

Po śniadaniu, zostawieniu puszki stołowej mielonki turystycznej dla psa (pożywił się i kotek ☺) oraz całej paczki cukierków dla dzieci, ruszamy w dalszą drogę. Jeszcze tylko wchodzimy na cichą modlitwę do Sanktuarium Maryjnego w Kaczykach.

Najpierw chcemy obejrzeć cerkiew w Arbore. Sam monastyr jest na odludziu, więc dzięki temu unikamy tłumu ludzi. Jest bardzo zniszczony. Z pięknych fresków już niewiele widać. Ale pocieszający jest widok drabin i rusztowań, co oznacza, że Rumuni ratują zabytek. Groby ze starymi krzyżami na dziedzińcu monastyru, zarośnięte trawą, dodają temu miejscu romantycznego uroku.

Najbardziej zniszczony monastyr - Arbore


Przemierzamy pola, na których wre praca. Co chwila mijamy się z wozem wyładowanym sianem. Jest tak sielsko…

Jedziemy do Sucevity, obejrzeć warowny kościół. Jest piękny. Robi wrażenie. Mały monastyr otoczony wielkim murem. Prowadzi do niego alejka wysadzana wysokimi drzewami. Pomiędzy pniami mniszka na czarno ubrana. Fajny widok. Wchodzimy za opłatą na dziedziniec. Cerkiew chyba jako jedyna ma zachowane w dobrym stanie freski na wszystkich zewnętrznych ścianach. Wnętrze typowe dla tych monastyrów – mroczne z pięknym ikonostasem. Chwilę siedzimy w milczeniu i obserwujemy ludzi, którzy zgodnie ze swoją wiarą, przyszli się tu modlić. Wewnątrz trwają prace renowacyjne. Widzimy młodych ludzi, jak odnawiają freski. Żmudna praca, do tego przy małych lampkach. Zaglądamy do mini-muzeum z szatami liturgicznymi, księgami itp.

Jakby nam było mało, wdrapujemy się na wzgórze obok. W pełnym słońcu. Zapaleńcy z nas. Chcemy zrobić zdjęcie klasztoru z lotu ptaka. I to super pomysł. Słońce akurat oświetla zabudowania z dobrej strony. Mimo lekkiej zadyszki jesteśmy wniebowzięci. Siedzimy na trawie i delektujemy się widokiem. Polecamy wspinaczkę na najbliższe wzgórze.


Sucevita


Arystoteles, Sofokles i Platon (ten z trumną na głowie, bo śmierć była stale obecna w jego myślach)


Monastyr widziany z góry


Schodzimy na dół do samochodu. Słyszymy, że jedzie coś na gwizdkach. Obok nas policja. Myślę sobie, że pewnie ktoś ważny jedzie. A to okazuje się setka motocyklistów eskortowanych przez policję. Adam w swoim żywiole, dopiero, co zrobił prawo jazdy na motor. Ludzie robią zdjęcia, nagrywają na kamerę, machają, a motocykliści podkręcają manetki z gazem i odmachują turystom. Widok wzbudza nasz uśmiech.

Jedziemy dalej. Powoli opuszczamy gościnną Bukowinę. Chcemy dostać się na przełęcz Pislop, skąd rozciąga się wspaniała panorama na Góry Rodniańskie i Maramureskie. Po drodze jedziemy przez malownicze wsie. Mijamy piękne widoki. Droga jak serpentyna. Na jednej z takich dróg krowa stoi na drodze i patrzy na samochody, które starają się jej nie stratować. W tych regionach trzeba uważać na pasące się luzem przy drogach bydło. Często samo wraca wieczorem do zagrody.


Bukowińskie klimaty


Bukowińskie klimaty


Na przełęczy Prislop robimy sobie popasul. Jemy darmowe kiełbaski mici, (których nam nie policzono) oraz usiłujemy zjeść wielki kawał kurczaka z frytkami i surówką. Kurczak okazuje się niezjadliwy dla nas, toteż ląduje w paszczy bezdomnego pieska (mięso, nie kości).

