JEDNO OKO NA MAROKO, DRUGIE… TEŻ! J
CZ. II – MARRAKECH – MEKNES – FEZ - VOLUBILIS
Pobyt w Agadirze upłynął bardzo szybko. Niby cały czas w jednym miejscu, ale wiele się zobaczyło. Już wtedy czułam, że poznałam inny świat, że mnóstwa z tych rzeczy nie zobaczę nigdzie indziej, że spotkania z ludźmi były wyjątkowe, jak np. pogawędki z panem, który codziennie otwierał mi drzwi w hotelu.
To, co miałam dopiero zobaczyć i doświadczyć, miało przywrócić mnie o zawrót głowy. I to bardzo kolorowy. Zapraszam, więc do dalszego poznawania tego wyjątkowego kraju, jakim jest Maroko…
Swoją podróż w głąb kraju zaczynam od… okolicy Agadiru. Tu właśnie doświadczam osobliwego widoku. Przy drodze rosną drzewa, które wydają owoce podobne do oliwek. To Argania Spinosa. Z jej owoców tłoczy się olej. Taki butelkowany wykorzystuje się do gotowania i jako lekarstwo na niemal wszystkie dolegliwości. Na Zachodzie cieszy się sławą jako produkt kosmetyczny. W całym regionie sprzedaje się czysty olej lub z dodatkiem mielonych migdałów. Wtedy jest to masło orzechowe, zwane amalou.
Główną atrakcją związaną z arganią są kozy. Zwierzęta upodobały sobie te drzewa i można je spotkać, jak skubią jego liście, siedząc niemalże na ich czubku. Widok kosmiczny J


Droga wiedzie mnie przez Atlas Wysoki do Marrakechu. Przede mną jakieś 260 km przez krajobraz, który zmienia się jak w kalejdoskopie. Umilając sobie podróż, studiuję alfabet Berberów.




Wreszcie jestem u bram czerwonego miasta. Przekonam się niebawem jak wygląda „Marrakech, 5 rano…” J
Samo miasto to dawna stolica sułtanów, założona przez Almorawidów w połowie XI w. Obecnie to stolica kulturalna Maroka.

Pierwsze kroki kieruję w stronę Meczetu Kutubijja z XVI w. To najważniejszy zabytek miasta. Wykopaliska odsłoniły fundamenty pierwszej świątyni, która pierwotnie była źle usytuowana w kierunku świętego miasta muzułmanów, czyli Mekki. Obecny meczet zamknięty jest dla innowierców. Minaret posłużył jako model dla innych budowli m.in. wieży Hassana II w Rabacie. Ma on 70m, a wysokość wieży stanowi pięciokrotność jej szerokości. Cztery kule na samej górze symbolizują cztery wielkie religie monoteistyczne świata: kula największa to islam, potem judaizm, chrześcijaństwo i buddyzm.
Podążam na medinę, czyli po arabsku starówkę. Tu zaułki suków, czyli bazarów, są jak labirynt. Bazar wydaje się być chaotyczną plątaniną uliczek, ale tak naprawdę każdy oddzielny suk ma swoją nazwę i proponuje wyroby z konkretnej gałęzi rzemiosła.




Co chwila słyszę okrzyk belek! Lub z francuskiego attancion!, co oznacza: uwaga! Toruje on drogę obładowanym ręcznym wózkom, rowerom i motorowerom, które mam wrażenie, że albo mnie rozjadą, albo uwędzą w smrodzie spalin. Niemniej jednak mam możliwość zobaczenia, jak ludzie utrzymują się tu z pracy własnych rąk. Często małe warsztaty to rodzinny biznes, w którym nierzadko pracują też dzieci.




Mój wzrok przyciągają kolorowe, tradycyjne babouches, czyli z francuskiego kapcie, pantofle. Mogą być aksamitne, jedwabne, nylonowe oraz skórzane. Często wyszywane drogimi kamieniami lub haftowane złotą nicią. Te kolorowe noszą zwykle kobiety. Mężczyźni wybierają żółte na co dzień oraz białe na piątki i inne święta.


Jak zwykle suk z przyprawami porusza mój nos. Ale też wzrok, który błądzi po różnych kolorach.




Kiedy przemierzam kolejne uliczki mediny, zadzieram głowę do góry i widzę suszącą się wełnę.
Susząca się nad głową wełna

Będąc w starej części miasta, odwiedzam aptekarzy. Tu wysłuchuję prelekcji o oleju arganiowym. Pokazywane są też zioła, lekarstwa oraz kosmetyki. Akurat w czasie mojego pobytu w Maroku mam zatkany nieco nos, bowiem po podróży w klimatyzowanym samolocie, mam katar. Sympatyczny aptekarz widząc moją akcję z chusteczką, podchodzi i wręcza mi nieco czarnego zioła zawiniętego w kawałek materiału. Myślę sobie, a to dobre, będę mieć po tym czarne wizje :) Ale ten każe mi potrzeć energicznie o udo i przyłożyć do nosa, jednocześnie zatykając jedną dziurkę, a drugą głęboko wdychając powietrze. Posłusznie to robię i chwilę potem mam atak kataru. Kiedy się go pozbywam, czuję ulgę. Zioło to, to czarnuszka. Oczywiście dokonuję zakupu tego specyfiku.
U Aptekarzy...
Miły aptekarz wciąż opowiada łamaną polszczyzną (!) o kolejnych buteleczkach i pudełeczkach. W pewnym momencie przekonuje nas, że to coś jest dobre na przeziębienie i używa słowa „bimber”. Chwila konsternacji i potem salwa śmiechu. Panu chodziło o słowo „imbir” J

Miły aptekarz wciąż opowiada łamaną polszczyzną (!) o kolejnych buteleczkach i pudełeczkach. W pewnym momencie przekonuje nas, że to coś jest dobre na przeziębienie i używa słowa „bimber”. Chwila konsternacji i potem salwa śmiechu. Panu chodziło o słowo „imbir” J
Dzień powoli dobiega końca. Zaczyna się zmierzchać. I wtedy moje oczy sycą się swoistym teatrem ulicznym.
Jestem bowiem na słynnym Placu Jamaa El – Fna. To zabytek UNESCO. Za dnia to zwykłe targowisko, o zmierzchu całkowicie się zmienia. Jest magnesem dla zagranicznych i marokańskich turystów.
Plac Jamaa El-Fna za dnia
Akurat jestem w Maroku, gdy jest Ramadan. Wieczorem na Placu Jamaa El – Fna słyszę muezina nawołującego na modlitwę. Dla niesłyszących pojawia się światło na minarecie. Chwilę później zaczyna się coś, co tworzy niepowtarzalną atmosferę tego miejsca.
Plac Jamma El-Fna o zmierzchu
Można tu spotkać zaklinaczy węży, fakirów, kuglarzy. Sprzedawcy rozstawiają tu swoje kramy z przekąskami. Można tu zjeść np. kozie główki, ślimaki, marquez (czyli pikantne kiełbaski), tradycyjny tadżin i kuskus, a także harirę – gęstą zupę z fasoli, soczewicy i jagnięciny. Zasmakowałam w tej zupie.
Do wyboru, do koloru
Radość i apetyt, a wszystko to w kłębach dymu i pary
Obowiązkowo należy spożyć sok pomarańczowy, wyciskany ze świeżych owoców. Marokańczycy lubią jeść wspólny posiłek, zwłaszcza jak jest to ich pierwszy, od samego rana.
Stoisko ze świeżym sokiem z pomarańczy

Akurat jestem w Maroku, gdy jest Ramadan. Wieczorem na Placu Jamaa El – Fna słyszę muezina nawołującego na modlitwę. Dla niesłyszących pojawia się światło na minarecie. Chwilę później zaczyna się coś, co tworzy niepowtarzalną atmosferę tego miejsca.

Można tu spotkać zaklinaczy węży, fakirów, kuglarzy. Sprzedawcy rozstawiają tu swoje kramy z przekąskami. Można tu zjeść np. kozie główki, ślimaki, marquez (czyli pikantne kiełbaski), tradycyjny tadżin i kuskus, a także harirę – gęstą zupę z fasoli, soczewicy i jagnięciny. Zasmakowałam w tej zupie.


Obowiązkowo należy spożyć sok pomarańczowy, wyciskany ze świeżych owoców. Marokańczycy lubią jeść wspólny posiłek, zwłaszcza jak jest to ich pierwszy, od samego rana.

Atmosfera Placu Jamaa El – Fna jest oryginalna: lampy przeświecają przez kłębiące się opary, a bułeczki pita pachną, podobnie jak stoiska z suszonymi owocami, daktylami, orzechami, bananami…
Orzechy, daktyle, suszone owoce
Bloki chałwy


Budzę się rano i wyglądam przez okno. Już wiem jak wygląda Marrakech o 5.00 nad ranem J. Jest mokry, bo pada deszcz…
Mimo aury, po kilku godzinach, wyruszam w miasto. Jest ono czerwone ze względu na kolor budynków. Znów idę na medinę. W jej wąskich uliczkach można łatwo się zgubić. Na ścianach widzę wymalowane farbą prostokątne ponumerowane pola. Jak się potem okaże, to miejsca na plakaty wyborcze.
Uliczka w medinie z miejscami na plakaty wyborcze

Wśród mijanych uliczek można zobaczyć stare domy, ale także te bardziej wyremontowane oraz ozdobione m.in. arabeskami.
Najczęściej arabeski, czyli ozdoby z motywami geometrycznymi, roślinnymi oraz kaligrafią nad wejściem, są wokół riadów, czyli starych, arabskich domów, zamienionych w przytulne hoteliki.
Arabeska nad wejściem do riadu
Jeden z riadów
Najczęściej arabeski, czyli ozdoby z motywami geometrycznymi, roślinnymi oraz kaligrafią nad wejściem, są wokół riadów, czyli starych, arabskich domów, zamienionych w przytulne hoteliki.