Na pastwisku na przełęczy zbierają się Romowie. Ustawiają namioty. Będą tu całą noc modlić się i śpiewać przy ogniskach.

Jedziemy dalej w stronę Sygietu Marmureskiego. Widoki oszałamiające, ale droga dziurawa jak szwajcarski serek. Przejeżdżamy przez Barsę. I zastanawiamy się czy przypadkiem nie dojechaliśmy z rozpędu do Włoch. Same rejestracje włoskie. Zagadka, czemu ich tu tyle jest. Jak ktoś zna odpowiedź, niech napisze :)

Jedziemy dalej. Dotychczas „mrugnięcie” światłami oznaczało policję za zakrętem, ale tym razem jesteśmy ostrzeżeni przed spacerującym po szosie koniem :).

Wjeżdżamy do wsi Sapinta. Tu miejscowy artysta rzeźbiarz Ion Stan Patraş wystrugał w drewnie niebieskie krzyże nagrobne. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest to „wesoły cmentarz”. Na każdym grobie jest wyrzeźbiony rysunek osoby zmarłej albo w chwili śmierci, albo przy codziennych zajęciach. I tak mamy wizerunek kobiety, która przędła wełnę, lub człowieka pasącego bydło, dalej młodego chłopaka, który się utopił, albo kobietę, która zginęła w wypadku. Pod każdym obrazkiem jest epitafium o zmarłym w formie anegdotki, w myśl zasady, że o zmarłych źle się nie mówi. Potraktowane z humorem oczywiście. I stąd nazwa „wesołego cmentarza”.


Jeden z nagrobków, przedstawiający żołnierza



Portret kobiety zmarłej w wypadku samochodowym



Cimitiru Vesel, czyli Wesoły Cmentarz


Postanawiamy w Sapancie zostać na noc. Jedziemy do kempingu. Wynajmujemy domek w stylu „safari”, co oznacza, że wnętrze jest wyłożone kolorową tkaniną w lwy, zebry, gepardy i nawet Masaj się zaplątał. (czy to Wielka Piątka? Hmy…czegoś brakuje…. :))

Wnętrze naszego apartamentu…


I jest dobrze. Zostajemy. To nasza ostatnia noc w Rumunii. Jesteśmy głodni, więc postanawiamy zjeść obok w restauracji jakiegoś omleta. Wypakowujemy swoje rzeczy, jak podjeżdża samochód na wrocławskich numerach. Podchodzi do nas kobieta i z miejsca czujemy, jakbyśmy się znali od lat. Idziemy do stolika, gdzie już czeka jej mąż. I tak poznajemy Renatę i Piotra z Wrocławia, ludzi z marzeniami, które starają się urzeczywistniać, tzw. „łazików”, co to urlop to znaczy przygoda, a nie wygoda. Po trzech godzinach przegadanych w knajpce żałujemy, że poznaliśmy ich ostatniej nocy, a nie pierwszej. My już kierujemy się w stronę domu, oni zaczynają dopiero swoją podróż. Zostajemy sąsiadami w domkach na kempingu.

Kempingowe domki


Domek za 50 Lei był dobrym pomysłem, jako, że chwilę po rozstaniu z nowymi znajomymi, zaczyna grzmieć i się błyskać. No i na dobre się rozpadało. Stwierdzam, że niebo za nami płacze, że już wyjeżdżamy. Z telefonów do rodziny wiemy, że w Warszawie cały czas leje i jest zimno. A tu tak miło… W przeciwieństwie do Gruzji, w której właśnie zaczęła się wojna. W tych sielskich klimatach zastanawiam się, czy kiedykolwiek będzie choć przez chwilę spokój na całym świecie? Przestaje padać. Adam już ziewa. Chyba najwyższa pora formować się do snu. Jutro wracamy do Polski…



DZIEŃ 15



Dzień zaczyna się od deszczu. Nadciągają co chwila nowe czarne chmury. Całą noc była burza i lało. W przerwie między deszczem zjadamy śniadanko w altance.
Wstają nasi sąsiedzi. Rozmawiamy jeszcze prawie godzinę przy samochodzie. Studiujemy mapę. Nie chce się wyjeżdżać. Szkoda. Wymieniamy się adresami i obiecujemy, że po powrocie odezwiemy się na wymianę zdjęć.