W Dzielnicy Żydowskiej, w starej medinie, jestem przez krótką chwilę. O tym, że jest to dawna żydowska pozostałość, świadczą gwiazdy Dawida na jednym z domów.

Mijam wejście do Ogrodów Koutoubia, które nie są udostępnione turystom. Za to mogę iść do Ogrodów Majorelle. W latach 20. XX w. Jacques Majorelle, francuski malarz, który mieszkał w Marrakechu, założył je i choć stanowiły własność prywatną, można było do nich wejść i przechadzać się alejkami pomiędzy różnorodną roślinnością.
W ogrodach Majorelle
W ogrodach Majorelle
Dziś można spacerować po ogrodzie, dzięki Yves'owi St. Laurentowi, który odrestaurował je.


Dziś można spacerować po ogrodzie, dzięki Yves'owi St. Laurentowi, który odrestaurował je.

Deszcz nie może się zdecydować, czy padać, czy nie…
Idę do grobowców Sadytów. Zostały one wzniesione przez Ahmada al – Mansura, drugiego sadyckiego sułtana w miejscu starszego cmentarza, zarezerwowanego dla potomków Proroka. Kiedy przywódcy religijni Fezu, nie uznali roszczeń Sadytów, jakoby pochodzili od Proroka, ci założyli stolicę w Marrakechu. Po upadku dynastii, grobowce zamurowano na rozkaz Mulaja Ismaila pod koniec XVII w. Świat miał o tym miejscu zapomnieć raz na zawsze.
Wejście do Nekropolii Sadytów

Tymczasem Francuzi, którzy lecieli nad Marrakechem, odkryli grobowce z okien samolotu. Szukali wejścia do nich wśród grubego muru. Dopiero wtedy zdano sobie sprawę, że wejścia nie ma. Dziś jest i można tu podziwiać grobowce wyłożone mozaikami.

Na ścianach pełno jest arabesek.

Wyższe grobowce to miejsce pochówku mężczyzn, tak właśnie chowano wyższych członków dynastii. Płaskie płyty nagrobne to groby kobiet.


Mauzoleum to zbudowano zgodnie z dawną tradycją andaluzyjską. Pamiętać należy, że Maroko graniczy z Portugalią i Hiszpanią, więc normalne jest, że wpływy tych krajów przenikały do tego islamskiego świata.
Kolejny punkt godny zobaczenia w Marrakechu to pałac El-Bahia, zbudowany w XIX w. przez wielkich wezyrów sułtanów z dynastii Alawitów. El – Bahia oznacza „olśniewający”. I taki właśnie w zamyśle ma być ten pałac.

To, co zwraca szczególną uwagę, to arabeska wykonana w marmurze. Pomiędzy nią wkomponowane są wersety z Koranu. Ciekawostką jest to, że dwóch mistrzów robiło ją z dwóch różnych stron i spotkali się po środku. To naprawdę mistrzostwo, że nie wyszło to krzywo J.

Pałac El – Bahia jest oficjalnie uznany za część pałacu królewskiego. Jego wnętrza zachwycają. To mieszanina marmurów, malowanego drewna i oczywiście mozaik zellidż. Podziw budzą pałacowe sufity wykonane z cedru, malowane naturalnymi barwnikami.
Sufit w pałacu
Sufit w pałacu
Niedostępna dla turystów jest część kuchenna, ale i tak, to, co się widzi wystarczy, by wyobrazić sobie królewskie życie w pałacu.
Stoję przy...królewskiej szafie, w części żeńskiej pałacu


Niedostępna dla turystów jest część kuchenna, ale i tak, to, co się widzi wystarczy, by wyobrazić sobie królewskie życie w pałacu.

A propos malowania… W Marrakechu widzę po raz pierwszy tradycyjny tatuaż z henny. Kobiety malują nie tylko ręce, ale i stopy. Podobno zapach henny działa pobudzająco na mężczyzn. I właśnie te części ciała wystają spod haików.
Tradycyjne malunki henną
Mimo, że Marokanki nadal muszą przestrzegać surowych zasad islamu, mają o wiele więcej swobody, niż mieszkanki innych krajów muzułmańskich. Pomaga im w tym sam król Muhammad VI, który jest sprzymierzeńcem kobiet w walce z konserwatywnym ich traktowaniem przez mężczyzn. Sam król posiada tylko jedną żonę, według europejskiego zwyczaju.
Marokanki na skuterach
Mimo postępów w równouprawnieniu kobiet, często widzi się na ulicach miast czy wsi, kobiety w kwefach i burkach. Mentalności i wychowania w tradycji nie da się tak łatwo zmienić.

Mimo, że Marokanki nadal muszą przestrzegać surowych zasad islamu, mają o wiele więcej swobody, niż mieszkanki innych krajów muzułmańskich. Pomaga im w tym sam król Muhammad VI, który jest sprzymierzeńcem kobiet w walce z konserwatywnym ich traktowaniem przez mężczyzn. Sam król posiada tylko jedną żonę, według europejskiego zwyczaju.

Mimo postępów w równouprawnieniu kobiet, często widzi się na ulicach miast czy wsi, kobiety w kwefach i burkach. Mentalności i wychowania w tradycji nie da się tak łatwo zmienić.
Pora ruszyć dalej. Żegnam magiczny Marrakech i przez Atlas Średni podążam w kierunku Meknes. Po drodze spotykam stado wielbłądów. To bardzo ciekawskie stworzenia J.
Krótki postój mam w okolicach jeziora Ait Aoua. Malownicze jezioro za lasami cedrowymi.

Wreszcie jestem w Meknes – królewskim mieście okrutnego Mulaja Ismaila (1672-1727), władcy, który przez 55 lat rządził Marokiem. Wraz z początkiem swego panowania rozkazał on przybrać mury Fezu głowami 700 zabitych.
Samo Meknes zostało założone w X w. przez berberyjskie plemię Meknesa, potem przechodziło z rąk do rąk kolejnych dynastii.

Pierwsze swe kroki kieruję w stronę Heri El – Swani (Souani). To komnaty wykorzystywane jako magazyny i spichlerze. Pomieszczenia są olbrzymie. Mulaj Ismail był zawsze przygotowany na oblężenie lub suszę.
Przed murami znajduje się wielki zbiornik na wodę, który służył też jako kanał dostarczający wodę dla koni, znajdujących się w królewskich stajniach.

Meknes zostało zniszczone przez syna Mulaja Ismaila. Mimo to, miasto uznawane jest za jedno z najpiękniejszych w Maroku.
Ruiny pałacu królewskiego w Meknes
Przed dawnym spichlerzem stoi pomnik sprzedawcy wody, któremu skradziono bukłaki z wodą.

Przed dawnym spichlerzem stoi pomnik sprzedawcy wody, któremu skradziono bukłaki z wodą.

Wnętrza spichlerzy dają pojęcie o wizji Mulaja Ismaila. Przestrzenie, które zbudował, nigdy nie zostały do końca wypełnione. Wewnątrz można zobaczyć, wielkie cedrowe, oryginalne drzwi do jednej z komnat, czy też część ogromnej machiny – drewniane koło obrotowe, działające jako koło młyńskie.


Niesamowite wrażenie robią na mnie ruiny królewskich stajni. To tak, jakby widziało się jedno pomieszczenie w gabinecie luster.
Widok na królewskie stajnie
Stajnie te zbudowano dla ponad 12 tys. koni. Każdym opiekował się stajenny i niewolnik. Pomieszczenia te były połączone bezpośrednio ze spichlerzami, w których trzymano zboże, wystarczające na czas kilkuletniego (!) oblężenia, w temperaturze, którą dzięki grubym murom, utrzymywano na stałym poziomie. Stajnie z boksami dla pojedynczych koni były zadaszone. Dziś, jako malownicza ruina, są oczyszczone i udostępnione dla zwiedzających.

Stajnie te zbudowano dla ponad 12 tys. koni. Każdym opiekował się stajenny i niewolnik. Pomieszczenia te były połączone bezpośrednio ze spichlerzami, w których trzymano zboże, wystarczające na czas kilkuletniego (!) oblężenia, w temperaturze, którą dzięki grubym murom, utrzymywano na stałym poziomie. Stajnie z boksami dla pojedynczych koni były zadaszone. Dziś, jako malownicza ruina, są oczyszczone i udostępnione dla zwiedzających.
W Meknes idę zobaczyć grobowiec Mulaja Ismaila. Mulaj to potomek Mahometa, tytuł ten przysługiwał sułtanom Maroka. Jego grobowiec został odnowiony w latach 50. XX w. przez alawickiego króla Muhammada V.
Wejście do grobowca Mulaja Ismaila
Otwarte są jedynie dziedzińce, ale chcąc zobaczyć grób, można zerknąć przez drzwi świątyni. Tu rzucają się w oczy dwa stojące zegary, które nie bardzo pasują do wystroju wnętrza. Wiąże się to z pewnym wydarzeniem w życiu sułtana. Otóż Mulaj Ismail powziął dość odważny plan poślubienia księżniczki Conti, nieślubnej córki Ludwika XIV. Oświadczyny wzbudziły wesołość w Wersalu a ich odrzucenie wprawiło władcę w zakłopotanie. W zamian za księżniczkę władca otrzymał dwa zegary stojące, jako symbol upływającego na czekaniu czasu. To właśnie te zegary, które po dzień dzisiejszy, stoją obok jego grobu. Oczywiście kontakty Maroka z Francją w tamtych czasach uległy poważnemu ochłodzeniu.
Grób Mulaja Ismaila

Otwarte są jedynie dziedzińce, ale chcąc zobaczyć grób, można zerknąć przez drzwi świątyni. Tu rzucają się w oczy dwa stojące zegary, które nie bardzo pasują do wystroju wnętrza. Wiąże się to z pewnym wydarzeniem w życiu sułtana. Otóż Mulaj Ismail powziął dość odważny plan poślubienia księżniczki Conti, nieślubnej córki Ludwika XIV. Oświadczyny wzbudziły wesołość w Wersalu a ich odrzucenie wprawiło władcę w zakłopotanie. W zamian za księżniczkę władca otrzymał dwa zegary stojące, jako symbol upływającego na czekaniu czasu. To właśnie te zegary, które po dzień dzisiejszy, stoją obok jego grobu. Oczywiście kontakty Maroka z Francją w tamtych czasach uległy poważnemu ochłodzeniu.