Jeszcze tylko robimy obowiązkowy zakup palinki w butelce po 0.5l coca-coli zero. W końcu alkohol nie tuczy, a to dla brata, bo nie wierzył, że tam się to tak sprzedaje.

Wreszcie ruszamy i z miejsca jedziemy w złym kierunku. Przedzieramy się przez las drogą szutrową. Jednak zawracamy i już wylatujemy na szosę w kierunku Satu Mare. Po drodze mijamy Certezę, miasteczko, w którym domy mieszkalne przypominają hotele i pensjunea. Każdy dwupiętrowy, czasem bogato zdobiony, każdy inny, kolorowy. Takie „hohoho…późne rokokoko: :).


Pensjonat w Certezie, jeden z wielu „dziwnych” budynków w tej miejscowości

Na szczęście nie pada, ale zrobiło się chłodno. Czujemy niedosyt drewnianych, rzeźbionych bram i balkonów. Prawie w ogóle nie widać tych marmureskich starych chałup. Zastępują je nowe, murowane domy. Szkoda.


Zapomniane, piękne, coraz częściej rozbierane…


Tuż przed samym wjazdem do Satu Mare, niespodziewanie samochód odmawia nam posłuszeństwa. No to jesteśmy ugotowani. Rano nawaliła nawigacja. To jakiś sądny dzień? Próbujemy kogoś zatrzymać, może weźmie nas na hol… Dziś niedziela, serwis zamknięty. Zatrzymuje się jakiś gość w starym oplu kadecie. Patrzy co się stało i wsiada do swojego auta dając nam do zrozumienia, że za chwilę z kimś wróci. I rzeczywiście wraca z jakimś mechanikiem. Ten przywozi swoje sprzęty i po pół godzinie samochód znów rusza. No to znów jesteśmy biedniejsi o zgrzewkę piwa.

Jedziemy, więc dalej do Reala wydać ostatnie leje. Gasimy silnik i idziemy na zakupy. Wracamy, zapalamy naszą „Renię”, ale ona nie chce słuchać. Już całkiem padła. Ludzie na parkingu próbują nam pomóc. Każdy rozkłada po jakimś czasie ręce. Zbierają mi się łzy z bezradności. W końcu taksówkarz za opłatą holuje nas pod serwis Ranaulta. Noc spędzamy w samochodzie. Śpiąc na wpół siedząco. O 8.00 przyjmują nas na warsztat (chyba nigdy nie mieli tak wczesnego klienta). Szukają problemu. Dłubią przy aucie wszyscy możliwi mechanicy. My jesteśmy zmęczeni, brudni i niewyspani. Czas płynie. Magicy nie wiedzą co dolega naszej „Reni”.Sprawdzają wszystkie możliwości. My się niecierpliwimy. Adam trzyma nerwy na postronku, mnie już puszczają. Nie wiemy co robić. Więc czytam „Pożegnanie z Afryką”. Powinnam czytać pożegnanie z Rumunią, ale ta chce, żebyśmy tu ciągle tkwili. Mechanicy stoją bezradnie, dopiero moje łzy zmuszają ich do głębszej penetracji wnętrza samochodu. Wymieniają świece żarowe i naciągają pasek rozrządu, który przeskoczył o „ząbek”. Słyszę od męża słowa „nie mogłaś się wcześniej rozpłakać?” Ot mi wdzięczność. Zostajemy skasowani na 460 Lei i sporą dawkę nerwów. Ale są w sumie mili i uczynni. Wieczorem pan z wartowni dał nam się umyć w łazience salonu Renaulta i podłączył pod prąd naszą lodówkę. Cały czas wszyscy próbowali z nami rozmawiać, dodać otuchy.