Na dziedzińcach grobowca zachowały się w doskonałym stanie piękne ornamenty z płytek z motywami geometrycznymi. Sztukaterie zadziwiają niezwykłym kunsztem.




Gwałtowność i okrucieństwo Mulaja Ismaila nie umniejszają żywionego do niego szacunku. Ludzie wierzą, że jego grób posiada barakę, czyli błogosławieństwo, moc świętego, spływającą na wiernych.
Meknes zwane jest miastem pięknych bram. Brama – po arabsku bab – obok mauzoleum Mulaja Ismaila, prowadzi do ruin dawnego pałacu królewskiego.
Widoczne przez bramę ruiny pałacu królewskiego w Meknes
Inna – Bab Berrima wiedzie do mediny.
Bab Berrima
Największą i najokazalszą bramą jest Bab Mansur, dzieło samego Mulaja Ismaila, dokończone w 1732r za panowania jego syna. Zdobią ją białe i zielone płytki, otoczona jest kwadratowymi bastionami, wspartymi na marmurowych kolumnach. Sprawia wrażenie przytłaczającej i ciężkiej.
Bab Mansur

Inna – Bab Berrima wiedzie do mediny.

Największą i najokazalszą bramą jest Bab Mansur, dzieło samego Mulaja Ismaila, dokończone w 1732r za panowania jego syna. Zdobią ją białe i zielone płytki, otoczona jest kwadratowymi bastionami, wspartymi na marmurowych kolumnach. Sprawia wrażenie przytłaczającej i ciężkiej.

Pora na mały posiłek. Taki tradycyjny, czyli tadżin i miętowa herbata z dużą ilością cukru.
Tradycyjna herbatka
Na ścianie restauracji można podziwiać portret rodziny królewskiej: króla Muhammada VI z żoną Salimą (z zawodu informatyczką) i synem Hassanem III. Rodzina ma jeszcze córkę.

Na ścianie restauracji można podziwiać portret rodziny królewskiej: króla Muhammada VI z żoną Salimą (z zawodu informatyczką) i synem Hassanem III. Rodzina ma jeszcze córkę.
Po jedzonku odwiedzam sklep ze złotem i biżuterią. Tu podziwiam wyroby z wtopioną, srebrną nicią, piękne patery i talerze.
Figurki, talerze, patery...
Ręka Fatimy...
Są też wyroby większe ode mnie...
I kiedy wychodzę, znów pada deszcz… Widzę rozczulający obrazek. Po środku placu siedzi mały mokry kociak. Przechodzący mężczyzna podnosi go i przenosi pod samochód, by malec mógł tam przeczekać deszcz. No cudne to J.



I kiedy wychodzę, znów pada deszcz… Widzę rozczulający obrazek. Po środku placu siedzi mały mokry kociak. Przechodzący mężczyzna podnosi go i przenosi pod samochód, by malec mógł tam przeczekać deszcz. No cudne to J.
Czas ruszyć do kolejnego miejsca. Jak dla mnie, numeru jeden podczas mojej podróży po Maroku.
Jestem w absolutnie magicznym miejscu. To Fez. Duchowa i religijna stolica Maroka. Jedna z ostoi średniowiecznej cywilizacji na świecie. Handel i rzemiosło przetrwały w niemal niezmienionej formie przez tysiąc lat.

Najpierw idę na jedno ze wzgórz Fezu, na którym znajduje się forteca Borj Sud (czyt. Borż Sud). Spod jej ruin roztacza się panorama Fezu.
Panorama Fezu
Stąd widać też medinę. Tu żyje i pracuje ponad 200 tys. osób i jest to główna bolączka Fezu. Druga, to fakt, że spora część miasta powoli niszczeje. W 1980r UNESCO zapoczątkowało ambitny program renowacji fezkiej mediny.
Często antena satelitarna jest oknem na świat...

Stąd widać też medinę. Tu żyje i pracuje ponad 200 tys. osób i jest to główna bolączka Fezu. Druga, to fakt, że spora część miasta powoli niszczeje. W 1980r UNESCO zapoczątkowało ambitny program renowacji fezkiej mediny.

Po Fezie oprowadza mnie sympatyczny Marokańczyk – El Quafi (czyt. El Łafi). Jest bardzo wesoły, ciągle żartuje, ale między żartami przemyca sporo wiadomości. Prowadzi do pałacu królewskiego Dar El – Makhzen, jednego z 32, jakie posiada obecny król Maroka. Pałac ten oczywiście jest niedostępny dla turystów, ale już widok zewnętrzny każe powiedzieć „wow” J.
Pałac królewski w Fezie
Drzwi są mosiężne, olbrzymie, otoczone ornamentami z tynku, zellidżem i kaligrafią. No i oczywiście są w kształcie dziurki od klucza.

Drzwi są mosiężne, olbrzymie, otoczone ornamentami z tynku, zellidżem i kaligrafią. No i oczywiście są w kształcie dziurki od klucza.

Boczne drzwi do pałacu królewskiego


Pałac został wzniesiony w XIII w. przez Merynidów. Początkowo był wytworną posiadłością sułtana i osób związanych z pałacem, a także pracowników administracji i armii. Zabudowania wraz z ogrodami leżą w dzielnicy Fez El – Dżdid, czyli w tzw. Nowym Fezie, bardziej nowoczesnej części miasta. To właśnie na ścianie pałacu królewskiego przyglądam się dokładniej płytkom zellidż. Kolory mają swoją symbolikę: czerwony - to kolor królewski (jak flaga Maroka), zielony – symbol islamu, żółty – kolor słońca (bo Maroko to Afryka i ma 300 dni w roku słoneczne), niebieski – kolor Fezu, białe i czarne – stanowią kontrasty dla innych kolorów.
Zellidż z bliska

Idę do mediny. Tu najbardziej czuć atmosferę miasta. Przechadzając się uliczkami zauważam, że domostwa nie mają klamek u drzwi, tylko kołatki. Ma to swoje uzasadnienie. Tu wchodzi się do czyjejś kazby, kiedy ktoś otwiera nam drzwi. Nie ma nagłych wtargnięć w domowy mir.



Na pewno miejscem chętnie pokazywanym jest medresa, czyli szkoła koraniczna. Medresa Attarine, którą mam okazję widzieć, jest jedną z kilku szkół koranicznych wokół Wielkiego Meczetu. Została zbudowana przez sułtana Abu Saida między 1322r a 1325r. Ponieważ nie wykorzystuje się jej już do celów religijnych, można wejść do sali modlitw.
Medresa Attarine
Sala modlitw
Dawniej medresy były wykorzystywane jako mieszkania dla zamiejscowych studentów. Takie akademiki J. W Maroku uważano, że takie odizolowanie młodych ludzi od społeczności, pomoże im skupić się na studiach.


Dawniej medresy były wykorzystywane jako mieszkania dla zamiejscowych studentów. Takie akademiki J. W Maroku uważano, że takie odizolowanie młodych ludzi od społeczności, pomoże im skupić się na studiach.
Szkoły koraniczne były dotowane przez sułtanów i z podatków mieszkańców. Dla wygody, budowano je w pobliżu meczetu. Studenci często spędzali na uniwersytecie 10 i więcej lat.
Naprzeciw medresy, sułtan Abu Inan kazał umieścić zegar wodny, aby wskazywał porę modlitwy. Niestety zegar przestał działać. Spod 13 okien wystaje 13 drewnianych bloków, podtrzymujących 13 mosiężnych mis. Do dziś zachowało się 7 i są w muzeum. W 1990r natrafiono na dokumenty opisujące mechanizm zegara i zaczęto renowację.

Na terenie medresy Attarine, zwraca uwagę bogata ornamentyka a także drzwi z cedru, które są swego rodzaju ciekawostką. Otóż, jeśli się wie, który kawałek wyjąć jako pierwszy, to można rozłożyć te drzwi na części. Niestety wielu śmiałków próbowało zgadywać i wyjmować siłą pewne elementy. Dziś są uzupełniane jaśniejszymi kawałkami.

Po wyjściu z medresy, kolejną rzeczą, jaką widzę, jest Fontanna Nejjarine – ponoć najpiękniejsza w Fezie. Jest tak piękna, że… nie zauważam jej przechodząc. Dopiero, kiedy robi się koło niej pusto, mogę ocenić jej urodę.
Fontanna Nejjarine
Fontanna znajduje się u wejścia na suk stolarzy, gdzie wyrabia się meble, głównie z tui i cedru a także trony weselne, które miałam okazję widzieć w Agadirze, podczas Światowego Dnia Turystyki.

Fontanna znajduje się u wejścia na suk stolarzy, gdzie wyrabia się meble, głównie z tui i cedru a także trony weselne, które miałam okazję widzieć w Agadirze, podczas Światowego Dnia Turystyki.



Najbardziej znanym wejściem na medinę, jest to z bramą Bab Bu Dżelud. Brama ta została zbudowana w 1919r. Zdobią ją płytki w dwóch kolorach: niebieskim i złotym na zewnątrz budowli, co ma reprezentować barwy miasta oraz zielonym i złotym od wewnątrz, jako barwy islamu.