Warsztat opuszczamy o 15.45. Samochód jest sprawny, ale przestrzegają nas, abyśmy w Polsce dali go do porządnego przeglądu i wymiany tych części, których oni nie mają. Jedziemy, więc na luzie.

Mijamy granicę rumuńsko-węgierską. Okazujemy paszporty ku naszemu zaskoczeniu. W drodze do Rumunii nikt nas nie sprawdzał. Jedziemy sobie jakieś 40 km od granicy, kiedy nagle samochód gaśnie w trakcie jazdy. No to klops.
No power, no good. Wyć się chce. Mamy jakieś 20 km do Mataszalki. Obok tylko jedna chałupa. Prosimy o pomoc. Zadziwiające, że dzieci na całym świecie, zawsze zrozumieją słowa „idź po tatusia” :). Facet mówi tylko po węgiersku, my nie. Ale na migi dogadujemy się, żeby nas zaholował do warsztatu Renaulta w Mataszalce, bo powiedział, że tam jest.

Kiedy docieramy na miejsce, okazuje się, że mechanik nie dłubie w dieslach tylko w benzynie. Pech, my mamy akurat diesla. Ale stwierdza, że w następnym miasteczku jest serwis Renaulta, gdzie nam pomogą, ale… jutro. Użył magicznego słowa, po którym nerwy mi całkiem puściły. Koniec końców córka mechanika, (która razem ze mną robiła za tłumacza na linii węgierski jej tatusia-angielski jej i mój-polski Adama) zawozi nas swoim samochodem do bankomatu, bo nawet nie mamy ich waluty, a potem do oddalonego o 200 m pensjonatu, gdzie już czeka na nas właściciel. No to czeka nas nieplanowana noc na Węgrzech. Pensjonat okazuje się bardzo przyzwoity, pierwsze co robimy, to bierzemy porządny prysznic. Bóg jeden raczy wiedzieć, jak długo jeszcze będziemy wracać do domu. Trzeba się odmoczyć.



DZIEŃ 16



Gorąca kąpiel i dobry sen mimo wszystko, dają mi rano nowe siły i jasny umysł. Znów patrzę na świat pozytywnie. Przepraszam Boga, że nieco nakrzyczałam na Niego. Zjadamy ubogie śniadanko i ruszamy do mechanika po naszą „Renię”. Patrzymy jak bidulkę wciągają na lawetę i w drogę. Zmierzamy do Nyiregyhazy (Węgrzy mają takie nazwy miejscowości, że jest to świetny materiał dla logopedów). To miasto było na liście naszej przelotówki przez ten kraj, więc nawet dobrze się składa. 40 minut upływa w ciszy, jako, że z Węgrami ciężko się dogadać.

Wreszcie docieramy do kolejnego serwisu. Tu widać pełno Renówek, a mniej Dacii, więc jesteśmy dobrej myśli. Jest 10.00. Znów czekamy. Godziny płyną, nam się dłuży. Około 13.00 przychodzi jakiś człowiek i mówi po angielsku, że znaleźli problem. Halleluja! Okazuje się, że padła pompa paliwa (czyli według Rumunów „electric pompa”, oni też to znaleźli, ale tej części nie wymienili, bo nie mieli). Pyta się nas, czy chcemy wymieniać…??? Czy mamy inne wyjście, skoro samochód nie jeździ, a stoi? Pytam ile to będzie kosztować? Mówi, że 60.000 forintów. Ile to jest u licha? Węgry są jeszcze przed denominacją. Operują milionami. Szczęściarze.

Jest 16.00. Usterka naprawiona. Zajęło im to 40 minut z zegarkiem w ręku. Ale swoje musieliśmy odstać. Pan przychodzi i mówi, że koszt naprawy będzie niższy, bo raptem 34.000 forintów. Fajnie. Tylko co zrobić z pozostałą forsą?

Jedziemy dalej w stronę Polski. Zatrzymujemy się w jednej z piwniczek regionu Tokaj. Kupujemy dwa wina po 2,5l każdy. Właściciel wita nas po polsku, pokazuje wina na próbę, smakujemy, kupujemy i jedziemy dalej.

Tuż przed granicą węgierko-słowacką zatrzymujemy się pod sklepem, typu dyskont, żeby wydać te forinty. Mimo naszych usilnych starań nie udaje nam się wydać wszystkiego. Z 21.000 zostaje 17.000. Po raz pierwszy w życiu poznajemy uczucie ludzi bogatych, którzy nie wiedzą co zrobić z forsą. Forinty wymieni się w Polsce. Trudno.

Dalsza część drogi jakaś taka nudna. Nic się nie dzieje :). Słowację przejeżdżamy dosyć szybko, po drodze się ściemnia. Około 21.00 przekraczamy naszą granicę w Barwinku. Zaraz za Duklą dzwonimy kontrolnie do bliskich, że już jesteśmy w kraju. Chcemy już być w domu, więc jedziemy bez noclegu. Marzy mi się żurek. Taki polski. Przy drodze nie ma nic ciekawego. Dopiero przez CB Radio ktoś poleca nam knajpę z domową kuchnią. Zatrzymujemy się na ciepłą obiadokolację. Jest żurek! Adam bierze golonkę, którą się najada do syta. Z pełnymi żołądkami podążamy do domu.

Gdzieś po drodze omal nie przejeżdżamy pijanego faceta ubranego na ciemno. Adrenalina podnosi się do tego stopnia, że Adam funduje pijanemu podwózkę do domu, policyjnym radiowozem. Szkoda byłoby kogoś, kto zgarnąłby faceta. Bo pijany sam się prosił. Błyskawicznie przez CB Radio roznosi się wiadomość. Tamtędy jeździ sporo Tirów.

Tuż przed Radomiem zjeżdżamy na stację benzynową i obowiązkowo ucinamy komara przez godzinkę. Po krótkim odpoczynku jedziemy dalej. O 4.30, kiedy jest już jasno na dworzu, docieramy do naszego domku. No to koniec naszej wyprawy.

Było fajno, straszno i ciekawie zarazem. Emocje w nas osiągały często stan wrzenia. Ale warto było przejechać tyle kilometrów, chociażby po to, żeby obalić wszystkie stereotypy o Rumunii i Rumunach, jakie funkcjonują w Polakach. Spróbujcie sami! Polecamy.


DRUM BUN!



Na deser kilka zdjęć jako ciekawostki ;)


Powrót do domu, najlepiej środkiem drogi…(Rejon Maramureszu)



Chcesz przejechać samochodem? A co nas to obchodzi, to twój problem….


Wszechobecne arbuzule….mniam!



Znajdź usterkę:) (jeden z wielu takich słupów w Bukareszcie)


Licznik świateł na każdym skrzyżowaniu (i już wiadomo, czy zdążysz napić się wody, albo czy przejedziesz na zielonym)




Ach te pamiątki…:)







KONIEC

4 komentarze:

  1. Genialna podróż do kraju który pokochałem. Widzę że i Ty doświadczyłaś wrażeń z Transfogaraskiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś i ja pokochałam ten kraj i bardzo miło wspominam całą podróż. Chętnie wróciłabym do niego, chociażby, żeby popatrzeć z najwyższych szczytów i pojechać w te miejsca, w które nie dotarłam za pierwszym razem. A Transfogaraska, no cóż, sam wiesz, że nie da się opisać emocji, buzia sama się uśmiecha jak u dziecka pod choinką :)

      Usuń
  2. Wiem wiem :) jest jeszcze Transalpina, która zawsze ucieka mi z harmonogramu ... może za rok ... Na pewno do Rumunii będę wracał. Jak dla mnie jedno z trzech najpiękniejszych państw w Europie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma coś w sobie :) A Transalpina to mogłoby być coś... Warto podążać za swoimi marzeniami :) A poza Rumunią, to jakie jeszcze państwa uplasowały się na podium? Jeśli możesz zdradzić :)

      Usuń