Przechadzam się wąskimi uliczkami mediny. W jednej z nich widzę poziomą belkę na swojej drodze. Okazuje się, że to znak zakazu J. Jest to zakaz wprowadzania do tej części suku mułów lub koni.
Pozioma belka to znak zakazu


Wchodzę w uliczkę, gdzie mieści się sanktuarium Mulaja Idrisa II – założyciela Fezu. Oczywiście budowlę podziwiam z zewnątrz, nie mam tam wstępu.
Rzut oka przez dziurkę od klucza
Cedrowe zdobienia nad wejściem do grobowca
Grobowiec sułtana został zbudowany przez Idrysydów w IX w., lecz popadł w ruinę. Odbudowali go w XIII w. Merynidzi. Dziś stanowi cel pielgrzymek – czyli mussemu. Akurat zaczyna się modlitwa, więc odchodzę.


Grobowiec sułtana został zbudowany przez Idrysydów w IX w., lecz popadł w ruinę. Odbudowali go w XIII w. Merynidzi. Dziś stanowi cel pielgrzymek – czyli mussemu. Akurat zaczyna się modlitwa, więc odchodzę.
W jednym z funduków, czyli dawnym karawanseraju, czyli kwater dla handlarzy i ich mułów, obecnie są magazyny lub miejsce, gdzie młodzi uczą się fachu w rzemiosłach. W jednym oglądam wagę do ważenia towarów, w innym jedwabne szale i pracę tkaczy przy warsztatach.
Wejście do funduku
Waga
Tkacz przy swoim warsztacie
Idę na pokaz dywanów. Tkactwo należy do najstarszych marokańskich tradycji rękodzielniczych. Dywaniki rozkłada się w domach lub wiesza na ścianach, a umieszczane na nich symbole, mają ponoć magiczną moc.



Idę na pokaz dywanów. Tkactwo należy do najstarszych marokańskich tradycji rękodzielniczych. Dywaniki rozkłada się w domach lub wiesza na ścianach, a umieszczane na nich symbole, mają ponoć magiczną moc.




Skoro obejrzałam dywany, to normalne, że obejrzę i ciuszki J. Wchodzę do sklepu z marokańskimi, tradycyjnymi strojami. A tam zabawa na całego. Przymierzanie, przebieranie, śmiechy, pozowanie do zdjęć. Tak w skrócie wygląda pobyt w sklepie.

Żeby nieco ochłonąć od żartów, idę uliczką farbiarzy. I to jest absolutnie największa atrakcja starego Fezu.
Uliczka farbiarzy
Farbiarnie nie zmieniły się od czasów Średniowiecza. Ustawienie kadzi jedna przy drugiej powoduje, że wyciąganie i wkładanie skór do barwników, wymaga wiele wysiłku. Stąd jest to zajęcie dla mężczyzn, którzy kucają i starając się utrzymać równowagę, zanurzają je w kadziach.
Farbiarnia
Kadzie z farbą
Okoliczne dachy przykrywa warstwa suszących się na słońcu skór. Garbarnie zorganizowane są w spółdzielnie, a każdy mistrz odpowiada za swoich pracowników i narzędzia.

Farbiarnie nie zmieniły się od czasów Średniowiecza. Ustawienie kadzi jedna przy drugiej powoduje, że wyciąganie i wkładanie skór do barwników, wymaga wiele wysiłku. Stąd jest to zajęcie dla mężczyzn, którzy kucają i starając się utrzymać równowagę, zanurzają je w kadziach.


Okoliczne dachy przykrywa warstwa suszących się na słońcu skór. Garbarnie zorganizowane są w spółdzielnie, a każdy mistrz odpowiada za swoich pracowników i narzędzia.

Farbowanie i garbowanie skór to zajęcie bardzo mozolne i jeszcze bardziej cuchnące, ale bardzo dobrze płatne i zwykle dziedziczne. Farbiarni fezkich, zwłaszcza w lato, nie da się zwiedzać bez gałązki mięty pod nosem. Woń świeżych skór zanurzanych w moczu i gołębich odchodach, w celu ich ujędrnienia, jest bardzo nieprzyjemna. Przypomina nieco amoniak, który drażni nos.

Podtykam, więc miętę pod mój nos i patrzę zachwycona na ciężką pracę Marokańczyków z dachu pewnego sklepu, na dole którego mogę potem kupić gotowe torby, plecaki, kurtki itp. Nie robię zakupów. Oglądam tylko drobne rzeczy w pobliskiej uliczce, jak np. srebrną zawieszkę w kształcie ręki Fatimy, czyli córki Proroka. Marokańczycy wierzą, że mając ją w domu, odpędza złe uroki. Kupuję więc breloczek z ręką Fatimy, niech sobie u mnie wisi, a co tam…

Pora wracać do hotelu. Jeszcze idę na pokaz wyrobów złotych tac. Miedź, mosiądz i srebra zamieniają się w różne przedmioty, często grawerowane lub ozdabiane innymi metalami. Dokonuje się tego przy pomocy małego młoteczka i np. igły. Mozolna robota. Dzieła piękne.
Tak powstaje patera



Wracam na obiadokolację do hotelu, który jest w Ville Nouvelle – Nowym Mieście. Powstało ono na obrzeżach mediny. To najlepszy wybór hoteli i restauracji, szerokie aleje obsadzone drzewami, to wreszcie życie nocne… Najbardziej charakterystyczny punkt Nowego Miasta to fontanna z globem ziemskim.


Czas na tradycyjny tadżin i odpoczynek po męczącym dniu.
Rankiem jadę do rzymskiego miasta Volubilis. To tu natrafiono na ślady osadnictwa neolitycznego oraz pozostałości osady, uważanej za stolicę berberyjskiego królestwa Mauretanii, które zdobył Kaligula, w związku z czym od 45 r n.e., miejscowość ta była pod bezpośrednim panowaniem Rzymu. Mieszkańcy osady zajmowali się głównie produkcją oliwy.
Volubilis

Większość oglądanych przeze mnie budynków, pochodzi z początku III w., kiedy liczba ludności wzrosła do 20 tys. Rzymianie wycofali się stąd przed końcem III stulecia.
Idę spacerkiem główną brukowaną ulicą – Decumanus Maximus, która prowadzi do Bramy Tangerskiej, jedynej zachowanej, spośród ośmiu bram. Trakt okalają ruiny wielu domów, których frontowe pomieszczenia wynajmowano sklepikarzom sprzedającym swe towary.

Trzęsienie ziemi z 1755r zniszczyło miasto, które popadło w ruinę i zapomnienie. Świat ponownie zwrócił uwagę na Volubilis, gdy pod koniec XIX w. natrafili nań dwaj, zwiedzający okolicę, zagraniczni dyplomaci. Od 1915r, za czasów francuskiego protektoratu, rozpoczęto prace wykopaliskowe, które trwają do dziś.
Idę zatem na Forum, czyli przestrzeń wykorzystywaną do publicznych i politycznych zgromadzeń. Przy niej znajduje się Kapitol – centrum administracyjne miasta oraz Bazylika, która prawdopodobnie dzieliła się na pięć naw. Pełniła także rolę sądu i miejsca wymiany handlowej.
Bazylika przy Forum

Przechadzam się między ruinami. O świetności miasta świadczyć mogą tylko pozostałości budynków i kolumny, które zwykle są najtrwalszym elementem, a gdzie bociany, nadlatujące z Francji, wykorzystują je do budowy gniazd.

Wśród ruin pozostał Łuk Tryumfalny – centralny punkt Volubilis. To imponująca, choć niefunkcjonalna budowla, wsparta na marmurowych kolumnach. Łuk został wzniesiony przez Marka Aureliusza Sebastenusza ku czci Karakalli i jego matki Julii Domny. Wieńczył go ogromny, wykonany z brązu rydwan zaprzężony w konie.

To, co absolutnie wywołuje mój zachwyt to podłogowe mozaiki. Są jak tkane dywany. Jaką wizję mieli ówcześni budowniczowie! Przeważają oczywiście motywy mitologiczne, roślinno-zwierzęce. Mozaiki zdobiły pomieszczenia prywatne, ale też te publiczne.



Na jednym z kamieni widoczny jest kierunkowskaz do lupanarum, oczywiście w wiadomym kształcie. Niektórzy w ruinach Volubilis odnajdują „szczęście” J.
Słońce mocno przypieka, a przede mną jeszcze długa droga. Podążam do obecnej stolicy Maroka, ale co tam widziałam, przedstawię w III części mojej podróży po tym magicznym kraju.
CIEKAWOSTKI MAROKAŃSKICH MIAST, MIASTECZEK I WSI W FOTKACH:

Choć opowieść swą przedstawiam w 1 os. l.p., to jednak muszę zaznaczyć, że w wyprawie do Maroka udział wzięli również moi bliscy: Ciocia i Wujek oraz mój ówczesny Mąż. Wszystkich serdecznie pozdrawiam! J
Zapraszam do III części marokańskich przygód.
Ale ciekawie to opisałaś! :) W ubiegłym roku byłam w Agadirze i w Marakeszu, Marakesz jest moim zdaniem niesamowity. Gdybyś chciała zerknąc na moją relację i zdjęcia, to serdecznie zapraszam:
OdpowiedzUsuńhttp://jakwyszlamzamaz.blogspot.com/2014/08/jemaa-el-fna-plac-umarych-w-dzien-co-w.html
http://jakwyszlamzamaz.blogspot.com/2014/08/marakesz-po-raz-drugi.html
http://jakwyszlamzamaz.blogspot.com/2014/08/widokowki-z-agadiru.html
Dzięki piękne. Poczytam jak tylko wrócę do domu, w chwili obecnej korzystam z kafejki internetowej. Już troszkę pobuszowałam na Twojej stronie :) Do "przeczytania" :)
UsuńBardzo fajnie napisane. Jestem pod wrażeniem i pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńDziękuję i zapraszam do innych wpisów na blogu. Pozdrawiam serdecznie :)
Usuń